I can’t save your life Though nothing I bleed for is more tormenting I’m losing my mind And you just stand there and stare as my world divides

M. za przewracanie mojego trybu życia dwa razy do roku. Już tęsknię❤

Czerwona pełnia – zjawisko tak rzadkie, że ludzie przypisywali mu magiczne, złowróżbne właściwości. Nie bez przyczyny. Pewne siły wzmacniały swoją energię w takich warunkach, kpiąc sobie z tych, którzy nazywali siebie panami świata. Przynosili nieszczęścia głupcom, którzy nie słuchali ostrzeżeń i łamali zakazy. Niekiedy zaś ziemia topiła się we krwi, gdy nadchodziła czerwona pełnia.
Samotna sylwetka stojąca na dachu miejscowego kościoła wydawała się nieruchomą rzeźbą. Nawet zimny wiatr nie był jej straszny. Nieważne, jak bardzo próbował miotać jej sylwetką, stała nieruchomo i tylko czujne spojrzenie przeczesywało teren w poszukiwaniu swego celu.
Miasteczko było ciche i spokojne. Wszyscy jego mieszkańcy spali bądź pochowali się w najciemniejszych kątach, jakie tylko znaleźli. Powietrze bowiem przesycone było niepokojem i niebezpieczeństwem, z którym nikt nie chciał zadzierać. Tylko wiatr kpił sobie ze wszystkiego i wolny hulał pomiędzy budynkami, szarpiąc nagie gałęzie pojedynczych drzew i zaczepiając nieruchomą postać.
Upiorne wycie gwałtownie przerwało ciszę. Dźwięk pełny rozpaczy, szaleństwa i żądzy krwi dochodził jakby ze wszystkich stron jednocześnie. Było to jednak złudzenie stworzone przez strach, a spotęgowane przez wiatr niosący wycie po całym miasteczku.
Jakaś drobna postać zerwała się do rozpaczliwego biegu główną drogą. Nie wiedziała, że jeśli opuści teren zabudowany, to będzie jej koniec. Nikt jednak nie ruszył nieświadomej ofierze na pomoc. Sylwetka na dachu kościoła tylko obserwowała kolejne wydarzenia z radosnym uśmiechem na ustach. Doskonale wiedziała, co wydarzy się dalej i tylko odliczała kolejne sceny tego krwawego przedstawienia.
Uciekająca dziewczynka wybiegła zza ostatniego domu, ledwo łapiąc oddech. Potknęła się na jakimś kamieniu i upadła, zdzierając kolana. Zapach krwi uniósł się w powietrzu, ściągając uwagę bestii. To kolejny błąd, przed którym mała nie została ustrzeżona. Wycie odezwało się dużo bliżej. Teraz była w nim nuta triumfu i radości. Potwór już wiedział, że wygrał z tą bezbronną, przerażoną ofiarą. Mimo to nie śpieszył się zbytnio, jakby nagle odzyskał rozsądek. Okrążył dziewczynkę, wyjąc radośnie.
Mała wstała z kolan i pobiegła dalej. Niezbyt daleko. Stwór dopadł ją z szybkością dzikiego kota, rozrywając drobne ciało w ciągu kilku sekund. Wrzask bólu urwał się tak samo szybko, jak się zaczął. Potem zapadła cisza.
Stwór zniknął gdzieś w cieniu, kolejne wycie odezwało się dopiero po jakimś czasie. Znów było rozpaczliwe i jakby żałobne. Czyżby płaczące nad losem zabitej dziewczynki? Kto wie?
Postać na dachu kościoła jeszcze przez chwilę patrzyła na rozszarpane zwłoki, po czym zniknęła pomiędzy cieniami. Tej nocy nie miała już nic do roboty. Resztę pozostawiła czerwonej pełni…

