Shinraidekiru no wa jibun dake de. Nakama nante iranakatta. Nanimokamo ni mukatteita yaiba. Shishun no hane wa moroku hakanai.

Zawsze miał ten sam sen. Nigdy inny. Potrafił odtworzyć go co do szczegółu i nigdy się nie zmieniał. Zawsze był taki sam, wszystko działo się według tego samego schematu, każda drobnostka nawet była niezmienna od lat. Sposób budzenia też nigdy się nie zmienił. Zrywał się do siadu mokry od potu i z urywanym oddechem, jakby dopiero przebiegł maraton. Przez kilka chwil nie wiedział, gdzie właściwie jest, nie reagował nawet na popiskiwanie Raffie’ego, który szturchał go pyskiem, gdy tylko się podniósł. Dopiero po czasie znajdował świeczkę i zapalał ją, drżącymi dłońmi odstawiając na szafkę przy łóżku i opadając z powrotem na poduszkę.
Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Na czystym niebie widać było gwiazdy, księżyc zdążył już zajść. W powietrzu było czuć ciepło poprzedniego dnia, trwała niczym niezmącona cisza. Londyn spał spokojnie niewzruszony koszmarami swych mieszkańców. To tylko kolejne, wielkie miasto pełne budynków, brudu, śmierci i ludzi, którzy są obłudni nawet dla samych siebie.
Przetarł zmęczone oczy, mając ochotę ponownie zasnąć. Do świtu było jeszcze tak dużo czasu, że zdążyłby się wyspać. Jednak szczekanie Raffie’ego zmusiło go do zmian w tym planie. Tylko westchnął, wstał, ubrał się, zabrał broń i ruszył z psem do wyjścia. Nie sądził, żeby miał z kimś walczyć, tu była na to bardzo niewielka szansa, łuk wziął raczej z przyzwyczajenia. Nie rozstawał się z nim, co dla nikogo tutaj nie było dziwne. Pozostali zachowywali się w podobny sposób. Naturalne zachowanie osoby nawykłej do ciągłej walki.
Gdy wyszedł na zewnątrz, poczuł delikatny powiew wiatru. Poruszył jego długimi, rozczochranymi teraz pasmami jasnych włosów. Odrzucił je do tyłu, żeby nie wpadały mu do oczu i nie zasłaniały widoku. Właśnie dlatego normalnie je wiązał. Jakoś nie potrafił zmusić się do skrócenia ich na tyle, by nie przeszkadzały, byłby wtedy podobny do ojca, a tego nie chciał. Wystarczy, że w ogóle ma coś wspólnego z tymi ludźmi, którzy go wychowali, a potem odrzucili. Mógł się ich wyprzeć, ale nie pozbędzie się wiążących ich więzów krwi. Zawsze pozostaną w jakiś sposób połączeni.
Nieśpiesznie ruszył na spacer w głąb lasu, który otaczał zamek. Raffie co chwilę znikał z zasięgu wzroku, ale gdyby go choć raz zawołał, natychmiast znalazłby się u jego boku. Jedyna istota, do której czuł jakieś cieplejsze uczucia. Przynajmniej go nie zdradzi i nie odwróci się, choćby nie wiadomo, jakiego czynu się podjął. Psia wierność była jedynym uczuciem, które cenił. Cała reszta mogłaby nie istnieć.
Nie analizował ponownie tego snu. Robił to już tysiące razy i nie widział sensu w dalszym kontynuowaniu tej czynności. Zresztą tak naprawdę było to wspomnienie tamtego dnia. Nie miał pojęcia, dlaczego tak się stało, ale już się nad tym nie zastanawiał. Żył zemstą. Pewnego dnia dopadnie tych dwóch cudaków i odbierze im życie. To go pchało do przodu. Cała reszta nie miała znaczenia.
Wschód słońca powitał nad brzegiem rzeki, gdzie położył się w trawie. Nie przeszkadzało mu, że wszędzie leży rosa, którą przesiąknie. Lada chwila znów zrobi się gorąco i błyskawicznie wyschnie.
Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz pozwolił sobie na taką beztroskę. Chyba jeszcze jako dziecko, które w rzeczywistości nie znało świata i mogło się wiecznie bawić. Słodka niewiedza, którą bezpowrotnie stracił, gdy przyszło mu dorosnąć i spojrzeć prawdzie w oczy. Ironia losu.
Raffie ułożył się obok niego, więc machinalnie zaczął drapać go za uchem. Obaj zasługiwali na odrobinę spokoju, choć już niedługo mogą zostać wezwani na służbę. To nie było takie złe, zbliżało go do celu. Dzięki temu mógł znieść towarzystwo tych ludzi – egzorcystów. Byli mu raczej obojętni, a i oni nauczyli się traktować go uprzejmie, ale z dystansem. Kto się z tego wyłamywał, szybko zostawał sprowadzony na ziemię. Związki z tymi ludźmi nie były mu potrzebne. Mogli łatwo zginąć, a to niosłoby tylko kolejne niepotrzebne uczucia. Zresztą idea jednej, wielkiej rodziny do niego nie przemawiała. To tylko jeden, wielki kłopot. Balast, który w niczym mu nie pomagał. Chcą się w to bawić, proszę bardzo. On nie ma na to ochoty i nie zamierzał tego zmieniać.
Z drzemki obudziło go ciche warczenie Raffie’ego. Ton psa oznaczał kogoś znajomego, najpewniej któregoś z egzorcystów. Albo ktoś zawędrował w te tereny podczas porannego spaceru albo go szukał z wezwaniem do Kierownika. W innym wypadku nikt nie szukałby z nim kontaktu, nawet stosunkowo nowi wiedzieli, że to bezcelowe.
– Raffie – rzucił cicho.
Kundelek uciszył się i wrócił do warowania czujny na każdy szmer i ruch. Nie poruszył się nawet, gdy z lasu wybiegła zdyszana Lenalee, rozglądając się za jego panem. Widząc blondyna w trawie, uśmiechnęła się promiennie.
– Jens, mój brat cię wzywa – poinformowała go.
Zwykle takich maruderów uświadamiała jeszcze, że nie powinni wychodzić bez golema, bo potem trzeba ich szukać, a niektórzy robili to nagminnie. Jednak w przypadku Jensa dała sobie spokój. To był taki pierwszy przypadek, zwykle czekał na kolejną misję u siebie, czytając, a poza tym jego dość niechlujny wygląd świadczył o tym, że ten dzień zaczął się dla niego źle.
– Coś nie tak? – zapytał chłodno.
Dopiero teraz spostrzegła, że przygląda mu się trochę zbyt uważnie, czym mogła go zdenerwować.
– Nie, nie – zaśmiała się nerwowo. – Wszystko u ciebie w porządku, Jens?
– Nie jest to twoja sprawa – odparł tonem ucinającym wszelkie dyskusje.
Dziewczyna podejrzewała, że tak to się skończy. Jens z nikim nie zawarł bliższej znajomości, a był tu już dwa lata. Nawet Kanda nie był tak chłodny i nietowarzyski jak Niemiec, a przecież to z Japończykiem były głównie problemy w kwestii społecznej. Jens jednak przebijał go o głowę i trudno było powiedzieć, czym powodowane są jego nastroje. Lenalee trochę się tym martwiła. Komui zrobił wszystko, aby zamienić Kwaterę Główną w dom dla egzorcystów, by mogli się tu dobrze poczuć i rozluźnić. Jednak w przypadku Jensa to niewiele dało i chyba nic nie mogła zrobić.
Pobiegła przodem, nie chcąc narzucać mu swojego towarzystwa. Blondyn był jej za to wdzięczny, bo wyjątkowo nie chciał być niemiły, a pewnie doszłoby do tego, gdyby dziewczyna otworzyła usta. Silenie się na rozmowę o niczym było zbędne. Lepiej, żeby wróciła do własnych spraw, a on bez dodatkowych problemów odbierze wytyczne misji, doprowadzi się do porządku i ruszy w teren.
