Sokkeinai taido shite mata Kyou ga sugite iku Hontou wa iya ni naru kurai Kimi ga ki ni naru no ni Doushite suki na hito ni Sunao ni narenai ndarou Itsudemo Samishisa no uragaeshi

Pogodne niebo nagle się zachmurzyło. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że to chmury zasłoniły słońcu dostęp do ziemi, lecz to nie było takie proste. W powietrzu czuć było mordercze intencje, a dwoje podróżnych zeskoczyło właśnie z wierzchowców, lejce niedbale rzucając trzeciej postaci.
Biały kruk zaskrzeczał, unosząc się z ramienia jasnowłosej dziewczynki w długim płaszczu egzorcysty. Obserwowała uważnie swego skrzydlatego przyjaciela, który wzleciał naprzeciwko powietrznym przeciwnikom.
– Siedem trójek – powiedziała. – Trzynaście dwójek.
– Więcej niż poprzednio – odparł jej towarzysz, zrzucając kaptur z białych włosów. – Zwab je, a wy się ukryjcie – spojrzał na dwóch pozostałych podróżnych.
Ci pośpiesznie zabrali konie w niedaleki gąszcz, gdzie zamierzali przeczekać walkę. Tylko by przeszkadzali, bo w przeciwieństwie do tej dwójki nie mieli zdolności do opanowania innocence, a dodatkowo Link nie powinien się do tego w ogóle pchać. Jego zadaniem była obserwacja.
Jeszcze przez chwilę nic się nie działo. Jedynie chmara akum zaczęła gonić białego kruka, który prowadził je prosto na egzorcystów. Czekali, czując napięcie i obserwując uważnie zbliżających się wrogów.
– Teraz – odezwał się Allen. – Innocence, aktywacja.
Jego lewa ręka zamieniło się w potężny miecz, a ramiona przykrył biały płaszcz. Crown Clown jak zwykle prezentował się wspaniale, gdy Allen ruszył do walki z akumami. Żadna z nich nie stanowiła dla niego większego zagrożenia, choć ich liczebność mogła być irytująca.
Abba nie ruszyła się z miejsca, choć obserwowała czujnie otoczenie. Poprzednio ledwo udało jej się uciec przed zbłąkanym pociskiem akumy i pewnie gdyby nie Link, nie stałaby tu teraz. Nie zamierzała popełnić znów tego samego błędu. Auren zaś towarzyszył Allenowi w głównym starciu. Jego skrzydła skrzyły się delikatnym, jasnozielonym blaskiem charakterystycznym dla innocence, urósł do wielkości dużego orła i atakował przeciwników, rozcinając ich na pół potężnym dziobem.
Cała walka trwała może kwadrans. Egzorcyści nie ponieśli żadnych strat, wróg został doszczętnie zniszczony, choć pióra Aurena pokryły się czerwienią. Jednak z zadowoleniem wylądował na wyciągniętej ręce swej pani, która pogłaskała go po łebku.
– Dobra robota – pochwalił ich Allen.
– Twoja również – uśmiechnęła się Abba.
Chwilę później dołączyli do nich Link i poszukiwacz prowadzący konie. Ten drugi był ich przewodnikiem.
– W takim tempie trudno będzie przybyć do Parmy na czas – zauważył jasnowłosy inspektor.
Ciężko było się z nim nie zgodzić, choć data spotkania z drugą grupą była raczej umowna. Dwa dni temu Kwatera Główna została poinformowana o grupach akum pustoszących drogę pomiędzy Mediolanem a Bolonią. Problem był dość poważny, choć dziwiło, że wróg nie atakował miast położonych przy tym szlaku. Mimo to należało się tym jak najszybciej zająć. Komui postanowił wysłać dwie niewielkie grupy egzorcystów, które oczyściłyby drogę z dwóch stron jednocześnie. Od strony Mediolanu wyruszyli Allen z Abbą, od strony Bolonii Chaoji i Kanda. Według wstępnego planu mieli spotkać się w Parmie, która leżała mniej więcej w połowie drogi po trzech dniach. Nie przewidzieli jednak, że grup akum jest aż tak wiele, przez co będą musieli zatrzymywać się częściej.
