NOBODY KNOWS TRUTH AND FUTURE sou sa Kotae wa KOKO ni aru, ALWAYS IN YOUR HEART! Ashita o shira nu kono sekai sa mayase kokoro o BELIEVE YOUR HEART!

Słyszała czyjeś głosy, kroki i jeszcze kilka innych dźwięków, których nie potrafiła do końca zinterpretować. Próbowała otworzyć oczy, ale powieki jej nie słuchały, w ogóle nie mogła się poruszyć. Nie miała pewności, gdzie jest i co się z nią dzieje, nie mówiąc już o Arte. Nie była w stanie teraz nic zrobić zdana na łaskę tych ludzi dookoła. Kim byli? Przyjaciółmi? Wrogami? Co tu robili? Jak na nich trafili? Czego chcieli? Czy to bezpieczne? Tak niewiele mogła, a obawy rosły z każdą chwilą. Gdyby tylko odzyskała siły…
Poczuła krople wody spływające po wargach. Poruszyła nimi nieznacznie i woda zaczęła spływać jej prosto do gardła. Osoba, która ją poiła, uważała, żeby się nie zakrztusiła. Poczuła ulgę, gdy gardło przestało być już takie suche. Zimny okład na czole także przyniósł ukojenie. Ci ludzie chyba nie byli wrogami. Po cóż mieliby w takim razie się nią opiekować? To nie miałoby sensu. Byłaby jednak spokojniejsza, gdyby mogła to potwierdzić i upewnić się co do sytuacji.
Ocknęła się ponownie. Nie była pewna, kiedy ponownie zasnęła i jak długo spała, ale teraz przynajmniej odzyskała siły. Rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym była. Początkowo wzięła to za pokój w jakiejś gospodzie, ale kształt, ułożenie mebli i przewieszone przez parawan ubrania wyprowadziły ją z błędu. To był wóz zaadaptowany na mieszkanie – takimi podróżowały niektóre trupy cyrkowe. Czyżby trafili na kogoś takiego?
Nigdzie nie widziała Arte, ale ich rzeczy leżały tuż obok jednego z kufrów. Chyba nic nie zniknęło, ale to mogła stwierdzić dopiero po przejrzeniu juków. Na razie jednak postanowiła zająć się sobą. Nadal była osłabiona, więc tylko usiadła. Ktoś ją opatrzył, dość wprawnie zresztą. Rozwinęła bandaże na nadgarstkach, nie były złamane, zasinienie w większości zniknęło, więc mogła sprawnie posługiwać się dłońmi. Kostki nóg wyglądały podobnie, wstała trochę niepewnie, ale to oznaczało tylko tyle, że musi odzyskać nadwątlone walką siły. Żebro też się zrastało. Może to śmieszne, ale po starciu z ogarem praktycznie nie miała obrażeń.
– Więcej szczęścia niż rozumu – mruknęła.
Rozejrzała się ciekawie po wozie. Stał, bo nie czuła ruchu. Niewielkie okienka były przysłonięte kawałkiem materiału zastępującego zasłony, wnętrze oświetlały dwie lampy naftowe. Słabe światło nie przeszkadzało Vivian, która dość dobrze widziała w takich warunkach. Bez problemu mogła stwierdzić większość szczegółów.
Drzwi otworzyły się dość niespodziewanie i do środka weszły dwie kobiety w przebraniach. Były starsze od brązowowłosej, jedna blondynka, druga brunetka.
– Obudziłaś się – uśmiechnęła się ta pierwsza. – Dobrze się czujesz?
– Bywało lepiej, ale dziękuję. Gdzie jestem?
– Gości was Cyrk Marcelego. Znaleźliśmy was wczoraj na skraju lasu. Napadnięto was?
– Można to tak nazwać. Gdzie znajdę swojego towarzysza?
– Śpi w drugim wozie. Marceli powiedział, że nic mu nie będzie.
– Mogłybyście mnie do niego zaprowadzić?
– Masz tyle siły?
Vivian kiwnęła głową, choć chyba się przeceniała. Będzie jednak spokojniejsza, gdy upewni się, że z Arte jest w porządku. Nadal nie miała pewności, czy nie zrobiła mu krzywdy w czasie odesłania kusicielki.
