Na każdy żar chłodny deszcz Na każde zło dobro też Na proste tak trudne nie Wiem, czego chcę

Nienawiść – odwrotność miłości, czysta niechęć w stosunku do kogoś lub czegoś połączona z gniewem i chęcią usunięcia jej obiektu. Uczucie gwałtowne, silne i przeżerające człowieka od wewnątrz z taką siłą, że czasami nie do opanowania. Można nienawidzić pojedynczego człowieka, rzecz albo nawet wszystkiego dookoła. Prowadzi zawsze, ale to zawsze do destrukcji. Obiektu lub, częściej, osoby, którą ją czuje.
Nie potrafił jednak zmienić tego stanu rzeczy, gdy patrzył na tę brązowowłosą dziewczynę, która szczerzyła się do niego kpiąco. To było silniejsze od niego. Bo w czym była od niego lepsza, że cała uwaga Ligi jest zwrócona właśnie na nią? Reinkarnacja zdrajcy, który był zbyt słaby, by przeżyć. Tyle w niej specjalności. Mała, przerażona dziewczynka, która nie potrafi zrobić użytku z własnych mocy. Chodząca kpina. Do tego była egzorcystka spod skrzydeł tego durnia Leverriera, który nie potrafił we właściwy sposób zakończyć konfliktu z Earlem, bo mu tylko władza w głowie. O to czym była Vivian Walker, której Arsen nienawidził jak niczego innego na świecie. Ta kobieta sprawiała, że tracił nad sobą panowanie i dążył do tego, by ją sobie podporządkować. To on był najsilniejszym Łowcą Demonów i powinna to zaakceptować.
Brązowowłosa sprawnie prześlizgnęła się pomiędzy jego atakami, nie tracąc przy tym złośliwego uśmiechu z twarzy. Igrała sobie z nim od dobrej godziny zamiast porządnie i poważnie walczyć.
– Coś ci nie idzie – stwierdziła rozbawiona, podkładając mu haka.
Tak prostej techniki się nie spodziewał, więc musiał ratować się podparciem o kij. Wykorzystała to niemal od razu, pojawiając się u jego boku, wytrącając mu broń i kopiąc go prosto w splot słoneczny. Uderzenie nie było mocne, ale na tyle celne, by upadł, łapiąc ciężko powietrze.
Odczekała aż wstanie i ruszy ponownie do walki. Dała się sprowokować do pojedynku tylko po to, żeby się trochę rozruszać. Ostatnio miała sporo luzu, więc wysiłek fizyczny z pewnością jej się przyda. Nie wkładała w to zbyt wiele siły czy zaangażowania, bo szybko (zadziwiająco nawet dla niej) wyprowadziła Arsena z równowagi, a to sprawiało, że chłopak nie do końca panował nad swoimi ruchami.
– Przestałabyś się bawić – warknął.
– Może to zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale lubię się z tobą bawić – uśmiechnęła się do niego uroczo. – Zawsze to jakaś rozrywka w nudny dzień.
Arsen zazgrzytał zębami na te słowa. Bawiła się z nim i drwiła sobie z niego. Miał ochotę rozszarpać ją na strzępy. Głupia dziewucha, której się wydaje, że jest tu ważniejsza.
Mimo najszczerszych chęci nie mógł jej zmusić do wzięcia pojedynku na poważnie. Tylko bardziej go to zirytowało, ale nie zamierzał się poddać i oddać tej walki jej. Myśl o przegranej z Vivian irytowała go jeszcze bardziej. Nie przegra z nią. Nigdy.
Drzwi sali otworzyły się, wpuszczając Mirę, przyboczną Rady o długich, rudobrązowych włosach i orzechowych oczach. Uśmiechnęła się, widząc ich nieco niepoważne zmagania.
– Arsenie, Rada cię oczekuje – odezwała się.
– Nigdy nie dacie nam skończyć – mruknęła Vivian.