– Kanda i tak będzie marudzić – Allen wzruszył ramionami.
– Może uda nam się nadrobić trochę drogi, jeśli nie pojawią się kolejne grupy – odparła Abba.
Była trochę niezadowolona, że Komui przydzielił ją do Walkera, a nie do Kandy, ale nie dyskutowała niepotrzebnie. I tak czas misji nie był najlepszą opcją na nadrabianie czasu, który ostatnio poświęcali na inne rzeczy niż wspólne treningi czy odpoczynek. Miała wrażenie, że Japończyk zaczyna dystansować się również wobec niej, a jego ciągłe nieobecności nie pomagały jej czegoś z tym zrobić. Mogła mieć tylko nadzieję, że całkiem się od niej nie odwróci.
– To byłoby najlepsze rozwiązanie – mruknął Allen. – Jedźmy.
Walker nie był dzisiaj zbyt rozmowny. W nocy chyba mało spał, choć nie przeszkadzało to jego wydajności w walce. Nadal był dużo skuteczniejszy niż Abba, wykonując większą część roboty.
Ruszyli w dalszą drogę. Atmosfera daleka była od przyjaznej i luźnej. Ostatnie tygodnie były ciężkie, coraz więcej pojawiało się niedopowiedzeń, kłótni i konfliktów między egzorcystami, a to sprawiało, że nawet w domu nie czuli się tak jak dawniej. Coś się zepsuło, a oni się zmienili. Nowi nie bardzo potrafili to dostrzec, dostosowywali się do tego, co widzieli, ale nie mogli zobaczyć prawdziwych powodów tych zmian. Kiedyś byli ze sobą bardziej zżyci, mimo wielu obowiązków znajdowali czas na wygłupy i wspólne spędzanie czasu. Przynajmniej Abba tak to widziała.
Ona również się zmieniła. Urosła, dojrzała i powoli zaczynało brakować w niej tego łaknącego wiedzy dziecka. Egzorcyści traktowali ją jak równą sobie, inni pracownicy Zakonu bardziej poważali, lecz zaczynała czuć się samotna. Przyjaźń z Lenalee i pozostałymi dziewczynami nie była aż tak bliska, jak się wszystkim dookoła wydawało. Nie potrafiła zwierzyć im się z niektórych spraw, sama ostatnio dostrzegła, że schowała się za maską. Uśmiechała się nawet, kiedy było jej źle, nie pokazywała już tak swoich uczuć i emocji. Czasami lepiej czuła się gdzieś w terenie, najlepiej z którymś ze starszych egzorcystów tak, żeby się z niczego nie tłumaczyć. Brakowało jej jednak kontaktu z kimś, komu mogłaby powierzyć wszystkie swoje sekrety, z kimś innym niż Auren, ale jedyna taka osoba zaczęła się od niej odsuwać. To ją smuciło, ale wiedziała, że nie może go zmuszać czy dręczyć. Czas być samodzielną nawet, jeśli to oznacza zmiany.
Jej dłoń mimowolnie zacisnęła się na serduszku zawieszonym na szyi. To był jej talizman łączący ją z Vivian. Przynajmniej w to wierzyła. Zawsze, kiedy myślała o starszej z Walkerów, dotykała wisiorka, jakby mógł przywrócić to, co straciła. Robiła wszystko, aby Vivian była z niej dumna. Brązowowłosa zawsze była dla niej wzorem do naśladowania, przykładem siły i niezłomności, serca, które mimo okoliczności zawsze troszczyło się o tych, którzy byli jej bliscy. Nie chciała jej zawieść czy splamić jej pamięci.