Z pomocą brunetki dotarła do drugiego wozu. Ten krótki spacer pozwolił jej przyjrzeć się obozowisku cyrku. Widziała namioty, w tym ten główny, gdzie odbywało się przedstawienie. Trochę ją to zdziwiło, bo zwykle takie duże trupy cyrkowe zatrzymywały się przy większych i dużych miastach, a w okolicy był tylko Lwów, do którego chyba nie mogli dotrzeć tak szybko. To jednak na razie zostawiła w spokoju.
Drugi wóz wyglądał dość podobnie, brakowało typowo kobiecego zapachu i sukni przewieszonych przez parawan. Arte spał przykryty kocem, nie poruszył się ani o milimetr, odkąd weszła.
– Poczekam na zewnątrz – powiedziała brunetka i taktownie się wycofała.
Vivian tylko kiwnęła jej głową i usiadła przy przyjacielu. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało na to, żeby dolegało mu coś poważniejszego niż zwykłe wyczerpanie.
– Arte – potrząsnęła lekko jego ramieniem. – Obudź się, Arte.
Minęła chwila, nim jego powieki się uniosły i spojrzał na nią odrobinę nieprzytomnie.
– Hej, maleńka – powiedział cicho. – Ale miałem sen.
– Jeśli o kusicielce, to muszę cię zmartwić, bo miałam taki sam.
– Zawdzięczam ci życie.
– Na pewno wszystko z tobą w porządku?
– Gdybyś rozerwała mi duszę, nie gadalibyśmy.
– Całe szczęście. Nie miałam pewności, czy to zadziała, a nie było już czasu.
Pogłaskał ją po policzku. Żadne z nich nie wyczuło obecności sukuba, nim było za późno, co doprowadziło ich do takiej sytuacji. To tylko pokazywało, jak potężnymi przeciwnikami są demony i skąd taki nacisk na trening każdego Cienia. W innym wypadku byliby martwi. Zwykli ludzie nie mieli szans, ulegali piekielnej sile i ginęli jako pokarm dla demonów. Wątpliwe, żeby egzorcyści daliby sobie z tym radę, skoro oni ledwo się z tego wykaraskali.
– Co z tobą? – zapytał.
– Złamane żebro i trochę siniaków. Tylko ten ogar był jakiś dziwny. Z tego, co pamiętam, one są głupie, a ten był inteligentny i gadał.
– Gadał? – zapytał zdziwiony.
– Zaproponował mi pakt. Miałam zostać ich wabikiem.
Wampir zaśmiał się rozbawiony. Zdawał sobie sprawę, że taka oferta nie przekona Vivian. Fakt, jak każdy miała w sobie pragnienie życia, ale posiadała też dumę, która nie pozwoliła jej ugiąć się przed wrogiem. Nie za taką cenę.
– Bardzo zabawne – prychnęła.
– No wybacz, ale coś niedokładnie cię sprawdzili, że popełnili taki błąd.
– Bardziej mnie martwi ta inteligencja. To nie była zwyczajna bestia.
– Najwyraźniej ten ogar był kiedyś słabszym demonem.
– To tak można?
– Pamiętaj, że jeszcze wielu rzeczy nie wiemy o naszych wrogach i otaczającym nas świecie. Nawet Liga Cieni nie jest wszechwiedząca – uśmiechnął się.
– A ten Chris?
– Chris też nie. Może i żyje od wielu lat, ale wciąż nie jest najmądrzejszy na świecie. Chciałabyś wszystko wiedzieć?
– Tylko gdyby dotyczyłoby to mnie – powiedziała bez zastanowienia. – Niepotrzebna mi wiedza o kimś, kogo nie znam i nigdy nie poznam czy o miejscach, do których nigdy nie dotrę.
– Naprawdę chciałabyś wszystko wiedzieć? Nawet znać swoją przyszłość? A gdzie wolność wyboru i dreszczyk emocji towarzyszący odkrywaniu nieznanego?
– Gdy wiesz, co cię czeka i jest to nieprzyjemne, możesz znaleźć sposób, żeby to zmienić. Nie chcę być marionetką przeznaczenia.
