Jeszcze jeden raz

Powoli zapadał zmierzch. Krótkie popołudnie niespodziewanie zamieniło się w chłodny, deszczowy wieczór. Ciemności jednak rozświetlone były przez płonące dookoła świece. W ich blasku każdy cień wydawał się być zagrożeniem, a opowieści o wędrówkach dusz tylko podsycały wyobraźnię jeszcze przed chwilą nieustraszonych ludzi, którzy nocną porą postanowili wybrać się na cmentarz.
O tym miejscu mówiło się od lat. Według legend w tę jedną, magiczną noc dusze zmarłych ukazywały się bliskim, którzy wypełnią odpowiednie warunki. Rokrocznie przybywały tu setki, a czasem nawet tysiące ludzi, którzy zapragnęli spotkać się ponownie z tymi, których zabrała śmierć.
Dwie postacie w czarnych okryciach przyglądały się temu z gałęzi jednego z drzew. W mroku praktycznie nie było ich widać, ewentualnie błyskały ich oczy wyglądające niebezpieczeństwa. Nerwy napięte mieli do granic wytrzymałości, dłonie zaciśnięte na rękojeści broni, lecz oddechy spokojne. Czekali. Wiedzieli bowiem, że sprawa nie jest taka prosta. Co roku ginęło tu paręnaście osób i nikt nie był w stanie odnaleźć po nich śladu. Dosłownie znikali.
Przez długi czas nic się nie działo. Cmentarz nadal żył, głosy ludzi niosły się pomiędzy nagrobkami, a blask świec nadawał nekropolii dziwny, nierealny wręcz nastrój tajemnicy i oczekiwania. Powoli zbierała się też mgła.
Postacie na drzewie drgnęły nerwowo, gdy wyczuły znaną im aurę. Bezszelestnie zeskoczyły z gałęzi i ruszyły przez zamglony cmentarz w stronę źródła niepokoju. Omijały nagrobki i ludzi, którzy obracali się nerwowo na wszystkie strony, to wszystko było nieważne.
Mgła gęstniała coraz bardziej. Z niegroźnego obłoczku stała się białą, zimną ścianą, która przysłoniła wszystko dookoła. Ledwo widzieli siebie, nie mówiąc już o przeszkodach.
Wrzask rozciął złowróżbną ciszę, drażniąc uszy. Bolesny, przerażający skowyt, któremu nie było końca, choć trudno było określić jego źródło. Dochodził zewsząd i w końcu zrozumieli, że nie jest on pojedynczy, lecz należy do niemal każdego, kogo dosięgła mgła.
– Nie powinniśmy… – zaczęła, odwracając się, lecz wtedy dostrzegła, że jest sama. – Arte?
Nie usłyszała odpowiedzi, choć wampir mógł być tuż obok. Wszystko przez tę mgłę. Nie była normalna, lecz stworzona przez siłę, która chciała skrzywdzić tych ludzi, żerując na ich nadziei. Okrutność czarnego serca, które nie rozumie, co to znaczy tracić.
Przystanęła, skupiając się na wyczuciu aury demona. Nie ukrywał jej zbytnio, prawdopodobnie będąc pewnym, że to niepotrzebne. Udowodni mu, że się myli. To jego ostatni występ.
Sięgnęła po czarną katanę i ruszyła przed siebie, kierując się intuicją. Nie martwiła się o Arte, wiedziała, że sobie poradzi. Z gorszych opresji wychodził w całości, a z pewnością też właśnie idzie w stronę źródła problemu. Tak zresztą zakładał plan.
– Vivian – usłyszała za sobą.
Drgnęła, gdy usłyszała ten głos. Przez chwilę walczyła z chęcią odwrócenia się, lecz w końcu udało się jej nad tym zapanować i ruszyć dalej.
– Vivian.
Wiedziała, że nie może się odwrócić, bo to tylko ją osłabi. Musiała iść przed siebie, zacisnąć zęby i zrobić, co ma zrobić. To było jedyne wyjście z tej sytuacji. Nie wolno dać się omamić iluzji.
– Nie jestem iluzją. Spójrz na mnie wreszcie – warknął.
Poczuła, jak łapie ją za ramię i ciągnie w swoją stronę. Zdecydowanie odwróciła się, zamierzając się na marę mieczem, lecz powstrzymała się, gdy zobaczyła znów te piękne, szare oczy.
– Ciebie tu nie ma – powiedziała warkotliwie.
– Jesteś pewna? – zakpił, uśmiechając się na swój sposób.
– Ty nie żyjesz – odpowiedziała spokojnie. – Spadłeś z klifu do rzeki. Nie ma cię.
Opuściła miecz i chciała się odwrócić, gdy chwycił jej podbródek i pocałował z pasją. Jeśli przed chwilą jej serce było niespokojne, to teraz zaczęło walić jak oszalałe. Mimowolnie puściła rękojeść i zarzuciła mu ręce na ramiona. Wiedziała, że to niemożliwe, ale nie potrafiła być obojętna wobec tego, co się właśnie działo. Poddawała się temu czarowi, jakby nieświadoma grozy, która żerowała na tej niewielkiej tęsknocie żyjącej nadal na dnie jej serca.