Allen uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia, gdy spojrzał na młodą towarzyszkę. Tę zaciętą minę podpatrzyła u jego siostry i idealnie skopiowała. Pojawiała się zawsze, gdy dziewczynka coś sobie obiecywała. Cieszył się, że mimo wszystko daje sobie z tym radę lepiej, niż sądzili.
– Kolejne akumy – odezwała się Abba. – Atakują jakiś ludzi.
Jeszcze tego nie widzieli, lecz dziewczynka mogła wszystko monitorować dzięki Aurenowi, który kilka chwil temu ruszył na zwiady. Cały czas byli ze sobą połączeni dzięki innocence, choć wbrew pozorom nie mogła tego zobaczyć oczami pierzastego przyjaciela.
Pośpieszyli konie, żeby jak najszybciej się tym zająć. Allen zeskoczył z siodła, gdy tylko dostrzegł pierwszych przeciwników, z którymi dotąd samotnie walczył Auren. Dookoła panowała panika, ludzie biegali we wszystkie strony. Niektórzy chowali się za drzewami, wozami, końmi, inni próbowali ratować swój dobytek przed zniszczeniem, stając się łatwym celem. Mało kto zwracał uwagę na przybyłych egzorcystów.
Wśród tego zamieszania Abba dostrzegła wśród pyłu drogi kilkumiesięczne dziecko. Płakało przerażone i pozostawione samemu sobie. Dziewczynka wiedziała, że to niebezpieczne, ale nie miała wyboru. Ani Allen ani Auren nie byli w stanie dotrzeć do dziecka tak, aby nie stało się celem akum. Zmusiła spłoszonego konia do wjechania w to zamieszanie, po czym zeskoczyła z niego kilka metrów od swojego celu, gdy okazało się, że jazda jest zbyt karkołomna przez te wszystkie przeszkody.
– Abba, uważaj!
Odskoczyła przed ciosem poziomu trzeciego, ciesząc się, że treningi ciała na coś się przydały. Bez nich mogłaby tylko stać w bezpiecznej odległości i obserwować walkę.
– Auren, do mnie – poleciła.
Biały kruk zniszczył akumę, która stała mu na drodze, po czym zajął się wrogiem zagrażającym jego pani. Blondynka zaś pobiegła w stronę dziecka, przeskakując rozbity wóz. Nie mogła na to spokojnie patrzeć, nie tego ją nauczono.
Zanim jednak dotarła do maluszka, drogę zastąpił jej mężczyzna. Brązowe oczy wypełnione miał przerażeniem, siwe włosy rozczochrane, zaś ubranie pokryte kurzem wyglądało na dość drogie. Chwycił egzorcystkę za rękę.
– Ochroń mnie – zażądał. – Mnie i mój towar.
– Akumy nie interesują się dobytkiem. Schowaj się – rozkazała.
– Ochroń mnie. Zapłacę ci.
Za nim widziała akumę, która zbliżała się do dziecka zwabiona jego płaczem. Abbie zostało kilkanaście sekund, żeby zapobiec tragedii. Kupiec jednak trzymał ją za mocno, cały czas próbując kupić jej usługi. Nie mogła dłużej czekać. Sprawny kopniak w podbrzusze sprawił, że została uwolniona. Minęła przeklinającego mężczyznę i pobiegła do dziecka. W ostatniej chwili zdążyła chwycić je w ramiona i rzucić się na bok. Wylądowała na plecach, tuląc do siebie płaczące maleństwo.
– Auren!
Kruk ruszył na przeciwnika, potem zabił jeszcze jednego i na tym walka się skończyła. Allen bowiem także skończył swoją część pracy. Podbiegł do Abby, która uspokajała dziecko.
– Nic wam nie jest? – zapytał.
– W porządku – uśmiechnęła się blondynka.
Maleństwo w jej ramionach powoli przestawało płakać kołysane przez egzorcystkę. Głaskała je uspokajająco po krótkich, ciemnych włoskach. Nie wiedziała, czy matka dziecka została zabita przez akumy czy udało jej się uciec w zamieszaniu.