W gabinecie Kierownika czekał na niego Andreas Fullbie, z którym najprawdopodobniej wyruszy na tę misję. Od początku nie miał złudzeń, że pojedzie sam, akceptował to, choć z tym czarnowłosym Austriakiem jeszcze nie pracował. Jak zwykle uśmiechał się beztrosko, choć jego brązowe oczy czujnie przyglądały się wchodzącemu Niemcowi, który powstrzymał się od skrzywienia na widok codziennego bałaganu.
– Dobrze, że już jesteś, Jens – uśmiechnął się krótko Komui. – Waszym celem jest Bazylea. Jedną z dzielnic zaatakowały akumy.
– Wystarczymy we dwóch? – zapytał Andreas.
– Tak. Co prawda akum jest więcej niż zwykle, ale są to niższe poziomy, więc ufam, że sobie poradzicie.
– Innocence? – odezwał się Jens.
– Nie tym razem.
Komui też nie był z tego zbytnio zadowolony, ostatnio nie mieli szczęścia do innocence, więc egzorcystom pozostała tylko eksterminacja wroga.
– Więc skąd tam tyle akum?
– Nie wiem. Mimo to uważajcie. Arka będzie gotowa w ciągu dwudziestu minut.
Obaj egzorcyści poszli się przygotować i doczytać wytyczne zanim wyruszą. Nie wyglądało jednak, żeby działo się tam coś jeszcze, o czym by nie wiedzieli. Takie misje zdarzały się dość często zwłaszcza, kiedy wróg zbierał się gdzieś w dużych grupach.
W Bazylei czekał na nich poszukiwacz, którego towarzysze zginęli zabici przez akumy. Miał ich bezpiecznie zaprowadzić do opanowanej przez wroga dzielnicy i przekazać najświeższe wieści. Był wyraźnie przerażony swoją sytuacją.
– To twoja pierwsza misja? – zapytał Andreas.
– Tak, panie egzorcysto. Trochę inaczej to sobie wyobrażałem.
Brunet położył chłopakowi rękę na ramieniu w geście pocieszenia.
– Do niedawna też inaczej wyobrażałem sobie życie egzorcysty. Spokojnie. Doprowadzisz nas na miejsce, a resztą zajmiemy się my. Nie, Jens?
Blondyn nawet na nich nie spojrzał. Bardziej interesowało go zachowanie Raffie’ego, który od wyjścia z Arki jeżył się, jakby akumy były bliżej, niż sądzili. Po raz pierwszy stan faktyczny nie zgadzał się ze znakami dawanymi przez kundelka. Gwizdnął na niego krótko, żeby się uspokoił. Wtedy też Raffie zaczął szczekać na poszukiwacza. Dla Jensa było to jednoznaczne. Płynnym ruchem ściągnął z ramienia łuk, nałożył strzałę i wycelował w chłopaka.
– Co ty wyprawiasz? – zapytał Andreas, zasłaniając sobą poszukiwacza. – Czemu celujesz do sojuszników?
– To akuma – odparł Ziegler.
Brunet chciał coś powiedział, gdy usłyszał dźwięk przeładowywanej broni charakterystyczny dla wroga.
– Musisz mi wybaczyć, panie egzorcysto, a teraz giń.
Andreas odskoczył w momencie strzału, zaś Jens aktywował innocence i wypuścił strzałę, która przepołowiła pocisk i wbiła się w akumę, niszcząc ją od środka. Wybuch odrzucił obu egzorcystów na kilka metrów, obyło się jednak bez ran.
– Uratowałeś mi życie. Dziękuję – Andreas ukłonił się towarzyszowi w geście podzięki.
– Zdążysz się odwdzięczyć – mruknął Jens, słysząc ujadanie Raffie’ego. – Nadchodzą.
