Hito wa minna hitori de umare Hitori de tatakatte iru Onaji kodoku kakaeteru kara You’ll never be alone

Niebo nad Berlinem mieniło się wieczornymi barwami, a krwiste słońce właśnie chowało się za horyzontem. To miała być ciężka noc, choć nikt nie miał pewności, o kogo może chodzić. Mieszkańcy miasta nieszczególnie się tym interesowali, kończyli swe zajęcia, niektórzy z nich przygotowywali się do spoczynku, inni zamierzali skorzystać z uroków nocy. Półświatek właśnie budził się do życia, by w ciemnościach załatwiać swe brudne interesy. Tylko Cienie wyczuwały zagrożenie i czuły niepokój. Takie noce jak ta przynosiły jedynie śmierć nieuważnym i nierozsądnym. Najlepiej byłoby pozostać w bezpiecznej kwaterze, lecz nie wszyscy mieli ten luksus. Mierzenie się z niebezpieczeństwem było wpisane w ich misję.
Andrew w milczeniu podążał za Vivian, której również towarzyszył niepokój. Znała jednak jego źródło i to martwiło ją najbardziej. Miała jednak obowiązki do spełnienia, więc zdusiła w sobie chęć rozwiązania problemu osobiście.
Weszli cicho do zakładu szewskiego, który o tej porze powinien być już zamknięty. Andrew tylko uniósł brwi, gdy Vivian nacisnęła klamkę bez pukania i nie napotkała oporu. Nie spotkali nikogo na swej drodze, choć pomieszczenie wydawało się używane.
– Właściciel wie o naszej obecności? – zapytał brązowowłosy.
– Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, kim jesteśmy, ale możemy nie zawracać sobie tym głowy. Przyzwyczaił się do gości takich jak my.
– Ten zakład działa normalnie?
– Tak. Nie przeszkadzamy mu w obowiązkach, dlatego nocą drzwi są otwarte. Tylko Cienie o tym wiedzą – uśmiechnęła się.
Zaprowadziła go do piwnicy do wejścia do Labiryntu. To miała być dla niego ostatnia próba zanim wprowadzi go do świata Ligi Cieni.
– Łatwo was znaleźć – zauważył.
– Tylko jeśli wiesz, gdzie szukać. To wejście do Labiryntu, o którym ci wspominałam.
– Ostatnia próba.
– Tak. Powodzenia, Andrew.
Zostawiła go samego, nie wiedząc, jaki będzie wynik tego starcia. Miała czekać przy wyjściu z Labiryntu, żeby wprowadzić chłopaka do kwatery głównej. O ile wyjdzie.
Pamiętała swoją próbę. Została o niej uprzedzona tuż przed wejściem, nie zdążyła się do tego przygotować i dostała tylko dwie drogi do wyboru: umrzeć zgubiona albo iść dalej i odnaleźć wyjście. Po śmierci Squalo i poznaniu prawdy o Aniele Lucyfera ciężko było bez strachu wejść do Labiryntu, który obnażał wszystkie słabości. Miała chwilę załamania, poddała się, stwierdzając, że dalej nigdzie nie pójdzie. Może tak byłoby łatwiej. Umrzeć i dołączyć do ukochanego człowieka. Nadal czuła tę stratę, zbliżała się druga rocznica tamtych wydarzeń, przez co z dnia na dzień była coraz bardziej refleksyjna i ponura. Nic nie mogła na to poradzić, każdy miał takie momenty.
Nie potrafiła jednak odpuścić i się poddać. Jeśli śmierć, to tylko w walce. Innej nie potrafiła zaakceptować, a to sprawiło, że wstała i dotarła do końca Labiryntu. Przetrwała kolejny raz, choć nadal z niepewnym losem.
Krzyk rozpaczy zamienił się w żałobne wycie. Wiedziała, że Andrew właśnie został pozbawiony ostatniej możliwości obrony. Nie ruszyła się jednak spod ściany wsłuchana w echo jego głosu. Sam musiał to przetrwać i zdecydować o tym, czy chce żyć czy umrzeć w tych ciemnościach. Tylko do niego należała ta decyzja, ona swoje już zrobiła. Może nie powinna, ale nikt jej tego nie zabronił, więc pewnie nie było to nic złego. Dała mu po prostu szansę na zmiany.
Minęło sporo czasu, nim usłyszała niepewne kroki, po czym dostrzegła sylwetkę Andrew. Wyglądał gorzej niż przed Labiryntem, włosy miał potargane, dłonie zakrwawione, a na twarzy wypisane potworne zmęczenie. Z pewnością najchętniej odpocząłby przed kolejnymi punktami wprowadzenia, ale rozmowy z Radą Starszych nie można było opóźnić. Miała nadzieję, że wytrzyma.