Chłopak tylko prychnął i po chwili już go nie było. Obowiązki na niego czekały, więc nie zamierzał zbyt długo zwlekać.
– Wasze starcia zawsze są czasochłonne – zauważyła Mira. – Przyjdzie czas i na rozstrzygnięcie waszego sporu.
– A ja dalej siedzę w domu?
– Nie ma na razie potrzeby, abyś ruszała w bój. Korzystaj z chwil wytchnienia, Vivian.
Brązowowłosa westchnęła. Minęły dwa tygodnie od powrotu do Berlina. Rada uznała, że po potyczce z sukubem oboje z Arte potrzebują trochę wytchnienia i możliwości zregenerowania sił. Początkowo nie miała nic przeciwko, wyspała się, odpoczęła, wróciła do treningów, ale coraz częściej łapała się na tym, że brak jej adrenaliny towarzyszącej misjom. Nie potrafiła usiedzieć zbyt długo na miejscu, chciała ruszać w bój, lecz zadania wciąż trafiały się innym. To ją trochę irytowało.
Trenowała jeszcze przez jakiś czas sama. Nie chciało jej się szukać Arte, który zapewne siedział w „Szalonym Kruku” i pił albo zabawiał się z dziewczynami. Upalne lato sprawiało, że stawał się jeszcze bardziej leniwy, przez co nakłonić go do czegokolwiek było naprawdę trudno. Dlatego spędzali czas osobno, co w ich przypadku było dość niecodziennym zjawiskiem. Już się utarło w Lidze, że najczęściej w wolne dni można spotkać ich razem.
Wróciła do siebie po długiej kąpieli, której potrzebowała po treningu. Zamierzała zanieść książki do biblioteki i wybrać sobie jakąś nową lekturę. Wykorzystała te wolne dni, żeby chociaż spróbować znaleźć coś w sprawie Allena. Mimo natłoku zajęć pamiętała, że młodszy Walker nadal boryka się z pasożytem, którym jest Nea. Potrzebowała jakiejś wskazówki, jak pozbyć się intruza, na naruszając duszy chłopaka. Sprawa była o tyle utrudniona, że nie miała do czynienia z demonem, którego łatwiej oznaczyć, choć odesłanie go prosto z duszy nosiciela było bardzo ryzykowne i ponad połowa takich przypadków kończyła się tragicznie.
Na razie nie znalazła nic, co byłoby pomocne w jakiś sposób. Trudno się dziwić, Liga była ukierunkowana na konkrety i nawet tutaj nie było całej wiedzy, o czym przekonała się boleśnie w czasie ostatniej podróży. Nadal uczyli się o swoich przeciwnikach, co czasami kończyło się śmiercią. Prawdopodobnie będzie musiała sama ustalić sposób, w jaki pozbędzie się Nei. Nie była pewna, czy potrafi zrobić coś takiego, a na razie postanowiła szukać informacji we własnym zakresie. Nie, żeby nie chciała prosić o pomoc, ale nie wiedziała, który z Cieni byłby w stanie powiedzieć jej coś więcej na ten temat, a sprawa dotyczyła jej rodziny i poczuwała się w obowiązku rozwiązania tego w ramach możliwości samodzielnie.
Zmieniła jednak plany, gdy na szafce przy łóżku zobaczyła kieliszek. Nie wypadało odmówić, bo i tak w końcu stracą cierpliwość i sami się po nią przejdą. Doskonale wiedziała, że są do tego zdolni.
Książki dotąd rozsypane na łóżku ułożyła w zgrabny stosik, wiszące na drzwiach szafy ubrania schowała i ruszyła do „Szalonego Kruka”, gdzie była już oczekiwana.
