And say it for me Say it to me And I’ll leave this life behind me Say it if it’s worth savin’ me

Nie pamiętał, kto powiedział mu to po raz pierwszy. Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Nie, chyba nie. Dzień był podobny do dnia, gdy szukał chwilowych rozrywek, przyjemności, które przeganiały nudę z jego życia. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek na jego drodze stanie prawdziwy demon. Nie miał szans się obronić, zrobić czegokolwiek, gdy bestia opętała jego ciało i zaczęła pożerać duszę. Był demonem i miał skończyć jako pożywka dla demona. Ironia losu.
Gdyby nie ten mężczyzna, nie przetrwałby. Próbował usunąć demona, który w trakcie zmienił chyba zdanie i postanowił jedynie go opętać, pozostawiając mu świadomość. Te dni były długie i pełne emocji. Śmiał się, płakał, wrzeszczał. Czy to były jego uczucia czy bestii siedzącej w nim? Nie wiedział. Czasami miotał się po pokoju, rozwalając wszystko, co weszło mu pod rękę. Destrukcja pomagała się zmęczyć, padał w końcu bez sił, nie mogąc się podnieść czasem przez wiele godzin. Niektóre dni zaś były kompletnie ciemne. Nie pamiętał, co wtedy robił. Czy robił cokolwiek? A może to demon kontrolował jego ciało i szalał? Marny koniec kogoś, kto i tak nigdy nie dbał o życie.
Słuchał bez zainteresowania, gdy powiedział mu, że demona nie da się już usunąć. To by oznaczało również jego śmierć bądź inne nieprzyjemne konsekwencje i on się tego nie podejmie. Był jednak jeden sposób na w miarę normalne życie. Pieczęć duszy miała powstrzymać demona przed pełnym opętaniem go. Albo to albo śmierć.
Nie wiedział, czy postąpił właściwie. Żył, lecz tak naprawdę może lepiej byłoby mu umrzeć? Nigdzie nie należał, nikogo nie obchodził. Widziano w nim tylko bestię śpiącą pod pieczęcią, która chwilami próbuje wystawić łeb na zewnątrz i zamienić jego egzystencję w piekło. Jego też nikt i nic nie obchodziło. Nigdy nie obchodziło, a teraz też się nie zmieniło. Może się nigdy nie zmieni.
Vivian dość długo milczała, gdy przebrzmiało ostatnie słowo Andrew. Zadziwiające, jak wiele szczegółów pamiętał i potrafił je dokładnie opisać, choć pewnie nie do końca wiedział, o co w nich chodzi. Musiał mieć zmysł dobrego obserwatora, choć udawał mało zainteresowanego czymkolwiek. Rada się nie myliła, wybierając go na kolejnego członka Ligi. Po treningu trzeba będzie się z nim liczyć. Pytanie tylko, czy ma w sobie tyle uporu, by przetrwać do tego czasu?
– Muszę sprawdzić jeszcze kilka rzeczy, ale do tego będę musiała poluźnić pieczęć – odezwała się w końcu.
– Co, jeśli on się zerwie? – zapytał.
– Nie zerwie, jeśli mu na to nie pozwolisz – odparła. – Poza tym sądzisz, że naraziłabym innych na niebezpieczeństwo? Jestem Cieniem.
– Nie wiem nic o Cieniach.
– Nie narażamy innych w czasie naszych misji. Samych siebie też w miarę możliwości. Stąd zabezpieczenia pokoju, na które rano wpadłeś.
Podniosła się i z torby wyciągnęła kawałek kredy, którym wyrysowała na drewnianej podłodze okrąg otoczony jakimiś symbolami. Andrew przyglądał jej się z nutą ciekawości, choć nadal starał się powstrzymywać nadzieję na pozbycie się demona. Nie powiedziała jeszcze, że to się uda. Niczego też w tym kierunku nie zrobiła.
– Siadaj na środku i postaraj się nie ruszać za wiele, jeśli ci nie powiem – poleciła.
– Co to?