Gwizdnął na psa, żeby ten się schował, a sam sięgnął po kolejną strzałę. Andreas spojrzał na niego niespokojnie, gdy dojrzał chmurę akum zbliżającą się do nich nadspodziewanie szybko. Nie miał pewności, czy towarzysz da radę z tylko dwoma kołczanami strzał. Liczebność wroga była dużo większa.
– Będziesz mnie ubezpieczał? – zapytał.
– Nie oczekuj ode mnie pomocy – odparł Jens.
Jego błękitne spojrzenie utkwione było w przeciwnikach. Sam mógłby sobie rzeczywiście nie dać rady nawet z arsenałem ataków, który ma.
– Bierzesz lewą stronę – dodał.
Andreas przez chwilę miał ochotę coś mu powiedzieć na temat współpracy, lecz uznał, że to może zaczekać. Nie rozumiał, czemu ten facet aż tak się izoluje od reszty, skoro większość egzorcystów jest dość przyjaźnie nastawionych, ale na razie postanowił zaufać jego doświadczeniu. Z łatwością wskoczył na pobliski budynek i aktywował własne innocence. Kusarigama w jego dłoni rozdzieliła się na dwie o wydłużonych trzonkach i podwójnych, przeciwstawnych ostrzach połączonych długim łańcuchem, który wydłużał się w razie potrzeby. Także jego postawa zmieniła się. Beztroska zniknęła na rzecz uwagi i wyraźnie bijącego od niego niebezpieczeństwa. Posłał jedno z ostrzy prosto na najbliższą akumę w tym samym momencie, gdy wybuchowa strzała Jensa rozerwała trzy kolejne demony.
Ostrza kusarigamy wirowały w powietrzu, bezlitośnie tnąc przeciwnika. Rzadko który atak chybiał, a nawet jeśli, to wystarczyło pociągnąć łańcuch do siebie, by zaatakować od tyłu. Strzały również sięgały akum, trafiając za każdym razem. Egzorcyści zgrali się ze sobą bez większych problemów, nie musieli tego nawet ustalać, lecz działali instynktownie.
Niespodziewanie Raffie zaczął głośno szczekać, warczeć i jeżyć się. Coś go bardzo wzburzyło, więc Jens się odwrócił. Tuż za nim zatrzymała się dwójka postaci o szarej skórze. Należeli do Klanu Noah. Na ich widok krew Niemca zawrzała, a obraz tamtego dnia stanął przed oczami. Jasdero i Devit, Noah Więzi celowali do niego ze swych pistoletów.
– Oddaj innocence, egzorcysto – powiedzieli jednocześnie.
Jens sięgnął po dwie strzały i strzelił, lecz nie trafił. Pociski przeleciały gdzieś obok, z nerwów źle wycelował.
– Zabiję was – warknął z całą nienawiścią, jaką miał w sobie.
– Ty nas? Czerwony nabój!
Kula ognia ruszyła w stronę blondyna, który ledwo uskoczył. Żadna z jego strzał nie trafiła celu, co tylko bardziej go rozwścieczyło. Nie zamierzał jednak się poddać.
Przed kolejnym pociskiem, tym razem zamrażającym, uchronił go Andreas. Skończył już z akumami i mógł zorientować się w sytuacji. Słyszał wściekłe ujadanie Raffie’ego, co go zaniepokoiło. Wcześniej jednak pozwolił sobie tylko na zerknięcie w kierunku blondyna.
– Nie pchaj się do mojej walki – warknął Jens.
– Zostały ci trzy strzały – odparł spokojnie brunet. – Aż tak chcesz zginąć?
Posłał jedno z ramion kusarigamy w stronę Noah. Nie wiedział, kim byli jego przeciwnicy o tak przedziwnych mocach, lecz czuł, że są niebezpieczni. Instynkt podpowiadał mu, że nawet we dwóch mają marne szanse na zwycięstwo.