Dzień powoli chylił się ku końcowi, ale Berlin nadal był gwarny i tłoczny. Ludzie wykorzystywali letni wieczór do spędzania ze sobą czasu na zewnątrz, kawiarnie i bary były pełne. Mieli szczęście, że nie atakują ich żadne pomioty piekielne, wiedźmy, wampiry czy akumy. Wszystko dzięki Lidze, choć oni pewnie nie mają o tym pojęcia. Są niczego nieświadomi, chociaż zagrożenie mogłoby stać tuż obok. Tak jednak działał ten świat, który bronili czasami za cenę własnego życia. W zamian nie dostawali zupełnie nic.
„Szalony Kruk” nie różnił się dziś wiele od reszty Berlina. Cienie bawiły się w najlepsze, a Hans i reszta mieli pełne ręce roboty. Atmosfera tego miejsca przypominała członkom Ligi, że są zwykłymi ludźmi, pozwalała zachować normalność, którą obowiązki niejednokrotnie negowały. Wiedzieli więcej od przeciętnych ludzi, widzieli okrucieństwo tego świata, znali niemal zakazane sztuki. To wszystko wpływało na psychikę nawet najsilniejszej osoby i nie zawsze potrafili sobie z tym poradzić. Na szczęście był „Szalony Kruk”.
– Kto wygrał? – usłyszała tuż po wejściu.
– Nikt. Mira nam przerwała. Najwyraźniej Rada nie chce rozstrzygnięcia pomiędzy nami.
– Może następnym razem dopisze wam szczęście – uśmiechnęła się Isabel. – Siadaj z nami. Czas się rozluźnić.
Nie minęło jednak dużo czasu, gdy usłyszeli:
– Vi, to naprawdę ty?
Brązowowłosa podniosła spojrzenie na dziewczynę mniej więcej w jej wieku o grubym, ciemnym warkoczu, wyraźnie zaznaczonych atutach i zielonych, zaskoczonych oczach. Przez chwilę nie bardzo wiedziała, z kim ma do czynienia, ale charakterystyczna bransoletka z niepasujących do siebie koralików sprawiła, że sobie przypomniała.
– Lisa.
Dziewczyna uwiesiła się jej na szyi, jak zwykle mocno akcentując swój obecny nastrój.
– Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ty. Tyle czasu, a ty się prawie nie zmieniłaś.
– Liso, udusisz mnie.
Ciemnowłosa puściła Walker, ale nie potrafiła przestać się uśmiechać. Vivian odwzajemniła gest równie zaskoczona co Lisa, bo nie sądziła, że spotka kogoś ze swej przeszłości w „Szalonym Kruku”. Już bardziej prawdopodobny był jej powrót do Czarnego Zakonu.
– Jak długo tu jesteś? – zapytała egzorcystka.
– Drugi tydzień.
– Czyli musiałyśmy się rozmijać. Musisz mi wszystko opowiedzieć.
Pozostałe Cienie przyglądały się temu z ciekawością. Wiedzieli, że Vivian ma barwną przeszłość, ale nigdy nie słyszeli o szczegółach. Nie pytali, a ona nieszczególnie chciała się tym dzielić. Trudno zresztą się dziwić, skoro większość była dość nieprzyjemna. Jedynym pewnym punktem, który pojawił się w „Szalonym Kruku”, był Matt, jej były partner, który sobie z niej okrutnie zakpił. Zabolało ją to do tego stopnia, że niemal go rozszarpała, łamiąc tym samym zasady panujące w tym miejscu.
Teraz było kompletnie inaczej. Brązowowłosa wręcz promieniowała szczęściem na widok dawnej przyjaciółki. Chyba sama nie była świadoma, że delikatnie drży z radości i uśmiecha się tak szeroko jak jeszcze nigdy dotąd. Aż wzbudziło to ich ciekawość.
– Może nas sobie przedstawisz? – zaproponował Arte.
Vivian zmierzyła go groźnym spojrzeniem. W jego oczach dostrzegła te same iskierki co u Laviego, gdy miał okazję czegoś się o niej dowiedzieć.
– Liso, poznaj Arte, Isabel i Changa. Arte, Isabel, Chang, poznajcie Lisę – wyrecytowała. – A teraz bawcie się dobrze, a my idziemy na górę.