Tym problemem jednak mogła zająć się później, bo w ich stronę szedł właśnie rozwścieczony kupiec, którego znokautowała.
– Ty mała – warknął. – Przez ciebie straciłem cały towar.
– Ale żyjesz – odparła sucho Abba.
– Wiesz, ile mnie to kosztowało?! A ty wolałaś uratować jakiegoś wszawego bękarta!
To sprawiło, że blondynka poczuła gniew. Nikt jej nie wmówi, że ludzkie życie jest nic niewarte bądź mniej ważne od jakiegoś towaru. Zmrużyła groźnie oczy i podeszła do mężczyzny, sycząc:
– Ciesz się, że ocaliłeś życie, głupcze. A jeśli go nie chcesz, sama ci je odbiorę.
Chwilę później na ramieniu poczuła dłoń Allena. Chciał ją w ten sposób uspokoić i powstrzymać niekorzystny rozwój wypadków.
– Abba, wystarczy, a pan też powinien już przestać. Ważne, że akumy zostały zniszczone – uśmiechnął się przyjaźnie.
To zbiło z tropu mężczyznę, który umilkł, nie wiedząc, jak zareagować na taką różnicę zachowań pomiędzy egzorcystami. Ten moment wykorzystali, żeby odejść. Walker nie chciał niepotrzebnych konfliktów, choć sam nie był zadowolony, słysząc argumenty kupca.
– Abba, nie powinnaś tego mówić – zganił łagodnie towarzyszkę.
– Vivian postąpiłaby tak samo. Ocaliłaby to dziecko.
– Tak by zrobiła – potwierdził. – Dobrze wybrałaś, choć metody rozwiązywania takich konfliktów Vivian były dość niebezpieczne – uśmiechnął się.
– Tacy jak on nie rozumieją – westchnęła.
– Ale to nie do nas należy decydowanie, czyje życie powinno zostać odebrane. Pamiętaj o tym.
Kiwnęła głową, wiedząc, że trochę przesadziła. Vivian i Kanda mieli na nią także trochę negatywny wpływ, uczyła się przy nich również rzeczy, które prowadziły do konfliktów i nienawiści, choć starała się tego unikać. Nie zawsze wychodziło.
Ocalali zaczęli sprawdzać stan swoich wozów i dobytku. Niektórzy opłakiwali zmarłych, którym nie udało się uciec na czas, inni głośno przeklinali straty, bądź dziękowali Bogu za ocalenie. Kilka osób patrzyło podejrzliwie na Allena, którego wygląd zawsze przyciągał wzrok, szczególnie ten nieprzychylny. Zarzucił kaptur na głowę, żeby się trochę ukryć.
– Marco!
Podbiegła do nich młoda kobieta w dość skromnej sukni. W oczach miała łzy, powtarzała cały czas imię należące najprawdopodobniej do maleństwa, bo zaczęło reagować.
– Ocaliliście go – zapłakała. – Dziękuję.
– To pani syn? – zapytała Abba.
– Tak. Ktoś mnie pchnął, gdy uciekaliśmy przed tymi potworami, wypuściłam go z rąk, ktoś mnie pociągnął do lasu i nie pozwolił wrócić. To wszystko działo się tak szybko. Myślałam, że zginął. Dziękuję, dziękuję.
Abba przekazała przerażonej, ale szczęśliwej matce syna i uśmiechnęła się. Słyszała szczerość w głosie kobiety. Sądziła, że straciła ukochane dziecko, a była zbyt słaba, by je samodzielnie ocalić. Strach to potężne uczucie. Ludzie niekiedy musieli mu się poddać, żeby nie zwariować, a ucieczka przed akumami była normalnym zachowaniem. Instynkt przetrwania. Nawet jeśli chciała wrócić, coś bądź ktoś jej na to nie pozwolił. Teraz jednak poczuła ulgę, widząc swe dziecko całe i zdrowe.