– Początek? – zapytał w przestrzeń, nie dostrzegając jeszcze kobiety.
– Koniec. Udało ci się przetrwać Labirynt.
– Co teraz?
– Teraz czeka cię nowe życie. Daj rękę.
Jego chwyt wciąż był pełny niepewności, a skóra wychłodzona powietrzem Labiryntu. Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco i kilka chwil później wprowadziła go do sali wejściowej pełnej gwaru i ludzi.
– Witaj w kwaterze głównej Ligi Cieni – powiedziała.
Podeszła do nich drobna blondynka i uśmiechnęła się przyjaźnie. Chyba czekała na ich przybycie.
– Witajcie. Rada już was oczekuje.
– Dziękuję, Mikko.
Vivian poprowadziła Andrew prosto do sali Rady Starszych. Ci musieli wiedzieć wcześniej o ich przybyciu, skoro nie każą im czekać. Może to i lepiej, chłopak z pewnością marzy, aby mieć to jak najszybciej za sobą, a i ona była już zmęczona i jej myśli coraz częściej kierowały się ku odpoczynkowi.
– Tutaj będziesz musiał radzić sobie sam – oznajmiła, gdy zatrzymali się przed drzwiami.
– Nie musisz brać za mnie pełnej odpowiedzialności – uśmiechnął się pod nosem.
– Mam taką nadzieję.
Pchnęła drewniane wrota i weszła do środka. Rada jak zwykle zajmowała swoje miejsca, spokojnie oczekując nowo przybyłych. Vivian ukłoniła się im z szacunkiem, nie przejmując się tym, co zrobi Andrew. Tu jej misja się skończyła.
– Wstań, Vivian. Raport złożysz jutro rano, a teraz idź na spoczynek.
– Oczywiście.
Ukłoniła się ponownie i skierowała prosto na swoją kwaterę. Jednak to we własnym łóżku najlepiej wypoczywała i ceniła sobie te chwile wolności od obowiązków i pewnego wampira, który czasami miał niespożytkowaną energię i nie rozumiał słów „chce mi się spać”. Na szczęście go nie spotkała. Nie wiedziała nawet, czy Arte jest w kwaterze głównej, lecz chwilowo jej to nie interesowało. Zresztą wiedziała, że przyjaciel wpadnie do niej rano, gdy tylko zorientuje się, że wróciła.
Przez kilka kolejnych dni Vivian nie dostała nowego zadania, więc praktycznie nic nie robiła. Podły nastrój jej nie opuścił, a nawet pogarszał się z dnia na dzień. Wszystko przez rocznicę tamtych wydarzeń. Jakoś nie potrafiła zmusić się do robienia czegokolwiek. Snuła się po kwaterze głównej bez wyraźnego celu i nawet nie reagowała na chamskie zaczepki Arsena. Nie lubiła takiego stanu rzeczy, ale chyba jedynie misja potrafiłaby ją zmobilizować do normalnej aktywności.
Arte wszedł bez pukania do pokoju Vivian. Niedawno wrócił ze swoich misji, złożył Radzie obszerny raport i teraz miał trochę czasu dla przyjaciółki, która w chwili obecnej leżała na swoim łóżku i palcem kreśliła jakieś wzory na podłodze.
– Słyszałem, że zostałaś ratownikiem dusz – oparł się o futrynę.
– Ta, zabrałam ci robotę – mruknęła. – Mówił ci ktoś kiedyś, że kultura wymaga pukania?
– Ktoś kiedyś wspominał, ale kto by się tym przejmował? – wyszczerzył się wrednie. – Coś nie wyglądasz na zadowoloną z życia. Czemu?
– Spójrz w kalendarz.
Arte zmarszczył brwi z niezrozumieniem. Vivian westchnęła ciężko, gdy to zobaczyła, ale w sumie się nie dziwiła. Te dni były ważne dla niej, to ona coś wtedy straciła i nadal to odczuwała.
– Dziś mijają dwa lata, kiedy Squalo ze mną zerwał, zachowując się jak ostatni cham, żeby mnie chronić. Wszystko się zaczęło, a ja nie czuję obojętności, choć minęło tyle czasu.
– Nie zobojętniałaś. To dobrze o tobie świadczy.
– Mam wrażenie, że się tym duszę.
– Idziemy się napić? – zaproponował.
– Nie mam ochoty.
– A na co masz?
– Najchętniej bym coś rozwaliła albo przespała ten czas, byle szybciej minął.