– Ej, to nie fair.
– Babskie pogaduchy nie są dla ciebie, stary wampirze – wystawiła mu język.
Chwilę później złapała Lisę za rękę, z baru zabrała butelkę drogiego wina i poszły na górę do wolnego pokoju, nie zważając na oburzenie Arte, gdy wytknęła mu jego wiek. Od razu rzuciły się na łóżko, co dawniej robiły nagminnie. Teraz jednak zamiast poczuć pod plecami twardość podłogi miały miękki materac i pościel najlepszej jakości. Nie musiały się martwić, że ktoś je przyłapie. Vivian odkorowała wino i rozlała je do kieliszków stojących na szafce przy łóżku.
– Co ty tu robisz, co? – zapytała, przekręcając się na brzuch. – Miałaś przed sobą normalną przyszłość.
– Tylko tak mi się wydawało – westchnęła Lisa. – Ta przykościelna szkółka to wylęgarnia gorszych potworów niż my. Udawały święte, a robiły takie rzeczy, że mnie włosy stawały dęba. Zostawiłam to szybciej niż tam weszłam.
– Piękny sen stał się koszmarem.
Lisa opowiedziała Vivian o swoich wędrówkach. Początkowo myślała, żeby ją odnaleźć, ale było to trudniejsze, niż się spodziewała i odpuściła. Przez większość czasu podróżowała sama, zatrzymując się to tu, to tam. Przez dwa lata towarzyszył jej pewien mężczyzna, razem z nim zwiedziła trochę więcej świata niż Europa, ale tak niespodziewanie jak się pojawił w jej życiu, tak zniknął, zostawiając jej długi.
– Kogoś mi to przypomina – mruknęła Vivian.
– Jest szansa, że go znasz?
– To może być ktoś podobny – wzruszyła ramionami. – Jak mi go opiszesz, to ci powiem.
– Był przystojny mimo maski na twarzy, zakrywała prawą część, miał czerwone włosy. Palił drogie papierosy i nigdy sobie nie szczędził na nic. No i nosił taki dziwny płaszcz. Bardzo ciemny i ze złotymi zdobieniami. Miał też na piersi taki dziwny krzyż.
Z każdym słowem Vivian miała coraz mniejszą nadzieję, że się pomyliła. Nie miała wątpliwości, na kogo trafiła Lisa, choć trochę ją to dziwiło. Na ile znała jego wyczyny, nigdy nie tknął niepełnoletniej dziewczyny.
– A, był z nim chłopiec o białych włosach i takiej dziwnej bliźnie na twarzy. Nazywał się chyba Allan.
– Allen – poprawiła ją automatycznie. – A ten mężczyzna to Marian Cross.
– Znasz go?
– Wolałabym nie. Lepiej o nim zapomnij. Nie warto.
– Ale on mi nic nie zrobił. Naprawdę. Byłam tylko jego towarzyszką podróży.
– Mimo wszystko lepiej zapomnij, że miałaś z nim jakikolwiek kontakt. To nic dobrego nie przyniesie, jeśli będziesz się przyznawać, że go znasz.
Lisa parsknęła śmiechem. Vivian miała tak grobową minę, jakby właśnie usłyszała, że przyjaciółka zamieniła się w sukuba i pożera mężczyzn, którzy tylko na nią spojrzą.
– Nic się nie zmieniłaś – stwierdziła ciemnowłosa. – Nadal martwisz się o innych.
– Chciałabym myśleć, że się nie zmieniłam i nadal jestem tamtą smarkulą, z którą broiłaś, kiedy się tylko dało. Jak jednak trafiłaś tutaj, do „Szalonego Kruka”?
– Przypadek. Widzisz, do Berlina przyjechałam bez grosza. Przypadkowo znalazłam się na tyłach baru, gdzie znalazły mnie dziewczyny stąd. Zostałam nakarmiona, a Hans zaproponował mi pracę. Od razu powiedział, jak to tu wygląda, więc się zgodziłam. Widać, że nie można sobie tu uwłaczać. Dawno mnie nikt nie szanował. A jak ty się tu znalazłaś jako jeden z tajemniczych Cieni?