Niespodziewanie kobieta uklęknęła przed nimi i pocałowała dłoń Abby, powtarzając słowa podzięki. Allen powstrzymał ją przed powtórzeniem tego z jego udziałem.
– To jest nasza praca – powiedział. – Nie trzeba nam aż tak dziękować.
– Jak mogę się odwdzięczyć?
– Proszę dbać o siebie i syna i unikać akum.
Niedługo później egzorcyści ruszyli w dalszą drogę do Parmy, a grupa podróżnych w drugą stronę. Allen zapewnił ich, że nie powinni już spotkać żadnych akum, bo oni się nimi zajęli. Przynajmniej tyle mogli zrobić, choć feralny kupiec nadal złorzeczył na nich za zniszczony towar i odmowę chronienia jego osoby. Egzorcyści jednak nie byli tutaj, aby najmować swe zdolności walki poszczególnym osobom. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto tego nie rozumie i dba tylko o własne życie.
Dalsza droga minęła egzorcystom dość spokojnie i bez większych trudności, więc do Parmy dotarli późnym popołudniem w dniu wyznaczonym na spotkanie. Kwatery w niewielkim hoteliku były już dla nich przygotowane, więc mogli się odświeżyć w oczekiwaniu na drugą grupę. Kanda i Chaoji bowiem jeszcze nie dotarli, najwyraźniej także musieli sprostać większej grupie akum, niż się spodziewali.
Poszukiwacz zostawił ich na trochę, żeby zorientować się w sytuacji w mieście, choć na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w miarę w porządku. Ani Allen ani Auren nie wyczuli w pobliżu akum. Podejrzewali zresztą, że w Parmie tak jak w pozostałych miastach przy atakowanym szlaku jest spokojnie.
To ich zresztą trochę niepokoiło. Dla akum miasta były łatwiejszym terenem łowieckim mimo ilości zabudowań, w których mogły się schować potencjalne ofiary. Nie wiedzieli nic na temat czegoś, co mogło powstrzymywać wroga przed wejściem do osiedli. Poza tym pogrupowanie akum w kilku miejscach przy drodze też nie było zbyt normalne. Ktoś musiał maczać w tym palce. Czyżby Noah? Na razie nie byli w stanie tego stwierdzić. Zbyt dużo pytań, zbyt mało odpowiedzi.
Druga grupa dotarła do nich późnym wieczorem. Okazało się, że od strony Bolonii akum było jeszcze więcej i stąd ta zwłoka. Obaj egzorcyści byli wykończeni, niemal nie spali w czasie podróży, więc teraz po prostu padli. Przekazali jednak pozostałymi, że przyczyna wszystkiego znajduje się tutaj, w Parmie.
Rano wysłali poszukiwaczy po informacje, które mogłyby im pomóc rozwiązać zagadkę. Wiedzieli jedynie, że ktoś w mieście sprzedaje dusze Earlowi. Musieli znaleźć tę osobę, zanim sprowadzi nową grupę akum.
Sami również postanowili rozejrzeć się po mieście za jakimiś wskazówkami bądź potencjalnym przeciwnikiem. Nie rozdzielali się jednak, stwierdzając, że na razie jest to niepotrzebne.
Kanda zatrzymał się, łapiąc za rękojeść katany. Czuł, że coś jest nie tak, choć mało prawdopodobnie, żeby chodziło o akumy. W innym wypadku pozostali egzorcyści również by coś wyczuli.
– Coś nie tak, Kanda? – zapytał Allen.
– Jest za cicho.
– Chyba ci się wydaje – mruknął białowłosy, rozglądając się. – Nie widzę niczego nietypowego.
– Może źle patrzysz? – usłyszeli inny głos.
Auren zaskrzeczał ostrzegawczo i wzbił się w niebo, gdy wokół pojawiło się kilka zamaskowanych, uzbrojonych postaci. Początkowo mogli się wydawać zwykłymi bandytami, ale ich postawa świadczyła o biegłości w sztuce walki. Zaatakowali zaskoczonych egzorcystów, którzy zareagowali dopiero po chwili. Kanda pchnął Abbę za siebie.