Bliźniacy odskoczyli przed ciosem i wylądowali w tym samym miejscu.
– Nie trafiłeś – zakpili.
– Tak? – Andreas uśmiechnął się złowróżbnie i pociągnął za łańcuch.
Nim Noah zorientowali się, o co chodzi, ostrza kusarigamy cięły ich w bok. Wrzasnęli boleśnie oburzeni zachowaniem egzorcysty, który ruszył do ataku, pozostawiając wściekłego towarzysza za sobą. Unikał wszystkich pocisków, odbijając się od ziemi i ścian okolicznych budynków, ostrza raz po raz zbliżały się do bliźniaków, ledwo udawało im się umknąć i to oni zaczynali się bać tego młodego egzorcysty.
Rozdzielił ich i zaatakował jasnowłosego Jasdera, który wrzasnął ze strachu. Nic jednak nie dało przeklinanie na bruneta, egzorcysta bezlitośnie ciął go przez tors, udowadniając, że umie również świetnie walczyć na krótki dystans.
Usłyszał za sobą warkot Raffie’ego. Nie zdążył się jednak odwrócić, gdy na plecy wskoczył mu drugi z bliźniaków, wrzeszcząc i przeklinając. Andreas nie był w stanie go z siebie strząsnąć, do tego poczuł lufę pistoletu przytkniętą do skroni. Przez myśl przeszło mu, że to już koniec, gdy jasnowłosy Noah również w niego wycelował.
Jasdero wrzasnął, gdy broń wypadła mu z przestrzelonej strzałą broni. Andreas wykorzystał zamieszanie, żeby cofnąć się gwałtownie i uderzyć Devitem o ścianę tak, aby go puścił.
– Nie trać czujności – usłyszał opanowany głos Jensa.
Najwyraźniej doszedł do siebie po wzburzeniu i teraz już trafnie oceniał sytuację. Mimo wszystko egzorcyści nie byli na najlepszej pozycji – jemu pozostały dwie strzały, Andreas był zmęczony walką z akumami i poobijany, a wiedział, że Noah mogą w każdej chwili przybrać swoją prawdziwą postać. Dla nich byłby to wyrok śmierci, a martwy nie dokona zemsty.
Austriak zamierzał zakończyć życie Devita, gdy tuż obok uderzył pocisk akumy, a Raffie zaczął znów szczekać. Egzorcyści musieli cofnąć się ze swych pozycji, choćby na moment, żeby dostosować się do nowej sytuacji. Tę chwilę wykorzystali bliźniacy, żeby zniknąć. Kusarigama i ostatnie dwie strzały wystarczyły na tę małą grupkę akum, która przerwała im walkę.
– Uciekli – syknął Jens.
– Chcesz ich ściągać bez strzał?
– Prawdopodobnie zwiali do Arki.
Przez chwilę stali w milczeniu. Adrenalina opadła i Ziegler poczuł ból poparzonej w walce ręki. Poruszył nią ostrożnie, sprawdzając, czy uszkodzenia są trwałe. Inaczej ciężko byłoby mu się posługiwać łukiem. Andreas za to był dość mocno poobijany. Mieli szczęście, że skończyło się tylko na drobnych ranach w starciu z bandą akum i bliźniakami.
– Sądziłem, że Klan Noah jest potężniejszy – odezwał się Austriak.
– Bo są. To nie była ich pełna moc, więc miałeś szczęście.
– Słyszałem, że nigdy nie tracisz nad sobą panowania.
Jens skrzywił się. Nie miał ochoty rozmawiać z brunetem, a na pewno nie na ten temat. Przy tym sam nie wiedział, że zemsta aż tak przysłoni mu trzeźwość myślenia. To było jak amok, czysta, niczym nieskrępowana furia, której nigdy dotąd nie poczuł i nie potrafił opanować. Chciał tylko zabić tych Noah.
– Nie twoja sprawa.