– To jeszcze dłuższa historia niż twoja.
– Mamy całą noc, więc co ci szkodzi? No chyba, że będziesz musiała mnie później zabić.
Zaśmiały się z dawnego żartu, który nadal je bawił. Minęło tak wiele czasu, a im wydawało się, że widziały się ledwo wczoraj. Może nigdy nie były bardzo bliskie, ale zawsze się razem wygłupiały, sprawiając, że świat dookoła nie był już taki straszny.
Całą nos spędziły na pogaduszkach przy winie i wygłupach. Wspominały stare czasy, opowiadały o swoich doświadczeniach i bawiły się tym, co miały. Vivian zapomniała o swoich obowiązkach, przykrościach, które ją ostatnio spotkały. Całkowicie się rozluźniła, ściągając wszystkie maski, które nosiła na co dzień.
Rano nastał czas powrotu do kwatery główniej. Nadal miała coś do zrobienia, a nie czuła się śpiąca. Z czystymi ubraniami zeszła do łaźni, żeby się odświeżyć. Na ustach nadal igrał jej rozbawiony uśmieszek, a w żyłach czuła procenty po alkoholu, który wypiły tej nocy. Lisa oczywiście się upiła, od zawsze miała słabą głowę i nad ranem padła bez ostrzeżenia. Vivian otuliła ją troskliwie kołdrą i zostawiła w spokoju, pozwalając się wyspać. Ona sama nie czuła się nawet podpita, owszem, w jej krwi nadal krążył alkohol, ale za kilka godzin nie będzie po nim żadnego śladu. Była jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy nie borykali się z kacem. A przynajmniej niezbyt często.
– Ktoś tu miał udaną noc – usłyszała Arte.
– Zazdrosny? – odparła, wsuwając się do wody.
– Nie. Raczej martwię się o twojego Kandę.
– Coś z nim nie tak?
– Z nim nie wiem, nie interesuję się, ale będzie podłamany, kiedy usłyszy, że wolisz dziewczyny.
Vivian parsknęła śmiechem. Ten to dopiero miał pomysły. Nie zamierzała mu się jednak tłumaczyć czy spowiadać z nocnego spotkania. To nie była jego sprawa, a to, jakie wnioski wyciągnie, to już nie jej problem. Zresztą właśnie potwierdził, że tylko jedno mu w głowie.
– No co chcesz? Jeszcze nie widziałem, żebyś wyszła z „Szalonego Kruka” z takim uśmiechem. Noc musiała być udana.
– I była, ale już się skończyła.
– Żadnych szczegółów?
– Żadnych.
– Nigdy nie chcesz się dzielić – westchnął teatralnie.
Podeszła do niego i nachyliła się nad jego uchem.
– Nie chcę skalać twej nieczystej duszy, grzeszniku – szepnęła. – Jeszcze ogłosisz się szatanem.
Arte zaśmiał się i chwycił ją za rękę, żeby przytrzymać dłużej przy sobie.
– Pomysł niezły, ale najpierw musiałbym coś zrobić z tobą, żebyś uznała moją władzę, piekielny aniele.
– Zapomnij. Lubię swoją niezależność.
Niedługo później Vivian układała książki na półkach w bibliotece. Odrzuciła myśli o Lisie i Arte, żeby zająć się czymś innym. Ważniejszym. Musiała dobrze wykorzystać czas, który ma, bo potem znowu ruszy w drogę i nie będzie miała możliwości prowadzenia badań. To może być jej jedyna szansa.