– Krąg ochronny. Jeśli coś pójdzie źle, powstrzyma ucieczkę demona – wyjaśniła. – Nie obawiaj się. Nie zrobi ci krzywdy. Może ewentualnie trochę łaskotać.
Nie miał pewności, czy kobieta mówi prawdę. Nie znał się na tym, a ona mogłaby wmówić mu cokolwiek dla własnej wygody. Tylko po co miałaby go oszukiwać? Na razie nie dała mu powodu do wątpliwości w swoje intencje. Postanowił jej zaufać i usiadł w kręgu. Rzeczywiście poczuł na skórze coś w rodzaju łaskotek, choć bardziej porównałby to do delikatnego, niegroźnego drapania.
Vivian poczuła ulgę, gdy Andrew w końcu jej zaufał. To było ważne przede wszystkim dla komfortu pracy, choć podejrzewała, że bez tego będzie jej ciągle patrzył na ręce. Postanowiła wyjaśnić mu wszystko, o co zapyta, ale tak, aby nie pozwolić sobie na przeoczenie czegoś. Mimo wszystko nad takimi rzeczami wolała pracować w ciszy.
Ostrożnie poluźniła pieczęć demona i wyczuła go dużo wyraźniej. Położyła dłoń na ramieniu Andrew, żeby się rozluźnił. Niepotrzebne są im dodatkowe nerwy, bez tego cały proces wymaga uwagi i skupienia, a jeden błąd może ich drogo kosztować.
Demon nie był byle jakim osobnikiem, lecz dość potężnym przedstawicielem swojego gatunku. Gdyby spuścić go ze smyczy, rzuciłby się na nią i zabił bez litości, a potem zacząłby atakować kolejnych ludzi. Kontrola nad nim będzie trudna, ale jest możliwa. Nie był jednak potężniejszy od Noah Zemsty. To raczej kwestia brutalnej siły, którą dysponował.
Przez kilka kolejnych godzin niemal się nie odzywali. Vivian sprawdzała różne rzeczy, wnioski zapisując na notesie, mruczała coś pod nosem i kręciła się wokół Andrew, który siedział spokojnie wewnątrz ochronnego kręgu. Widział, jak jest skupiona, więc powstrzymywał się od pytań, nie chcąc jej zdekoncentrować. Sam też musiał uważać. Czuł demona dużo wyraźniej niż dotychczas, bestia szukała dziur w barierze, które mogłaby wykorzystać do ataku. Początkowo sądził, że demon go nienawidzi za pieczęć, ale to było coś bardziej pierwotnego. Chęć zawładnięcia nim i destrukcji wszystkiego dookoła. Chwilami miał wrażenie, że to jego własna myśl, żeby rzucić się na tę kobietę i rozerwać ją na strzępy. Wystarczyło jednak kilka kolejnych sekund, żeby uświadomić sobie, że to jedynie wpływ demona, który czai się w środku. To on podpowiadał mu możliwą temperaturę jej rozszarpanych wnętrzności, nieco metaliczny zapach krwi, przerażenie, które zostałoby w jej oczach.
Pokręcił gwałtownie głową po kolejnej sugestii. Dotyk dłoni Vivian pomógł wrócić do rzeczywistości i uspokoić się. Dobrze wiedział, czego chciał. Tego powinien się trzymać, a nie słuchać bestii, która najchętniej rozerwałaby go od środka, gdyby tylko jej na to pozwolić. Za wszelką cenę chciał zachować własną tożsamość, choć pewnie i tak umrze jako bezimienny nikt.
Na zewnątrz było już ciemno, gdy Vivian zacieśniła pieczęć, lecz pozostawiła odrobinę miejsca. Trochę go to zaskoczyło, gdy to dostrzegł. Kobieta jednak nie zwróciła uwagi na jego minę, lecz starła dokładnie krąg wokół niego, nie chcąc pozostawiać widocznych śladów. Sprzątnęła też swoje rzeczy, po czym usiadła ciężko na łóżku.
– Ryzyko jest za duże – odezwała się.
– Czemu mnie to nie dziwi? – odparł.