– Naprawdę sądzisz, że to tak działa?
– Nie wiem, ale moja przyszłość… Boję się jej.
– Maleńka, jesteś Aniołem Lucyfera i nic tego nie zmieni. Taka się urodziłaś, ale to nie znaczy, że ktoś pociąga za sznurek i każe ci coś zrobić. Swoje przeżyłaś, nikt temu nie zaprzeczy, ale masz swoje serce i rozum, które ci podpowiadają, gdzie postawić kolejny krok. Tam znajdziesz wszystkie odpowiedzi.
Vivian westchnęła. Wciąż nie miała tej pewności, choć Arte nie był pierwszą osobą, która jej to tak przedstawiała. Skończył się czas narzucania jej poglądów i życia, nikt już nie kazał jej robić tego, czego nie chciała. Sama decydowała o sobie, choć wciąż siedział w niej strach o kolejny dzień.
– Zostawmy to na razie – stwierdziła. – Rozmawiałeś z tymi ludźmi?
– Nie, do tej pory byłem nieprzytomny.
– Odpocznij. Rozeznam się w sytuacji i wtedy coś postanowimy.
– Nie przeciążaj się. Ty też masz za sobą ciężką walkę.
Uśmiechnęła się i zostawiła go w spokoju. Musiał odpocząć i zregenerować siły. Sama zaś ruszyła zdobyć informacje o obecnej sytuacji. Nie, żeby coś im tu groziło, ale warto było wiedzieć, na czym stoją.
Marceli, właściciel cyrku, był postawnym, choć starszawym już mężczyzną o jasnych włosach, wydatnych wąsach i niebieskich oczach. Cały czas uśmiechał się z życzliwością i spokojem. Wyjaśnił Vivian, ze członkowie jego trupy w czasie krótkiego postoju znaleźli ich nieprzytomnych na skraju lasu. Żyli, więc Marceli postanowił zabrać ich ze sobą, żeby nikt ich nie napadł, co w tej okolicy ostatnio zdarzało się dość często, albo nie stała im się inna krzywda. Oboje długo gorączkowali, Marceli jako były lekarz opatrzył jej rany trochę zdziwiony, że tylko ona odniosła jakiś uszczerbek na zdrowiu. Sądził, że będą potrzebowali więcej czasu na odzyskanie sił, lecz Vivian nie odsłoniła przed nim prawdy, pytając o rzeczy związane z postojem. Okazało się, że szczęśliwie dotarli właśnie do Lwowa, gdzie cyrk zatrzymał się na kilka dni z występami.
Vivian sama najpierw przemyślała te informacje i skonfrontowała je z mapą. Brakowało jej danych dotyczących samej walki z sukubem i późniejszej jazdy, wtedy nie zwracała uwagi na kierunki, ale wychodziło na to, że przybliżyli się do swojego celu z innej strony i stąd spotkanie z cyrkiem. Teraz wystarczyło się pożegnać i poczekać na pociąg. To były dobre wieści. Byli osłabieni, potrzebowali odpoczynku, a tak mieli ułatwiony powrót do domu.
Miała się z tym podzielić z Arte, kiedy usłyszała dość dziwny dźwięk. Coś pomiędzy ochrypłym krzykiem a piskiem. Była pewna, że żadne zwierzę nie wydaje takiego dźwięku, więc wiedziona impulsem ruszyła w tamtą stronę. Zdążyła się już uzbroić przed wyjściem (trochę dziwnie czuła się bez broni przez powrotem do domu), więc nie musiała się wracać. Przez chwilę miała wrażenie, że zgubiła ślad, ale jak na zawołanie znów to usłyszała.
Zatrzymała się w cieniu, gdy dostrzegła ruch. Obok niej przeszedł jakiś mężczyzna, prawdopodobnie członek cyrku. Nie zauważył jej, idealnie wtopiła się w otoczenie, co nie było takie trudne przy zwykłych ludziach. Odczekała chwilę i ruszyła dalej.