Frustrowało ją, że nie może znaleźć żadnych przydatnych informacji. Wiedziała, że przemawia przez nią niecierpliwość, ale nie potrafiła tego kontrolować. Biblioteka Ligi była ogromna, nie wszystkie woluminy łatwo dostępne i opisane w sposób, który dawałby jej odpowiedź o poszukiwaną sprawę. W większości szukała w ciemno, bo taka sytuacja była chyba pojedynczym przypadkiem. Stare raporty związane z opętaniem dotyczyły demonów, niekiedy czarownic, ale nigdy człowieka, bo Noah mimo wszystko nadal byli ludźmi i tak należało to rozpatrywać.
Powstrzymała się przed wywaleniem wszystkiego na podłogę, choć kosztowało ją to naprawdę wiele. Wolała jednak nie robić takich rzeczy w bibliotece, bo jeszcze dostanie zakaz wchodzenia na wzgląd na bezpieczeństwo zbiorów.
Opadła zniechęcona na fotel i ukryła twarz w dłoniach, wspierając łokcie na kolanach. Nie znalazła nawet wskazówki, gdzie powinna szukać. Zero informacji. Tak jakby Liga nie była w stanie jej pomóc.
– Większość badań potrzebuje czasu i cierpliwości – usłyszała.
Podniosła głowę. Przed nią w drugim fotelu siedział mężczyzna o ogolonej głowie, bardzo ciemnej karnacji i granatowych oczach, które obserwowały ją uważnie.
– Panie Sigrue.
Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, bo członków Rady Starszych widywała tylko w ich głównej sali w czasie składania raportów i przydzielania misji. To było dla niej trochę zaskakujące.
– Spokojnie. Przecież ja nie gryzę.
– Co pan tu robi?
– Szukałem kilku książek do moich badań. Słyszałem, że ty również.
– Na razie nie posunęłam się za daleko – westchnęła. – Brak jest jakichkolwiek informacji na ten temat.
– Rzadkich przypadków czasami nie ma kto opisać. Może być też tak, że zadajesz złe pytanie.
– Złe pytanie?
– Owszem. Czasami, żeby coś zrozumieć, należy odkryć sposób, w jaki zostało zrobione.
Vivian przez chwilę zastanawiała się nad tym, co usłyszała. W ten sposób nie patrzyła na tę sprawę, ale może było warto. Czy Noah potrafił zagnieździć się w drugim człowieku? Road kontrolowała sny, Sheryl ciało, Wisley potrafił manipulować wspomnieniami i czytać myśli, był też Noah, który pozostawiał w ofierze pasożyta, którym kierował, gdy chciał. Jednak to wszystko dotyczyło żywych, a Czternasty był martwy. Jakaś jego cząstka zagnieździła się w Allenie. W jaki sposób? Była jedna osoba, która miała jakieś pojęcie o tym, ale szkoda było jej czasu na poszukiwania tego osobnika i wyciąganie z niego informacji. To w ostateczności, choć nie sądziła, żeby miał tak rozległą wiedzę. Mógł coś wiedzieć, ale wcale nie musiał.
– Panie Sigrue, gdyby chciał pan przetrwać, pasożytując na czyjejś duszy, co by pan zrobił?
– Dobre pytanie, Vivian. Myślę, że znajdziesz na ten temat informacje wśród wiedzy o opętywaniu przez czarownice. Nie jest to może dokładnie to, czego szukasz, ale od czegoś trzeba zacząć.
– Racja. Na razie potrzebuję punktu zaczepienia.
– Sam też poszperam, gdy skończę obecne badania. Cierpliwości, Vivian. Od tego wiele zależy.
– Wiem. Dziękuję za pomoc.
– Nie ma za co.
Po chwili została sama. Na leżącym na stoliku notesie spisała pytania, na które nie znała odpowiedzi. Zamierzała zacząć od najbardziej ogólnego, mając nadzieję, że to jej pomoże później. Znajdzie sposób, żeby rozdzielić Allena i Czternastego, a potem pośle własnego ojca do piekieł, gdzie jego miejsce.

***

Arte: W taki właśnie sposób na pewien czas żegnamy się z Vivian i Ligą. Od następnego rozdziału pojawi się seria wydarzeń związanych z egzorcystami.
