Last Night

Skillet – The Last Night

To wszystko było dziwne. Kilka dni, a tak wiele zdarzeń. Może nawet zbyt dużo jak na nią jedną. Nie wiedziała już, czy postępuje właściwie. Jeszcze do niedawna miała pewność własnych osądów, szła przez życie po swojemu. Była Aniołem Lucyfera. Co jeśli się myliła? Jeśli sprowadziła na innych katastrofę przez swoje zachowanie? Na niego?
Wróciła do domu. Powinna być szczęśliwa z tego powodu, choć wiele się zmieniło przez czas, kiedy jej nie było. Teraz nie miała nawet własnego pokoju. To było śmieszne, że nocowała kątem u swego anioła stróża, któremu w ogóle to nie przeszkadzało. W życiu by o tym nie pomyślała. Nie sofa w gabinecie Komuiego, nie gościnne kwatery przygotowane dla Cieni, ale pokój za ścianą. I to jeszcze wyszło z jego inicjatywy. Nigdy by się tego nie spodziewała.
Arte miał rację. Nie uwolni się od niego tak łatwo. Po tym, co od niego usłyszała, stał się bliższy. Nie potrafiła już patrzeć na niego tak jak dawniej, to było niemożliwe. A może chodziło o to, że pozwoliła sobie uświadomić to uczucie? Czy miało to teraz znaczenie? Nie powinna tyle o nim myśleć. Mają robotę do wykonania, więc nie czas na romanse. Potrafiła z nim normalnie rozmawiać, zachowywać się swobodnie w ciągu dnia, więc dlaczego po zapadnięciu zmroku jej myśli krążą wokół jego osoby?

Dni od jej powrotu były trudne, ale w końcu poukładał wszystko w spójną całość. Ze złością uświadamiał sobie, że ta zołza ze snu będzie się do niego szczerzyć, że przecież od początku wiedział. Gdyby nie była martwa i tak podobna do niej, sam by ją zabił.
Zdawał sobie sprawę, że to uczucie nie ma większej przyszłości. Może wykorzystać jedynie czas, który pozostał do końca. Nie to jednak było najważniejsze. Znów wrócili do tego samego schematu. Nie była przecież aż tak silna, żeby unieść to na własnych barkach. Mogła okłamywać innych, ale nie jego, wiedział, kiedy kłamie. Przed nim nie ukryje blizn, niepokoju i łez. Miało być tak samo, ale było kompletnie inaczej. Z jej powodu wszystko się zmieniło. Może nie wiedzieli jeszcze wszystkiego, ale znał swój obowiązek. Nie pozwoli, aby cokolwiek przeszkodziło jej w doprowadzeniu tego do końca. To jedyne, co mógł jej dać. Potem będzie się zastanawiać, co dalej.

Bez niego te dni byłyby jeszcze gorsze. Chyba by nie przetrwała. Te dwa starcia nie były łatwe, wymagały od niej więcej, niż początkowo sądziła. Zwłaszcza, że wszystko skomplikowało się, gdy prawda wyszła na jaw. Teraz rozumiała, co Rada miała na myśli, zabraniając jej uczestniczyć w misji w Ameryce. Tak wściekłego go jeszcze nie widziała, ale rozumiała. Też nie chciałaby, aby dowiedział się o ważnych dla niej rzeczach od innych. Nie chodziło nawet o wstyd, ale uczciwość i zaufanie. To ono sprawia, że człowiek przychodzi do innej osoby ze swoimi bliznami i powtarza, że to już ostatnia noc słabości, łez i bólu. Tak było pomiędzy nimi od zawsze, choć on nie odsłonił się aż do teraz. Nie miała mu tego za złe. W końcu to z jej powodu wydarzyło się to wszystko. Starała się tak tego nie roztrząsać, bo przecież nie zmuszała Czternastego do podjęcia tych działań, a jednak czuła się winna. Gdyby nie to, może nigdy by się nie spotkali. Może to wszystko by się nie wydarzyło. Może by go nie pokochała.