Dźwięk pochodził z namiotu oddalonego od pozostałych i centrum obozu, a także otoczonego prowizorycznym ogrodzeniem. Przy wejściu kręciły się dwie osoby, więc ostrożnie przekradła się na tyły namiotu, mając nadzieję, że dowie się, co tu jest grane. To nie było takie proste, bo w pewnej chwili zabrakło jej osłony. Nie miała pewności, czy ktoś jej za chwilę nie przyłapie, a tego nie chciała. Mogłaby mieć kłopoty, a nie odzyskała sił po walce z kusicielką i ogarem. Przeczekała kilka chwil zanim ruszyła biegiem do ogrodzenia, które bez problemu przeskoczyła. Do ściany namiotu także dotarła bez problemów.
Kucnęła, żeby nie przyciągać uwagi, nie miała pewności, jak dobrze oświetlony jest środek namiotu i czy przypadkiem nie widać jej cienia. To od razu zaalarmowałoby jego rezydentów. Dopiero wtedy zaczęła uważnie nasłuchiwać, ale nie padły żadne słowa. Jedynie jakieś jęki, zduszone krzyki i odgłos rwanych mięśni. Z cholewki wyciągnęła jedno z sai od Christiana i delikatnie nacięła materiał namiotu trochę poniżej własnych kolan. Zachowała przy tym całkowitą ostrożność i wykorzystała dźwięki ze środka do zagłuszenia odgłosu cięcia. Powstałe uszkodzenie rozchyliła na tyle, by móc zerknąć, co dzieje się w namiocie.
Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to duża balia wypełniona czerwoną cieczą. Po lekko metalicznym zapachu rozpoznała krew. Nad pojemnikiem wisiało nagie ciało młodej dziewczyny. Żyła jeszcze, ale była poraniona. To ona wydawała te dźwięki. Oprócz niej w namiocie były jeszcze trzy osoby, w tym Marceli.
Vivian zmarszczyła brwi zaniepokojona tym wszystkim. Ani trochę jej się to nie podobało, choć teraz nie mogła zareagować. Zastanawiało ją, po co im tyle ludzkiej krwi. W grę wchodziły wampiry czy demony? A może jeszcze coś innego? Nie mogła tego tak zostawić, ale teraz ważniejsze było przegrupowanie się z Arte. Nie ma możliwości, żeby Marceli pomógł im bezinteresownie. Nie w obliczu tego, co dzieje się w tym namiocie. Zapewne zamierzał wykorzystać okazję, skoro na jego drodze pojawiło się dwoje osłabionych podróżników.
Ostrożnie wróciła do centrum obozowiska i poszła od razu do Arte, żeby przekazać mu wieści. Była całkowicie czujna, nie zamierzała dać się zaskoczyć. Może to tylko ludzie, ale nadal mieli coś wspólnego z bardzo nielegalnym procederem. Nie wątpiła, że potrafią swoje cyrkowe umiejętności przekuć w skuteczną broń w razie potrzeby.
– Mam dobre wieści – powiedziała, uśmiechając się lekko. – Jesteśmy już we Lwowie. Możemy w każdej chwili wybrać się na dworzec.
Arte spojrzał na nią uważnie. Dostrzegł oznakę niepokoju, którą był nienaturalnie zagięty mankiet. To był ich taki umowny znak na sytuację, kiedy nie byli pewni, czy nie słucha nikt niepowołany.
– Jestem sam – zniżył głos. – W pobliżu też nikogo nie ma. Mów.
– Nie tutaj. Źle się dzieje i musimy spadać.
– Z naszą pozycją nie będzie trudno nawet o tej porze dostać pokoju w hotelu. Nie możemy nadużywać gościny naszych wybawców.
– Racja. Też tak myślę – uśmiechnęła się.
Pomogła mu wstać i wyjść z powozu. Arte zaciągnął się świeżym powietrzem i pogłaskał po brodzie. W jego wykonaniu był to specyficzny gest, oznaczał, że swędzą go kły po wyczuciu krwi. W jego oczach pojawiły się czerwone ogniki, które szybko zniknęły, gdy nad sobą zapanował.
– Wezmę tylko nasze juki – wskazała na drugi powóz.
– Jasne.
Weszła do środka, gdzie zastała obie kobiety, których nadal nie zapytała o imiona. Było to jednak nieistotne w ramach kolejnych wydarzeń. Nie spały jeszcze, ale o czymś plotkowały nad filiżanką herbaty. Albo podobnego napoju.