– Mówiłam, że spróbuję. Demon jednak wczepia się w twoją duszę, uniemożliwiając rozdzielenie we właściwy sposób. Co prawda mogłabym to zrobić na siłę, ale to mogłoby się dla ciebie źle skończyć.
– Jestem przygotowany na psią śmierć.
– Są rzeczy gorsze niż śmierć. Nie ma sensu bezsensownie ryzykować twojego życia i zdrowia, a jest jeszcze coś, co możesz wybrać.
– Zmuszenie demona, żeby dla mnie pracował? – posłał jej sceptyczne spojrzenie.
Zabolało, gdy usłyszał, że jednak nic z tego. Nieważne, że wiedział i był na to gotowy. Ta mała iskierka nadziei i tak w nim była, a teraz zniknęła niczym mydlana bańka. Chyba wolałby, żeby Vivian zostawiła go w spokoju zamiast mamić obietnicami i możliwościami.
Kiwnęła głową. Wiedziała, że mimo wszystko jest rozczarowany. Też była, bo mimo chęci i zdobytej wiedzy nie mogła mu pomóc. To była jej osobista porażka. Nie zniechęciła się jednak. Wciąż miała dla niego ofertę Ligi.
– W czasie swoich badań trafiłam na pojęcie pożeracza demonów. Zamiast je niszczyć bądź odsyłać, pożeracz je pochłania i wykorzystuje do walki. To trudne, wymaga wielu predyspozycji, ale myślę, że tobie może się udać.
– A ty zdobędziesz zwierzątko-towarzysza? – zironizował.
– Niestety, ale nie mogę sobie na nie pozwolić – odparła rozbawiona.
Może było to zabawne, ale miała świadomość tego, że któregoś dnia odejdzie z Ligi. Może nie mówiła o tym, nie myślała zbyt często, ale nadal była Aniołem Lucyfera. Pewnego dnia to ją dopadnie i zmusi do jakiś działań w tym kierunku. Nie mogła więc kogoś do siebie przywiązywać, by potem go porzucić.
– Aż tak to cię bawi? – zapytał wściekle.
– Może odrobinę. Masz w sobie potężny byt. Teoretycznie zły, ale dobro i zło to kwestie względne. Możesz żyć jak dotychczas i czekać na psią śmierć, skoro sam się nie zabijesz, ale też możesz nauczyć się go kontrolować i wykorzystać choćby do walki z takimi jak on. Ciągle masz wybór, potworku.
– Ta twoja Liga mnie tego nauczy?
– Tak. Jeśli tylko będziesz chciał. Liga Cieni zrzesza takich jak ty czy ja, daje miejsce, do którego można należeć, nie przejmując się swoją potwornością czy bliznami. Polecono mi przekazać wiadomość dla ciebie, że Liga Cieni cię oczekuje.
– A co jeśli nie będę chciał tam iść?
Vivian uśmiechnęła się. Bunt obawy, że zostanie do czegoś zmuszony. Chyba każdy ma na początku takie wątpliwości.
– Nikt cię do tego nie zmusi – ziewnęła. – Przemyśl to i dopiero wtedy zdecydujesz.
– Nie będziesz mnie przekonywać? – spojrzał na nią podejrzliwie.
– Nie, to ma być twój wybór. Musisz mi wybaczyć, ale po tych godzinach sprawdzania twojego demona jestem wykończona i potrzebuję kilku godzin snu. Możesz tu zostać, nikt ci nie zagrozi. Jednak jeśli mnie zaatakujesz, gdy zasnę, nie okażę ci litości. Pamiętaj, że cię ostrzegałam.
– Nie widzę powodu, żeby tu zostawać.
– W porządku. Zrobisz, co będziesz chciał. Możesz iść, lecz zapamiętaj jedną informację. Jeśli zdecydujesz się dołączyć do Ligi, w Berlinie niedaleko Czerwonego Ratusza znajdź zakład szewski i zapytaj o Erica Brauna. On cię poprowadzi.
Zrzuciła z nóg buty, broń postawiła przy łóżku, sai włożyła pod poduszkę, zupełnie nie przejmując się chłopakiem. Nic więcej nie mogła dla niego zrobić. Teraz wszystko zależało od niego.