– Nadal sądzisz, że mnie nie ma? – zapytał, uśmiechając się szeroko.
– Nie możesz tu być. To przecież niemożliwe.
– Nie ma rzeczy niemożliwych, Vivian. A już na pewno nie dla ciebie.
– Zrobiłam ci krzywdę. Przepraszam.
– Nie musisz. To już jest nieważne. Mam cię znów w ramionach i tylko to się liczy. Nic więcej.
Kciukami głaskał policzki kobiety, spoglądając jej w szkliste oczy. Już chwilę wcześniej zrzucił kaptur z jej brązowych włosów, więc mógł patrzeć na nią bez przeszkód.
Na chwilę przestało się liczyć, że gdzieś w pobliżu jest demon, którym trzeba się zająć, nim zabije kolejne osoby. Przecież kilka minut jej nie zbawi. Wtuliła się w niego, przymykając oczy.
– Voi! Czy ja cię zawsze muszę ratować? – usłyszała.
Odwróciła się gwałtownie, żeby dostrzec niewyraźny cień odbijający się we mgle. Dopiero teraz poczuła ten charakterystyczny zapach morza w deszczowy dzień. Westchnęła ciężko.
– Nie przypominam sobie, żeby coś takiego miało kiedykolwiek miejsce, rybko – odparła.
– Nie nazywaj mnie tak – odpowiedziało jej wkurzone warknięcie.
Zaśmiała się i zaatakowała postać za sobą. Nie miała pewności, czy rzeczywiście dobrze robi, ale to nie miało takiego znaczenia. Nikt nie będzie żerować na jej uczuciach.
Demon nie kazał jej zbytnio czekać na odsłonięcie swej prawdziwej twarzy, lecz to nie robiło na niej już wrażenia. Już wcześniej przygotowała odpowiednią inkantację, którą teraz owinęła przeciwnika. Jego zdziwienie wręcz ją rozbawiło.
Mgła zaczęła się przerzedzać, gdy odwróciła się w stronę ducha. Sądziła, że to kolejna iluzja, lecz półprzezroczysta postać nadal tam stała.
– Jak? – zapytała.
– To noc, kiedy dusze schodzą do swoich bliskich w tym świcie, choć zwykle się nie ukazujemy – odparł.
– Wciąż miałam nadzieję, że to się tak nie skończyło.
Czuła łzy w kącikach oczu na samo wspomnienie tamtego deszczowego dnia. Podszedł do niej i spróbował dotknąć jej policzka. Niestety nie mógł. Palce przeszły przez skórę, a ona nawet tego poczuć nie mogła.
– Zawsze to wiedziałaś – odparł. – Dobra robota, Vivian.
– Idziesz już? – zapytała.
– Nie powinno mnie tu w ogóle być.
– Squalo, ja…
– Wiem – uciszył ją. – Wszystko wiem. Nie żałuj niczego. Masz inne rzeczy na głowie, Aniele Lucyfera.
Złożył na jej czole delikatny pocałunek. Vivian mogłaby przysiąc, że go poczuła w przeciwieństwie do poprzedniego gestu. Uśmiechnęła się do niego. Wątpliwości ją opuściły.
– Chciałabym cię spotkać jeszcze jeden raz – powiedziała.
– Pewnego dnia tak się stanie – obiecał. – A ja zawsze będę w pobliżu – uśmiechnął się lubieżnie.
– Głupia rybka – zaśmiała się.
Jego już nie było. Rozpłynął się wraz z resztkami mgły. Gdzieś w oddali usłyszała dzwon wybijający północ. Noc duchów właśnie się skończyła, odeszły tam, gdzie było ich miejsce.
– Vivian, wszystko w porządku? – usłyszała Arte.
– Tak, jak w najlepszym – odparła spokojnie.
W tym momencie dookoła zabłysnęły ogniki i wzniosły się w niebo. Oboje zrozumieli, co właśnie widzą. Zresztą nie tylko oni, ludzie zgromadzeni na cmentarzu również. Niektórzy zaczęli się nawet głośno modlić za dusze, które właśnie odchodziły.
– Jeszcze jeden raz… – szepnęła Vivian, uśmiechając się pod nosem.
Chwilę później ona i Arte zniknęli w mroku nocy, pozostawiając cudowny cmentarz za sobą.

***

Arte: Nie ma w tym roku za wiele straszenia, lecz raczej nostalgia i doza romantyzmu.
Vivian: Pomysł narodził się podczas rozmowy z Fanką, tak?
Laurie: Nie pytaj mnie, o co wtedy chodziło, ale tak. Wtedy wpadło mi do głowy, żeby gościnnie pojawił się Squalo.
Arte: Czy jednak dane im będzie spotkać się jeszcze jeden raz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s