– Opuszczacie nas już? – zapytała blondynka.
– Nie chcemy was kłopotach swoją obecnością. Za kilka godzin powinniśmy złapać pociąg, którym będziemy kontynuować podróż.
– To żaden kłopot. Naprawdę, możecie zostać do rana. Teraz jest już późno, a to niebezpiecznie tak chodzić po mieście.
– Umiemy o siebie zadbać – uśmiechnęła się niewinnie Vivian. – Jesteśmy naprawdę wdzięczni za pomoc. Moglibyśmy być w kłopotach, gdyby nie pan Marceli i pozostali członkowie cyrku. Mogłybyście przekazać im nasze najszczersze podziękowania?
– A to co? Już nas opuszczacie? – usłyszała.
W drzwiach stanął Marceli. Znów uśmiechał się z życzliwością, lecz teraz Vivian dokładnie widziała, że to maska. Mimo to zachowywała się dość swobodnie.
– Nie chcemy sprawiać kłopotu – powtórzyła. – Prawdopodobnie uratował nam pan życie, panie Marceli. Bardzo panu dziękuję i mam nadzieję, że kiedyś dane nam będzie się odwdzięczyć.
– To nic takiego, panienko. Bliźnim należy pomagać. To dla nas żaden kłopot, ale nie mogę was zatrzymywać siłą. Potrafię zrozumieć wasze odczucia.
Vivian nie dała po sobie poznać, co właśnie pomyślała. Marceli też był dobrym aktorem, skoro mógł szczerzyć się do niej jak miły dziadek z sąsiedztwa, a chwilę wcześniej ze spokojem obserwować, jak młoda dziewczyna wykrwawia się na śmierć. I najprawdopodobniej miał w tym swój udział. Jednak ona była lepsza. Perfekcja, z jaką kłamała, jeszcze nigdy nie zawiodła jej w takich chwilach. To sprawiało, że doceniała swoje geny Noah.
Razem z Arte pozwolili odprowadzić się do koni, a także do skraju obozowiska, gdzie Marceli pożegnał ich z uczuciem. Wiedzieli, że przygląda im się na tyle, na ile ich widzi, możliwe, że kogoś za nimi posłał, więc zachowywali się naturalnie, żeby nie wzbudzać podejrzeń, że coś wiedzą.
Zameldowali się w jednym z droższych hoteli we Lwowie. Dopiero tam mogli się odprężyć i odrzucić maski niczego nieświadomych podróżników.
– Co jest, maleńka? – zapytał Arte.
– Wyciągają z ludzi krew. Nie wiem, do czego im aż taka ilość, ale Marceli zajmuje się czymś bardzo nielegalnym. Prawdopodobnie my też mieliśmy tak skończyć.
– Rzeczywiście krucho, a my nie jesteśmy w najlepszej formie.
– Gdybyśmy chociaż wiedzieli, co knują – mruknęła Vivian.
– Zajmij się sobą. Zadzwonię do domu, zdam meldunek o kusicielce i cyrku. Może się czegoś dowiem.
– W porządku.
Zostawiła otwarte drzwi do łazienki, żeby nie tracić kontaktu z towarzyszem. To tak na wszelki wypadek, bo jednak nadal byli Cieniami, które potrafiły się obronić w każdej sytuacji. Trudno było ich zaskoczyć. Mieli wyczulone zmysły, a teraz stali się dodatkowo czujni.
Vivian z radością weszła pod ciepły prysznic. Tego potrzebowała po walce z sukubem i jej ogarem, musiała z siebie zmyć obawy i lęki, oczyścić się przed prawdopodobnym kolejnym starciem. Nie wątpiła, że sprawa cyrku Marcelego rozwiąże się w najbliższym czasie. Może i nie byli u szczytu formy, ale jeśli była choćby obawa o proceder mężczyzny, zostaną posłani do akcji. Przy dobrym planie będą w stanie wykonać zadanie bez zbędnego ryzyka.