– Dlaczego to robisz? – zapytał Andrew.
– Co robię?
– To wszystko. Czemu próbujesz mi pomóc? Czemu się mną przejmujesz?
– Może ze współczucia, a może rzeczywiście kusi mnie myśl o posiadaniu fajnego zwierzątka. Czy jednak moje motywy mają jakiekolwiek znaczenie? Znasz już możliwości. Teraz decyzja należy do ciebie. Ty decydujesz o swoim życiu. Nikt inny. Jak będziesz wychodzić, zgaś świece. Nie chcę tu pożaru.
Przykryła się kocem i zamknęła oczy, choć nie zasnęła od razu. Trochę z obawy, trochę z ciekawości, co zrobi Andrew. Odrobinę ryzykowała, nie potrafiła jednak postąpić inaczej, choć pewnie mistrzyni nie byłaby zadowolona. Vivian była uzależniona od adrenaliny, nikt nie musiał jej o tym uświadamiać, a mimo to nie umiała z tym walczyć. Poza tym tylko w takiej sytuacji mogła obnażyć jego intencje. Nie sądziła, żeby zamierzał ją mimo wszystko zaatakować po tym, co usłyszał, to byłoby jednak głupie posunięcie z jego strony. Mimo zmęczenia była w stanie go unieruchomić, a nawet zabić, gdyby stał się dla niej zagrożeniem. Dobrze o tym wiedział.
Słyszała, jak przechodzi przez pokój. Przez chwilę stał przy oknie. Mogła to sobie wyobrazić i nie musiała podnosić powiek. Pewnie zastanawiał się, co robić, a może szykował się do ucieczki. Tego nie wiedziała. Po kilku minutach całkowitej ciszy usłyszała skrzypnięcie fotela, na którym usiadł, więc na razie to była jego decyzja.
Ciepły wiatr muskał jej twarz i wprawiał w ruch huśtawkę, na której leżała. Dawno nie śniło jej się to miejsce i w pewien sposób tęskniła za nim i jego lokatorem. Tutaj zawsze czuła się odprężona i spokojna, mogła odsunąć od siebie wszelkie troski. Odetchnąć od codzienności.
Spojrzała na Niszczyciela Czasu, który wyjątkowo opierał się o pobliskie drzewo i spoglądał w błękit nieba. Był jakiś nieobecny.
– Coś się tak zamyślił? – zapytała.
– Zastanawiam się, czym mnie jeszcze zaskoczysz.
– O co ci chodzi?
– Zmieniłaś się, Aniele. Wyciągasz ręce do tych, którzy tego potrzebują.
– A może naprawdę chciałam wykorzystać go do własnych celów? – uśmiechnęła się cwanie. – O tym nie pomyślałeś.
– Nie jesteś aż tak perfidna, choć chciałabyś za taką uchodzić.
Zaśmiała się na tę uwagę. Przyzwyczaiła się, że białowłosy z łatwością ją odczytuje. W końcu nie od dziś wiedziała, że potrafi czytać w jej myślach i wspomnieniach.
– Trochę mnie to jednak wkurzyło – przyznała, poważniejąc. – Całe lato poświęciłam badaniom, a nie mogłam pomóc jednemu chłopakowi.
– To nie oznacza całkowitej porażki. Jeszcze wiele można zmienić.
– A co jeśli moje starania są bezcelowe i się nie uda? Nadal jest tyle niewiadomych, słabych punktów, o których nie pomyślałam. Jeśli skończy się tylko na nadziei?
Niszczyciel podszedł do niej i pogłaskał jej policzek czułym gestem pocieszenia. Oboje wiedzieli, jak jest to dla niej ważne. Może niekoniecznie, aby uwolnić Allena spod władzy Czternastego, ale po to, by Nea Walker został odesłany tam, gdzie jego miejsce. Był zbyt niebezpieczny i nieobliczalny, żeby pozostawić go w spokoju. Mógł przecież zniszczyć wszystko, co było dla niej cenne, a na to pozwolić nie mogła.