– Auren, do pani! – rozkazał.
W przeciwieństwie do pozostałych mógł używać katany bez aktywacji innocence i kilka sekund później zwarł się w ataku z jednym z napastników. Zamaskowany mężczyzna dorównywał mu siłą i techniką, dwóch innych, którzy także zaatakowali Japończyka, musieli im ustąpić pola i szybko zostali pokonani.
Allen i Chaoji starali się walczyć wręcz z napastnikami i ich unieruchomić, Link bezlitośnie używał ukrytych dotąd ostrzy, gdy tylko zauważył, że przeciwnicy przyszli przelewać krew. Byli zbyt dobrze wyszkoleni i ubrani jak na zwyczajnych opryszków, więc najwyraźniej ktoś ich najął do tej roboty.
Blondyn przytrzymał jednego z mężczyzn z ostrzem na gardle.
– Kto was nasłał? – syknął.
Ten tylko się zaśmiał i wymierzył cios na oślep. Nie trafił jednak, gdy Link poderżnął mu gardło i pchnął na kolejnego atakującego. Odwrócił się gwałtownie, blokując następnego mężczyznę. Ponad jego ramieniem dostrzegł, jak jeden z napastników zachodzi od tyłu jasnowłosą egzorcystkę.
– Abba, za tobą! – krzyknął.
Dziewczynka odwróciła się, lecz nie zdążyła odskoczyć, a Auren walczył właśnie z innym mężczyzną. Blondynka zasłoniła się ramieniem, chcąc się przynajmniej w ten sposób ochronić i czekała na cios. Ten jednak nie nadszedł. Tuż przed nią pojawił się Kanda. Miecz przeciwnika ześlizgnął się po klindze Mugenu i drasnął Japończyka w bok. Nim jednak napastnik zdążył cofnąć broń, dopadł go Auren, wydziobując oczy.
– Kanda!
Spojrzał na dziewczynkę, sprawdzając, czy jest cała, po czym zaatakował kolejnego z przeciwników, nie bacząc na krwawiący bok.
Napastnicy wymienili z egzorcystami jeszcze kilka ciosów, po czym wycofali się, pozostawiając martwych towarzyszy na pastwę losu. Chaoji był gotowy ruszyć za nimi w pościg, ale powstrzymał go głos Linka:
– Nie idź. Mogą mieć przygotowaną pułapkę.
– Moglibyśmy się dowiedzieć, kim są – odparł Han.
– To zbyt niebezpieczne.
– Link ma rację – blondyna poparł Allen. – Byli zbyt dobrze przygotowani, a my powinniśmy wracać. Co z tobą, Kanda?
– To tylko draśnięcie – burknął Japończyk.
– Które mocno krwawi – odparł Walker. – Link, możesz?
Blondyn kiwnął głową i prowizorycznie opatrzył bruneta, zamierzając zrobić to porządnie, kiedy wrócą do hotelu. To zresztą było w tej sytuacji najlepsze rozwiązanie, a informacje zebrane przez poszukiwaczy mogą być cenniejsze niż to, co mogliby zdziałać egzorcyści. Może przynajmniej będą wiedzieć, kto nasłał na nich tych najemników.
Rana Kandy nie była zbyt groźna, lecz wymagała trochę odpoczynku. I tak nie mieli nic do roboty, nim wrócą poszukiwacze, więc nikt zbytnio nie marudził z tego powodu.
– Mała, co z tobą?
Japończyk od razu zauważył, że Abba jest jakaś przybita od czasu walki. To do niej nie pasowało, więc zamierzał wyciągnąć z niej powód takiego zachowania.
– Przepraszam – powiedziała cicho.
Pozostali wycofali się taktownie, żeby mogli spokojnie porozmawiać. Nie trudno było zauważyć, że ostatnio ta dwójka jakoś się rozmija, a to nie było dobre dla żadnego z nich.
– Za co?