Laurie: Prawdopodobnie będzie to tak już do końca roku, ale jeśli ktoś z Was zatęskni do Vivian i Arte, uprzedzam, że się jeszcze pojawią w najbliższych miesiącach w specjalnych, więc nic straconego.
Vivian: Pozdrawiamy i do następnego.

3 thoughts on “Na każdy żar chłodny deszcz Na każde zło dobro też Na proste tak trudne nie Wiem, czego chcę

  1. No i jestem. Sory, że tak długo to trwało ale sporo rzeczy uciekło spod kontroli. Nie, nie mogę powiedzieć, że przeczytałam wszystko. Jestem gdzieś w połowie 1 części a tu czytam powoli ale czytam od początku, ale stwierdziłam, ze się nigdy nie doczekasz komentarza tym tropem, więc czytam i początek i świeże, jakoś to ogarnę. >.< A co tam.
    No to tak, fajny wstęp rozdziału. Fajny.
    "Obiektu lub, częściej, osoby, którą ją czuje."
    'Która', a nie' którą'😉 nadprogramowy haczyk.
    "O to czym była Vivian Walker, której Arsen nienawidził jak niczego innego na świecie. Ta kobieta sprawiała, że tracił nad sobą panowanie i dążył do tego, by ją sobie podporządkować. "
    Od miłości do nienawiści jeden krok, ale w drugą stronę to też działa😉
    " Potrzebowała jakiejś wskazówki, jak pozbyć się intruza, na naruszając duszy chłopaka."
    Chyba 'nie' zamiast 'na'.
    Swoją drogą bohaterka ewidentnie wyewoluowała od tego co przeczytałam do tego tutaj. Martwi się o Allena i nie ma już tej postawy 'mam was wszystkich gdzieś ale i tak wam powiem'🙂
    "Całą nos spędziły na pogaduszkach przy winie i wygłupach."
    noc
    "Wolała jednak nie robić takich rzeczy w bibliotece, bo jeszcze dostanie zakaz wchodzenia na wzgląd na bezpieczeństwo zbiorów."
    Przez wzgląd na…
    Ale generalnie rozdział dobry, bardzo dobry. Bez porównania jaki postęp zrobiłaś przez te parę lat, bo widziałam, że pierwszy blog jest jeszcze z 2009, masakra. Jednak praktyka czyni mistrzem i tutaj to widać. O wiele, wiele lepiej się czyta . Także ja czytam dalej w różnych miejscach, może jeszcze powinnam gdzieś od środka O.o
    Pozdrawiam

    • laurie16 pisze:

      Dzięki za zwrócenie uwagi na te szczegóły. Mimo korekty czasami coś jeszcze umknie z różnych przyczyn. Jak słusznie zauważyłaś, teraz jest już lepiej. Osobiście nie potrafię czytać swoich starych rozdziałów, bo mnie trafia, delikatnie rzecz ujmując.
      Czytaj spokojnie w takim tempie, na jakie możesz sobie pozwolić. Ja tam się cieszę, że dajesz radę w ogóle to czytać, bo chwilami nie jest najlepiej.
      Od nienawiści do miłości jeden krok? Nie w tym przypadku (chyba).
      Powodzenia w dalszym czytaniu, dzięki za komentarz i pozdrawiam.

      • Drobne jakieś zamiany liter się zdarzają zawsze. Jesteśmy tylko ludźmi
        Bez obaw, myślę, że wszyscy maja problem ze swoimi starymi tekstami. Ja czytałam swój sprzed… 6 lat? O.o jestem juz taka stara, że historia ma 6 lat. Fuck…No,ale… I powiem, płakałam ze śmiechu przez swoją głupotę i zarazem z rozpaczy. Tragedia.
        Obiecałam więc powoli, lecz realizuję swoje zagłębianie się w Twoje historie.
        Pozdrowionka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s