– Musisz być gotowa na wszystko, Aniele, ale też uwierzyć we własne siły i swój upór. Zawsze dochodziłaś do tego, co sobie zaplanowałaś, więc nie pozwól, aby strach przed porażką cię powstrzymał.
– Wiem o tym. Jednak… – zawahała się.
– Masz jeszcze czas. Przygotuj się odpowiednio i zduś wątpliwości. Nie jesteś z tym sama.
Kiwnęła głową, sięgając pamięcią do dni badań. Nie zrobiła tego w pełni samodzielnie. Rady od Sigrue, Arianne, pomoc Arte, który „i tak nie miał nic do roboty”, jak powtarzał. Wsparcie Isabel i pozostałych. Wiedziała, że wielu poświęca lata na swe badania, lecz ona nie miała tyle czasu. Czuła to podświadomie. Pochłonięcie duszy Allena przez Czternastego mogło wydarzyć się w każdej chwili. Nie wiedziała, ile to może jeszcze potrwać. Poza tym nadal była Aniołem Lucyfera. Nie łudziła się, że to o niej zapomni. W końcu ta wojna się o nią upomni, a wątpiła, żeby przetrwała dłużej. Przeczuwała zbliżającą się własną śmierć. Do niej należał jedynie wybór sposobu.
– Czasami wymagacie ode mnie zbyt wiele – westchnęła.
– Trochę więcej wiary w siebie, Aniele. Jesteś kimś, kto może wszystko.
– To słodkie kłamstwo nie zasłoni okrutnej prawdy rzeczywistości.
Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.
– Pewnego dnia uwierzysz w swą siłę. Będę czekać na ten moment, mój Aniele.
Obudziło ją słońce wpadające do pokoju przez odsłonięte okno. Nastał kolejny dzień, utrzymała się ładna pogoda ku uldze mieszkańców, których deszcz już męczył. Miasto trochę odżyło.
Przetarła oczy i rozejrzała się po pokoju. W fotelu siedział Andrew i spoglądał na niebo. Uśmiechnęła się na ten widok, bo to oznaczało, że zdecydował ruszyć wraz z nią.
– Ciągle tu jesteś – odezwała się.
– Zostanie Cieniem chyba nie jest takie złe.
– Nie jest.
– Na pewno warto ratować kogoś takiego jak ja? – zapytał.
– Warto ratować każdego, kto może coś zmienić. Ktoś inny powiedziałby ci, że po coś ta pieczęć została na ciebie nałożona.
– A ty co powiesz?
– Wybrałeś trudną ścieżkę, ale zyskałeś dom. Może jeszcze tego nie wiesz, lecz na to przyjdzie czas. Po śniadaniu dowiem się, czy nie ma dla mnie jakiegoś zadania i wtedy ustalimy, co dalej.
Na dół zeszli razem, choć Andrew zrobił to dość niechętnie. Vivian podejrzewała, że chodzi o jakąś scysję pomiędzy gospodarzem a byłym już ulicznikiem. Nie pytała jednak, skoro nie kwapił się do powiedzenia tego sam.
– Wynoś się stąd, ty potworze – usłyszała, zanim jeszcze usiedli do posiłku.
Spojrzała na gospodarza, który wściekłym wzrokiem sztyletował idącego za nią chłopaka. Mężczyzna w ogóle nie zwrócił na nią uwagi, więc gestem zaprosiła towarzysza do zajęcia miejsca.
– Poprosimy śniadanie – odezwała się.
Była ciekawa, co się wydarzy. Andrew tylko westchnął, widząc, że kobieta chce się zabawić czyimś kosztem. Pytanie tylko, czy jego czy wściekłego gospodarza, który zniknął właśnie na zapleczu.
– Zrobiłeś mu coś? – zapytała.
– Żyję.
– To wiele wyjaśnia – zaśmiała się pod nosem.
Gospodarz wrócił i postawił przed nią posiłek, ignorując jej brązowowłosego towarzysza. Ten uniósł tylko brwi, oczekując, co zrobi Vivian. Powoli zaczynał ją lubić, choć musiał przyznać, że potrafiła być denerwująca.