– Ochroniłeś mnie, bo byłam za słaba, żeby sama o siebie zadbać. Przez to cię zranili.
– Bzdura. Na co dzień walczysz z akumami, nie z ludźmi.
– Mimo wszystko – mruknęła, siadając na skraju łóżka.
– Głupoty gadasz – poczochrał ją po włosach. – Ważne, że tobie nic się nie stało.
Abba przytuliła się do niego trochę niespodziewanie. Tylko uśmiechnął się pod nosem i objął ją jedną ręką. Nie musiała mu nic mówić. Wiedział, że ostatnio mogła odnieść wrażenie, że się od niej odsuwa. Prawda była jednak taka, że nie chciał wplątywać jej w pewne sprawy, z którymi nadal się nie uporał. Stąd coraz to nowe misje i treningi w Kwaterze Azjatyckiej. Gdy skupiał się na tym, nie myślał o innych, mniej przyjemnych dla niego sprawach. Jednak to sprawiało, że ją trochę zaniedbał. Rozumiał, że mogła poczuć się zraniona, a on nie powinien tego robić. Straciła już jedną ważną dla siebie osobę i nie chciała tego przeżywać po raz kolejny. Sam zresztą czuł to samo.
– Przepraszam, Abba – szepnął. – Już będzie dobrze.

***

Arte: Pewnie wiecie, ale Wam powiemy, że następny rozdział jest ostatnim w tym roku. Tym samym kończymy epizody związane z egzorcystami i przez jakiś czas ich nie będzie.
Vivian: Miało być więcej o Chaojim, ale nie wyszło. Laur jednak pamięta, żeby zawrzeć go przy najbliższej okazji.
Laurie: Powoli zbliżamy się mniej więcej do połowy opowieści. Przede wszystkim fabularnie. Czeka nas jeszcze trochę rozdziałów związanych z Ligą Cieni, także na pewno znajdzie się miejsce dla reszty bandy pijaków z „Szalonego Kruka”.
Vivian: Jednak w najbliższym czasie jeszcze Włochy i spotkanie z moimi dawnymi znajomymi, których poznali ci, którzy czytali CJzN, potem świąteczna baśń i coś szalonego w Sylwestra.
Arte: Może nawet jakiś porządny śnieg spadnie. Mamy nadzieję, że się podobało. Pozdrawiamy i do następnego.

3 thoughts on “Sokkeinai taido shite mata Kyou ga sugite iku Hontou wa iya ni naru kurai Kimi ga ki ni naru no ni Doushite suki na hito ni Sunao ni narenai ndarou Itsudemo Samishisa no uragaeshi

  1. Link! Nawet go lubię, tylko zawsze mnie denerwowało to coś, co miał na czole. No i Allen ze swoim Crown Clown :3 Zawsze dzieciaka lubiłam.
    Rozumiem Abbę, też bym wolała Kandę❤ To było przecież moje egzorcystowe love.
    Piszesz naprawdę lepiej, niż wcześniej. Pozbądź się jeszcze tylko tego nawyku używania określeń "brązowowłosa", imię to nie powtórzenie, a zawsze można użyc nazwisko, przezwisko albo nawet jakąś inną cechę, niż kolor włosów.
    "Robiła wszystko, aby Vivian była z niej dumna. Brązowowłosa zawsze była dla niej wzorem do naśladowania, "
    W tym zdaniu można to nawet zwyczajnie usunąć, bo w domyśle i tak wiadomo,że chodzi o Viv. Aczkolwiek wiem, że narracja 3osobowa pod tym względem jest dość trudna.
    Generalnie rozdział ciekawy
    Pozdrawiam

  2. Sandra - chan pisze:

    Hejeczka dawno mnie tu nie było i nie mogłam pisać komentów 😔😣 brak neta i remoncik nigdy nie są dobre jak chcesz coś przeczytać i czekasz na nexty
    o boże już nie mogę się doczekać świąt i dalszych części Vivan i Corrien

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s