Arte westchnął. Teraz już rozumiał jej skrzywioną minę. Nie chodziło o samą datę, ale o to, co się z nią działo. Miała za dużo energii, lecz brak było jej chęci do czegokolwiek. Ten stan nie zdarzał się u niej zbyt często, sam też nie miał z tym zwykle problemu, lecz czasami nawet ich dopadało takie odrętwienie.
– Chodź, wychodzimy – polecił głosem nieznającym sprzeciwu.
– Nie mam ochoty.
– Zbieraj tyłek z tego łóżka, bo cię z niego zedrę tak, jak jesteś – ostrzegł.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Arte nie zamierzał odpuścić. Fakt, on też robił się nieznośny, kiedy przychodziła rocznica śmierci Elizabeth, ale to nie oznaczało, że zostawi ją samej sobie, żeby mogła kontynuować to samobiczowanie. Nie ma takiej możliwości, skoro oboje mają za dużo czasu na myślenie.
Zmarudziła jeszcze kilka minut na bezsensowny pojedynek na spojrzenia. Dobrze wiedziała, że wampir nie rzuca słów na wiatr i zrobi to, co zapowiedział. Nie miała na niego żadnego wpływu, więc podniosła się i poprawiła swój strój. Nie wiedziała, dokąd tym razem Arte chce ją wyciągnąć, więc musiała być gotowa na wszystko.
– Nie powiesz mi, gdzie idziemy? – zapytała dla pewności.
– Zobaczysz, gdy będziemy na miejscu.
Wyprowadził ją na zewnątrz, ale nie skierował się do „Szalonego Kruka”, jak podejrzewała. Weszli na dach Czerwonego Ratusza i tam Arte usiadł zadowolony z siebie. Spojrzała na niego lekko zdezorientowana.
– Tutaj?
– Tutaj – potwierdził. – Jakiś problem?
– Nie, po prostu sądziłam, że wymyśliłeś coś bardziej spektakularnego – zauważyła.
Wampir zaśmiał się, niemal wykładając się na plecach. Vivian postukała go palcem w czoło, po czym spojrzała na bezchmurne niebo. Na tej wysokości można było z łatwością dostrzec gwiazdy. Tego jej często brakowało w Berlinie przez uliczne oświetlenie. Może nie znała nazw konkretnych konstelacji, ale widok łagodnie skrzących się punktów na ciemnym firmamencie uspokajał ją. Owszem, przy ich ogromie czuła się mała i nic nieznacząca wobec wielkości świata, ale też bliższa temu wszystkiemu. Także problemy, troski, smutki stawały się mniejsze i nie tak dotkliwe jak jeszcze chwilę wcześniej.
– Powinnaś sama na to wpaść – zaśmiał się Arte.
– Czasami nie widać oczywistych rzeczy – westchnęła.
– Dlatego masz mnie – odparł z dumą. – Więc to sobie ceń.
Zaśmiała się, słysząc jego odpowiedź. Pokręciła głową i wyłożyła się wygodnie obok niego.
– Bo obrośniesz w piórka – prychnęła.
– To ty jesteś pierzasta.
– Coś ci się nie podoba w moich skrzydłach? – zapytała.
– Jestem zazdrosny.
– Jesteś głupi.
– To też – przyznał z przymrużeniem oka.
Siedzieli tak w ciszy przez jakiś czas. Nie potrzebowali słów, ważna była obecność przyjaciela tuż obok. Vivian poczuła, jak parszywy nastrój powoli ją opuszcza, a ona sama rozluźnia się. Najbliższe dni nadal miały na sobie piętno tamtych wydarzeń, lecz kobieta była świadoma tego, że przetrwała. Myśli o tym, co mogłaby zmienić, gdyby dostała drugą szansę, niczego nie zmienią. Przeszłość pozostanie przeszłością. Teraz liczy się dziś, chwila obecna.
– Tyki Mikk tu był – odezwała się po jakimś czasie.
– Widziałaś go?
– Nie, jedynie wyczułam jego obecność. Myślisz, że mnie poczuł?
– Trudno powiedzieć. Chronią cię zaklęcia Ligi, ale na tak bliską odległość mogły być zawodne. Nadal tu jest?
– Nie.
– Więc zadziałały prawidłowo. Z tego, co wiem, nie odpuściłby sobie spotkania z tobą.
– Masz rację.
– Miałaś ochotę na niego zapolować?
– Wprowadzenie Andrew do Ligi było ważniejsze – odparła.
Arte uśmiechnął się, patrząc na przyjaciółkę. Była tu niecałe dwa lata, a tak bardzo się zmieniła.
– Dorosłaś, wiesz?