– Nie zapomniałeś o czymś, gospodarzu? – zapytała, spoglądając na Andrew.
– Czym jeszcze mogę służyć panience? – zapytał służalczym tonem.
– Mnie niekoniecznie, ale mojemu towarzyszowi już jak najbardziej. Z pewnością jest głodny – uśmiechnęła się uroczo.
– Potworów nie obsługuję.
– Ja widzę tylko młodego, nieco zaniedbanego człowieka, któremu marzy się dobra strawa i ciepła kąpiel.
– I tak nie zapłaci, a jeszcze komuś krzywdę zrobi.
– Widzę, potworku, że wyrobiłeś sobie niezłą renomę – zwróciła się do Andrew.
– Zdarzyło się – przyznał.
– Gospodarzu, na co czekasz? Płacę, to wymagam. I bez szachrajstw – spojrzała na niego z niebezpiecznym błyskiem w oku.
– Jak panienka rozkaże.
Andrew pokręcił z rozbawieniem głową. Wystarczyło jedno spojrzenie Vivian, aby dostał równie dobry posiłek co ona, a potem mógł wziąć ciepłą kąpiel. Dawno nie czuł się tak dobrze, a to tylko dzięki tej kobiecie.
– Gdziekolwiek pójdziemy, będziemy potworami – westchnęła, pakując torbę.
Gdy Andrew brał kąpiel, ona rozmawiała z przedstawicielem Rady, żeby dowiedzieć się, czy nie ma dla niej jakiś rozkazów. Nie mogła bowiem zabrać ze sobą chłopaka, nie miała do tego uprawnień i było to zbyt niebezpieczne szczególnie dla niego, więc mogła albo wysłać go samego do Berlina albo doprowadzić osobiście.
– Przyzwyczaiłem się – mruknął.
– To dobrze, choć w rzeczywistości jesteśmy ludźmi o takich, a nie innych zdolnościach, możliwościach i zadaniach.
– Gdzie jedziesz dalej?
– Do domu razem z tobą. Na razie nie ma dla mnie zadania, więc mogę wrócić do Berlina.
– Jak tam jest? W tej Lidze?
– Zobaczysz – uśmiechnęła się, przyglądając mu się. – Czysty robisz się nawet przystojny.
Prychnął zirytowany taką zmianą tematu. Zaśmiała się na to.
– Większości dowiesz się na miejscu, ale nikt cię tam nie pogryzie. Nie walczymy pomiędzy sobą, raczej staramy się żyć w zgodzie, bo to nasz dom, w którym możemy odpocząć po misji, zrelaksować się sami bądź ze znajomymi, przyjaciółmi, potrenować. To dobre miejsce do życia.
– A sama Liga?
– To stara organizacja. Z tradycjami, których przestrzegamy, choć czasami mogą się wydawać specyficzne. Działamy w hierarchii i z szacunkiem do innych. To najważniejsze. Trening jest ciężki i wymagający, ale potem procentuje.
– Jak on wygląda?
– Dla każdego układany jest indywidualnie, ale ogólne zasady są te same. Składa się z trzech etapów: przejścia przez Labirynt, oczyszczenia i właściwego treningu pod okiem mistrza wyznaczonego przez Radę Starszych. Dałabym ci coś do poczytania, ale przestałam wozić ze sobą książki, odkąd skończyłam własne szkolenie – uśmiechnęła się.
– Zawsze możesz mi o tym opowiedzieć – odparł.
– Jak ładnie poprosisz – zaśmiała się.
– Wszystkie Cienie są takie wredne?
– Większość.
– Mogę jeszcze raz przemyśleć, czy chcę dołączyć? – zapytał z komiczną miną.
– Nie, decyzja zapadła i już się od nas nie uwolnisz.
Po chwili oboje wybuchli śmiechem. Vivian była zadowolona, że udało jej się rozluźnić Andrew. Jeszcze kilka dni będzie mógł odpoczywać, ale potem czeka go ciężka przeprawa, nim stanie się prawdziwym Cieniem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s