– Owszem, moja, skoro zależało od tego również moje życie – odparł poważnie Andreas.
Blondyn odwrócił się, żeby odejść, lecz Austriak mu na to nie pozwolił. Z siłą, jakiej Ziegler się po nim nie spodziewał, pchnął go na najbliższy mur i tam przytrzymał.
– Nie łapię, o co ci chodzi, Jens, ale może taki jesteś. Nie lubisz nikogo z nas, nikt cię nie obchodzi, ale chyba potrafisz odróżnić sojusznika od wroga.
– Pchasz nos w nieswoje sprawy.
– Jak chcesz.
Andreas go puścił i pierwszy ruszył przed siebie. Zadanie zostało wykonane, więc należało skontaktować się z Kwaterą Główną i poprosić o otwarcie bramy do domu. Nie pchałby się w sprawy Jensa, gdyby nie widział, że to może zaszkodzić misji. Ryzyko i tak było dość spore. Blondyn powinien to rozumieć.
Raport złożył Komuiemu sam. Było widać, że myśli intensywnie nad zachowaniem towarzysza, który znajdował się obecnie pod opieką Sanatorium.
– Martwisz się o Jensa? – zapytał Kierownik.
– Dałby się zabić tym Noah.
– Noah Więzi zabili jego młodsze rodzeństwo. Rodzice Jensa oskarżyli go o to, bo był wtedy z nimi i jakoś przetrwał. Od tej chwili chłopak żyje samotnie, jedynie zemstą. Nie chce nikogo do siebie dopuścić, a spotkanie po latach z największymi wrogami sprawiło, że stracił nad sobą kontrolę. Nikt nie jest ze skały, choćby uważał inaczej.
– Życie dla zemsty jest puste – odparł Andreas. – Czy on o tym wie?
– Prawdopodobnie tak. Podejrzewam, że Jens nie planuje tego, co będzie, gdy się zemści. Wiesz już, jak wygląda tu życie. Dnia następnego może nie być i nikt z egzorcystów nie potrafiłby ci odpowiedzieć, co będzie robił, gdy skończy się wojna z Milenijnym.
Andreas pokiwał głową. Komui dał mu do myślenia, ale też pozwolił zrozumieć kilka kwestii. Wiedział już, jak bardzo różni się życie egzorcysty od ninja, przestawić się było trudniej, niż sądził, lecz już się przyzwyczaił. Co prawda nie wszystko mógł zaakceptować, żyjąc według zasad, którymi się kierował w Szkole Ninja, ale potrafił to jakoś pogodzić.
Wszedł na salę treningową, gdzie Jens urządził sobie trening łuczniczy. Obserwował go przez jakiś czas, dopóki blondyn nie spojrzał na niego chłodno. Nie znosił, gdy ktoś przeszkadzał mu w treningu.
– Chciałem cię przeprosić za moje obcesowe zachowanie – odezwał się Andreas. – To twoja ścieżka nawet, jeśli uważam, że jest niewłaściwa. Pamiętaj jednak, że masz we mnie wiernego sojusznika.
– Nie potrzebuję przyjaciół.
– Sojusznik nie jest tak bliski jak przyjaciel i aż tyle nie oferuję, skoro wiem, że nie przyjmiesz tego daru.
– Strzępisz niepotrzebnie język.
– Rozumiem, że nie masz mi za złe mego niegodnego zachowania.
– Mało mnie to obchodzi, więc nie musisz się tym kłopotać, Fullbie.
– Więc nie będę ci już przeszkadzać.
– Nie pozwoliłeś mi się zatracić w emocjach. Dziękuję.
Takich słów Andreas się nie spodziewał, ale uśmiechnął się i ukłonił, po czym wyszedł. Gdy nadejdzie czas, stanie obok niego jako sojusznik, lecz na razie pozostawi go w spokoju. Każdy sam musi odnaleźć przeznaczoną mu drogę, jak mawiał mistrz Katsumoto. I on w to wierzył.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s