Wsłuchała się w treść rozmowy Arte z przedstawicielem Rady. Przy szumie wody i czujności słyszała tylko przyjaciela, lecz to jej nie przeszkadzało. Tylko z tego mogła śmiało wywnioskować, że były już doniesienia o obu sprawach i kogoś wysłali, choć Cienie zajmujące się tymi sprawami jeszcze nie dotarły. Mieli czekać na nich.
Kiedyś zbuntowałaby się takim rozkazom. Chciała działać natychmiast, jej buntownicza natura pchała ją do przodu mimo wszystko. Nie zważała na koszta. Teraz jednak zamierzała posłuchać. Znała swoje możliwości, granice, działała spokojniej i bardziej wyważenie. Impulsywność i gwałtowność zdusiła w sobie podczas treningu, bo to mogło się dla niej źle skończyć. Udana misja to taka, po której wraca się do domu – zasada, która wryła jej się głęboko w pamięć. To teraz było dla niej ważniejsze. Martwi niczego nie zmieniają, ewentualnie naprzykrzają się żywym.
Wyjście teraz przeciwko Marcelemu było głupie. Musieli odzyskać siły i stworzyć plan działania. Dopiero wtedy będą mogli ruszyć do akcji. W pracy Cieni nie było przecież mowy o ratowaniu ofiar ich celi, nie byli ratownikami. Niszczyli jedynie zagrożenie. Zawsze o tym pamiętali.
– Marceli szykuje się do jakiś pseudoalchemicznych działań – poinformował ją Arte, stając w drzwiach. – Zespół trzech Mrocznych Zabójców powinien się tu jutro zjawić. Mamy na nich poczekać.
– O ile wcześniej nie zostaniemy zaatakowani – Vivian wzruszyła ramionami. – Czeka nas noc czuwania na zmianę.
– Na to wygląda. Wolałbym się nie obudzić związany i bez krwi.
– Bez krwi to byś się już nie obudził – parsknęła. – Twoja kolej na kąpiel, bo śmierdzisz kusicielką.
Vivian objęła pierwszą wartę z racji tego, że czuła się lepiej od wampira. Usiadła na parapecie okna owinięta w koc i patrzyła na uśpiony Lwów. Miała cichą nadzieję na spokojną noc, a raczej resztkę tego, co z niej zostało. Potrzebowali wytchnienia, a tak jedno musiało stale czuwać. Niezbyt ciekawa perspektywa.
Nie lubiła tej okolicy. Zawsze wtedy miała świadomość, że jest w pobliżu miasta, w którym się urodziła i spędziła pierwsze lata swego życia. To był szczęśliwy czas. Niczym nie musiała się martwić, o nic troszczyć. Gdyby tylko nie powiązanie z Neą… W chwilach takich jak ta zastanawiała się, czy ludzie, których wtedy znała, nadal żyją. Jak wygląda grób jej matki? Czy ktoś się o niego troszczy? Sama nie miała odwagi tam pojechać. Bała się, choć sama nie była pewna czego. Może po prostu nie chciała zmieniać swojego obrazu tamtego miejsca. Wolała pamiętać je z perspektywy dziecka niż roztrzaskać się o rzeczywistość.
Arte był zbyt zmęczony, żeby zauważyć zmianę jej nastroju. Nie chciała mu o tym mówić, bo pewnie by nalegał, żeby zrobili ten przystanek po drodze. Niby dla jej dobra, żeby rozliczyła się też z tą sprawą, ale nieszczególnie jej to odpowiadało. To nie był dobry czas na taką wyprawę. Może przed tym uciekała, ale czuła, że przyjdzie właściwy moment, żeby odwiedzić grób matki. Wystarczyło pozwolić wydarzeniom iść własnym biegiem.
Przysnęła tuż przed świtem. Przebudzony Arte tylko się uśmiechnął i pozostawił ją w spokoju. Wampir czuł się już lepiej, w powietrzu wyczuwał nadchodzące załamanie pogody, co mu naprawdę bardzo odpowiadało. Lubił burze, bo w nich mógł skutecznie działać. Ulewa, porywisty wiatr i grzmoty zagłuszały jego obecność, a blask błyskawic sprzyjał przerażeniu ofiary. Wtedy zawsze budziła się w nim bestia, której pozwalał trochę pobłaznować.