Musiał przyznać, że naprawdę mu ulżyło, gdy powiedział jej prawdę o sobie. Owszem, wściekł się, że dowiedziała się w ten sposób, ale to dzięki niej nadal żyje. Dwa razy w krótkim odstępie czasu go uratowała. Chyba nie zdawała sobie sprawy, ile to dla niego znaczy.
Był zaskoczony, gdy poprosiła go o to, aby sam opowiedział jej wszystko. Mogła zrobić to już dawno, Cross wychlapał jej co nieco, usłyszała coś, czego nie powinna, więc to normalne, że któregoś dnia zapytałaby o to. Ona mówiła mu wiele, wymuszał to na niej, kiedy była słaba, a nie odwdzięczył się tym samym. Czy był niesprawiedliwy? Pewnie tak. Nie pierwszy zresztą raz i chyba to sprawiło, że się zgodził zamiast odesłać ją do diabła.
Poczuł się lepiej i nie miał żalu do niej. Teraz wiedzieli o sobie tyle samo i to było w porządku. Jej mina, gdy skończył, powiedziała mu wszystko, czego nie usłyszał z jej ust. Wiedziała, że słowa niczego nie zmienią. Milczenie i powrót do rzeczywistości były dużo lepszym rozwiązaniem.

Wszedł do pokoju grubo po północy. Trening był mu potrzebny, żeby uporządkować myśli i zdyscyplinować samego siebie, skoro jest tak blisko. Mógłby zrobić coś głupiego, a nie mieli już czasu na takie głupoty. Łatwiej mu zasnąć, kiedy ona już śpi.
Z zaskoczeniem zauważył, że brązowowłosa postać siedzi na parapecie okna i patrzy na las wokół Kwatery Głównej. W odbiciu dostrzegł resztki łez na jej twarzy.
– Nie czas na mazgajenie się, Noah – mruknął nieprzyjemnie.
– Wszystko w porządku – odburknęła.
– Wiem, kiedy kłamiesz.
Rzuciła mu zirytowane spojrzenie, za którym ukryła wszystkie uczucia, których nie chciała mu pokazać. Nie mógł się powstrzymać przed złośliwym uśmiechem. Westchnęła.
– Lepiej idź spać.
– Tobie mógłbym powiedzieć to samo. Siedzenie i ryczenie nad rozlanym mlekiem niczego nie zmieni.
– Powinieneś mnie nienawidzić, wiesz? – zapytała, opuszczając nogi z parapetu.
– Niby dlaczego? Słuchasz zdrajcy i mordercy? Noah, ogarnij się. Stało się, trudno. Równie dobrze mógł zabić ciebie i spłodzić sobie nowego potomka.
Vivian zaśmiała się, kręcąc głową. Zdążyła już zapomnieć, w jaki sposób stawia ją na nogi. Mogła krzyczeć ze złości, miotać się jak dzikie zwierzę, a wystarczyło kilka jego celnych słów.
– Chyba nigdy nie nauczysz się delikatności, Kanda – zaakcentowała jego imię tak, jak to zawsze robiła Lenalee, gdy coś przeskrobał.
– Jeszcze nie wiesz, jaki potrafię być niedelikatny – prychnął.
– Nie mam jeszcze dziur w pamięci – zaśmiała się, po czym spoważniała i spojrzała ponownie przez okno. – Noce potrafią być bardzo długie, kiedy wszystko idzie źle.
– Więc idź spać zamiast użalać się nad sobą – warknął i poszedł pod prysznic.
Vivian uśmiechnęła się do siebie. Przez czas spędzony w Lidze to Arte stawiał ją na nogi, ale nie mógł równać się z Kandą. To Japończyk wyciągał do niej rękę w sposób, który pozbawiał ją woli poddania się. Nawet nie zauważyła, kiedy stał się jej powodem do wstania po każdym upadku. Potrzebowała go, aby doprowadzić to wszystko do końca.
Gdy Kanda wrócił do pokoju, Vivian spała na swojej połowie łóżka, a jej czarna katana rozdzielała ich poduszki. Położył tam Mugen, choć chciał, żeby to była ostatnia taka noc.

5 thoughts on “Last Night

  1. Tenebris pisze:

    Stanowczo muszę kiedyś znaleźć czas i nadrobić zaległości… Ale ja ciągle nadrabiam jakieś zaległości i ciągle mam jeszcze tyle do przeczytania… Eh.
    Rozdział świetny. Kurde, muszę to kiedyś nadrobić

  2. seitoshi pisze:

    Miły tekst na walentynki. Normalny i nie przesłodzony, ale jakże uroczy.
    Kanda swoją oschłą stroną może przerazić, ale i dodać otuchy, aż się łezka w oku kręci na jego wspomnienie. :3

  3. prz_ pisze:

    Haha, Skillet😀 Akurat mnie dzisiaj wzięło na nich przed przeczytaniem tego postu. Co prawda inne numery, ale i tak.
    Co do odcinka, to nie mam pomysłu na komentarz, natomiast od jakiegoś czasu jest za mało Vivian. Dwa razy w miesiącu to dla mnie zdecydowanie za mało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s