– Kiedyś trzeba – zaśmiała się. – Jestem Cieniem. Nie mogę działać nierozważnie, a Mikka i tak dorwę. Na cały Klan Noah przyjdzie czas.
– Prawda. Wracamy?
– Pewnie jesteś zmęczony.
– Kilka godzin snu byłyby odświeżające.
– Wracajmy.
Dwa dni później Vivian wyruszyła na kolejną misję. Jej celem były okolice Pragi, gdzie zagnieździł się wyjątkowo paskudny demon. Opanował dość spory kawałek lasu, po którym rozwlekał zwłoki swych ofiar.
Nie było to zbyt wielkie wyzwanie dla egzorcystki, która nawet nie musiała wyciągać miecza i długo krążyć po lesie. Wszystko poszło dość sprawnie, choć widok był dość makabryczny.
Co innego przykuło jednak jej uwagę – obecność ludzi. Normalnie wszyscy unikali tej części lasu, ostrzeżenia miejscowych działały również na przypadkowych podróżnych, a jeśli nie, to gnijące zwłoki robiły za wystarczający dowód, aby się tu nie zapuszczać. Domorośli łowcy demonów trzymali się raczej miast, gdzie mogli zarobić, pozbywając się drobnicy. Nie działali jednak tam, gdzie pojawiały się istoty znacznie przekraczające ich możliwości.
Vivian przystanęła w cieniu jednego z drzew. Słońce zdążyło już zajść, więc jej nieruchoma sylwetka gubiła się w mroku. Czekała aż postaci podejdą bliżej.
– Ej, Czaroha! Czaroha, wyłaź, draniu!
– Nie mów, że się cholera zerwała.
– Nie dałby rady. Tych łańcuchów nie zerwałby żaden demon tego kalibru. Czaroha!
Głosy były męskie. Po krokach i oddechach Vivian jednak uznała, że w sumie było ich trzech. Dopiero po chwili weszli w zasięg jej spojrzenia. Nie myliła się. Trzech mężczyzn o dość przeciętnym wyglądzie zbliżało się do miejsca, gdzie pozostały jeszcze ślady kręgu odwołania. Nie czuła od nich magii czy demonicznej aury, więc pewnie nie zwróciłaby na nich uwagi w normalnych okolicznościach.
– Czaroha odesłany – odezwał się ten trzeci, kucając przy wietrzejących śladach kręgu.
– Przeklęci łowcy – warknął inny. – Zawsze muszą się wtrącić. Ażeby ich diabli wszystkich wzięli.
– Spokojnie. Znak krwi został zrobiony. Czaroha wykonał swoje zadanie.
– Jeśli ten łowca dalej się tu kręci, może próbować nam przeszkodzić.
– Prawdopodobnie był tylko jeden i odszedł. Nie dostaliśmy informacji, że się zorientowali lub też wiedzą o naszym istnieniu.
„Macie pecha” – przeszło Vivian przez myśl. Zrozumiała, że ci ludzie należą do jakiejś sekty, która babra się w wywoływaniu demonów. Nie wiedziała, czy Liga wie o ich istnieniu, ale nie zaszkodzi zebrać informacji. Do przesłuchania wystarczy jeden.
Sięgnęła po sai, gdy usłyszała za sobą ruch. Zbyt późno jednak, by zdążyć właściwie zareagować. Uderzenie w głowę ją zamroczyło. Próbowała jeszcze kontratakować, lecz drugi cios pozbawił ją całkiem świadomości.
Mężczyzna o czarnych włosach i różnokolorowych oczach nie zawołał od razu swych towarzyszy. Najpierw skrępował nieprzytomną łowczynię. Właściwie ocenił jej prezencję. Ukrywała się nieźle, ale jedynie dla ludzkich zmysłów. Zlekceważyła możliwość ataku i teraz leżała u jego stóp zemdlona.
Trzech jego towarzyszy w końcu zauważyło jego powrót, a także jeńca.
– Co tam masz, Sharrattan?
– Łowczyni – odparł z dziwnym, obcym akcentem.
– To czemu jej nie zabiłeś, co? – warknął ten, który złorzeczył na członków Ligi.
– To nie-człowiek. Garspare zabronił zabijać nie-ludzi.
– Nie-człowiek, powiadasz?
Wszyscy trzej przyjrzeli się nieprzytomnej Vivian, lecz nie potrafili stwierdzić, co w niej jest nieludzkiego. Musieli jednak przyznać, że zmysły Sharrattana dotąd były nieomylne.
– Niech Garspare się nią zajmie. Ważne, żeby nam nie przeszkadzała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s