Wyglądało na to, że cyrk dał im spokój. Była możliwość, że to tylko zasłona dymna, żeby uśpić ich czujność. Albo po prostu uznali, że mogą ich bezpiecznie puścić, bo nie wiedzą o całym procederze. Jakkolwiek by nie było, na razie mieli spokój. Teraz wystarczyło poczekać tylko na Mrocznych Zabójców wysłanych do tej sprawy.
Ci pojawili się kilka godzin później, gdy Arte i Vivian jedli śniadanie. Mieli zakwaterować się w tym samym hotelu, a jeszcze przed wyjazdem zostali poinformowani o możliwości spotkania. Wysłuchali uważnie spostrzeżeń Łowców Demonów, uzupełniając nimi własne informacje. Częściowy rekonesans mieli z głowy.
– W porządku – odezwał się nieformalny przywódca grupy najstarszy stażem Arsas, blondyn o zielonych oczach i dość surowych rysach. – To spore ułatwienie naszej roboty. Powinniście się przygotować do wyjazdu. Wasz pociąg rusza przed południem.
– Jakie „do wyjazdu”? – zapytała Vivian. – Piątka załatwi sprawę szybciej niż trójka.
Nie tego się spodziewała. Poczuła się wykluczona i znieważona tą uwagą.
– Wracacie do domu – odparł spokojnie Arsas. – To nasze zadanie.
– Więc mamy się nie wtrącać? – prychnęła.
– Owszem. Ranni wracają do domu i nabierają sił.
Zanim Vivian odpowiedziała, Arte złapał ją za ramię i pokręcił głową, żeby się uspokoiła. Sam nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale musiał przyznać Arsasowi rację. Oni dużo lepiej znają sytuację, są wypoczęci i gotowi do akcji. Tym razem należało odpuścić i dać działać innym.
– Dobrze, że nasze informacje się przydały – odezwał się. – Raczej nie są zbyt czujni, skoro Vivian tak łatwo się przekradła, ale bądźcie ostrożni i wracajcie bezpiecznie do domu.
– Tak będzie. Wy też na siebie uważajcie. Akumy są ostatnio nadaktywne w niektórych rejonach.
– To sprawa egzorcystów – odparł wampir.
– Racja. Jednak lepiej, żebyście byli ostrożni. Astarel dostrzegła ostatnio cień śmierci związany z użytkownikiem innocence. Może być coś na rzeczy.
– Dzięki za ostrzeżenie.
Vivian nie odezwała się ani słowem na tę rewelację. Nie mogła powiedzieć, że się nie martwiła, ale nic w tej sprawie nie mogła zrobić. To było poza jej możliwościami. Jeśli któremuś z egzorcystów grozi śmierć w najbliższym czasie, to Zakon musi się tym zająć.
Po chwili zostali sami, a ona spojrzała gniewnie na Arte, który odwrócił się, żeby sprzątnąć po śniadaniu.
– Dlaczego pozwoliłeś wykluczyć nas z tego zadania?
– Bo to ich misja. Nie możemy się wtrącać, skoro oni tego nie chcą. Postaw się na ich miejscu. Zrobiłabyś to samo zważywszy na nasz opłakany stan.
– Nie podoba mi się to.
– Mnie też, ale tak już jest. Lepiej przygotuj się do wyjazdu. Przyda nam się trochę odpoczynku.
– No dobra – westchnęła.
W nie najlepszych humorach wsiedli do pociągu. Przede wszystkim czuli się zmęczeni psychicznie po ostatnich wydarzeniach. Tego musieli się pozbyć, a dopiero potem będą mogli stanąć do kolejnej walki. Jednak Arte nie mógł się nie uśmiechnąć, gdy usłyszał pierwszy grzmot. Nadchodziła burza.

2 thoughts on “NOBODY KNOWS TRUTH AND FUTURE sou sa Kotae wa KOKO ni aru, ALWAYS IN YOUR HEART! Ashita o shira nu kono sekai sa mayase kokoro o BELIEVE YOUR HEART!

  1. Miguru pisze:

    Powiedz mi kochana, czy jeszcze dłużej, czy krócej do spotkania Vivian z Kandą?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s