Jakiś szelest obudził Vivian. Wyczuła czyjąś obecność w pokoju. Automatycznie chwyciła za sztylet leżący pod poduszką i zaatakowała, gdy postać zbliżyła się do posłania. Silny uścisk na nadgarstku zatrzymał cios.
– Tak przyjaciela witasz?
Przy łóżku stał Arte i szczerzył do kobiety zęby. Gdy puścił jej rękę, z westchnieniem opadła na poduszkę.
– Nie zakradaj się tak – mruknęła. – Mogłam ci krzywdę zrobić.
– Nerwowa jesteś, co?
– Siedzę tu od trzech dni jak na szpilkach i niewiele mogę zrobić – skrzywiła się.
Trzy dni wcześniej udało jej się uwolnić z pracowni alchemika Garspare’a, który współpracował z sektą o nazwie Purpurowe Tygrysy. Tym razem było łatwiej niż zwykle, gdyż alchemik zgodził się na wymianę informacji. Interesowały go moce Anioła Lucyfera, więc zdradziła mu co nieco, w zamian uzyskała kilka faktów o sekcie i została wypuszczona.
Dotarła najpierw do wioski, a potem do miasteczka, skąd mogła skontaktować się z Ligą. Wiedziała, że odetchnęli z ulgą, gdy się odnalazła po niemal tygodniu milczenia. Cienie były rodziną i każda śmierć bolała, a ona miała wśród nich ludzi, którym na niej zależało. Nie mogła ich tak po prostu opuścić z błahego powodu.
Przekazała zdobyte informacje o Bractwie, a także pogłoski o grasującym w pobliżu wilkołaku, czego nie można było zignorować. W odpowiedzi dostała rozkaz pozostania na miejscu, cichego śledztwa, które nie zwracałoby zbytniej uwagi oraz oczekiwania na wsparcie. W efekcie były to trzy dni nic nierobienia, gdyż nie zebrała zbyt wielu informacji na temat domniemanego wilkołaka. W miejscowym archiwum nie było wzmianki o ofiarach ginących w niezwykłych okolicznościach, nikt nie potwierdził pogłosek, nie znalazła też żadnych śladów. To ostatnie nie było wielkim zaskoczeniem, pełnia miała zacząć się dopiero następnego dnia, więc bestia póki co egzystuje jako normalny człowiek. O ile oczywiście istnieje, w co Vivian zaczynała wątpić.
– Czasami tego wymaga nasza praca – odparł. – Znalazłaś coś o wilkołaku?
– Nie. Żadnych ataków dzikich zwierząt, żadnych zaginionych, żadnych śladów, które mogłyby świadczyć o bestii. Może rzeczywiście to tylko gadanie wieśniaczki?
– Niekoniecznie. Astarel jest ostatnio bardzo niespokojna, ale nie chce powiedzieć, o co chodzi. Pani Minerwa próbowała z niej to wyciągnąć, lecz na razie bezskutecznie. Poza tym czuję go. On gdzieś tutaj jest.
Vivian przypomniała sobie, że przecież wampiry wyczuwają wilkołaki po ich aurze nawet, jeśli dla Cieni jest ona niewykrywalna. Te dwie rasy nienawidziły się od wieków, zawsze spotkania ich przedstawicieli kończyły się krwawo, zazwyczaj śmiercią którejś ze stron. Liga zaś tępiła wilkołaki przez ten szał, w który wpadają w czasie pełni. Było to nie do opanowania i przynosiło niebezpieczeństwo dla każdego, kto pojawił się w pobliżu. Wyjście było więc tylko jedno – eksterminacja, a to nie było takie proste. Polowanie na wilkołaka wymagało sporych umiejętności i jak najlepszego poznania wszystkich jego słabych punktów. Niewiele osób potrafiło stanąć do walki z tą bestią i wyjść z tego bez szwanku.
– Mamy rozkazy? – zapytała.
– Tak. Zlikwidować wilkołaka w czasie obecnej pełni.
– A co z sektą?
– Nad tym też już pracujemy. Ubierz się i zejdź na dół. Głodna nie będziesz pracować.
Zostawił ją samą z dość poważną miną. Wiedziała, że sprawa sekty to prawdopodobnie wielomiesięczne śledztwo, nim ich zlikwidują. W pierwszej kolejności muszą ustalić tożsamość członków, ich strukturę i cele. To nie jest takie proste zważywszy, że Bractwo wie o istnieniu Ligi. Rzadka sytuacja, ale sprowadzająca jeszcze większe niebezpieczeństwo. To mogło oznaczać regularną wojnę.
Vivian przygotowywała się do wyjścia pogrążona w niewesołych myślach. To wszystko ją niepokoiło. Miała wrażenie, że czegoś nie dostrzegają i to skończy się źle. Jednak teraz niewiele mogła z tym zrobić.
Na dole czekała ją niespodzianka. Arte nie przyjechał sam. Dostrzegła nierozłącznych Aislim i Zacka, Arianne i Rikiego. Dawno ich nie widziała, każde z nich miało swoje misje do wykonania i czasami tylko się mijali przy wejściu do Ligi. Tak ten świat funkcjonował.
– Mistrzyni, Aislim, Zack, Riki, miło was znowu zobaczyć – skłoniła się Cieniom, uśmiechając się lekko pod nosem.
– Ciebie również, Vivian – odparła Arianne. – Usiądź i zjedz. Wtedy porozmawiamy.
– Oczywiście.
Egzorcystka spojrzała po towarzyszach. Skład mógł być trochę przypadkowy, lecz obecność tak wielu Cieni świadczyło o powadze sytuacji. Zwykle Liga wysyłała przeciwko wilkołakowi dwuosobowy zespół i to wystarczało, aby ograniczyć straty. Tym razem musiało być dużo gorzej, skoro jest tu ich aż tylu.
– Jak wiecie, Liga nie ma jednostki do walki z wilkołakami – odezwała się Arianne. – Większość przypadków likantropii zostaje przejętych przez Pałac Wampirów, nam pozostają pojedyncze przypadki. Zwykle całkiem przypadkowo.
– Mimo to otrzymujemy wiedzę, jak radzić sobie z wilkołakami – zauważyła Aislim.
– Owszem. Mamy pewność, że wilkołak tutaj jest i dziś w nocy dojdzie do przemiany. Nie będziemy jednak czekać do nocy. Zaatakujemy jeszcze przed zachodem słońca. Aislim i Zack, rozstawicie barierę wokół miasta, Arte i Vivian, wywabicie wilkołaka z ukrycia, Riki, razem ze mną przygotujesz plan B.
– Tak jest.
Dopracowali wszystkie punkty zadania, chcąc mieć pewność, że wszystko zadziała we właściwy sposób. Plan zakładał pozbycie się wilkołaka jeszcze przed pełnią, co mogło zostać uznane przez miejscowych za normalne morderstwo. Stąd też musieli pamiętać o dyskrecji i spróbować się nie wyróżniać, co w tak małej społeczności było dość trudne. Chcąc nie chcąc, przyciągali uwagę.
Aislim i Zack zabrali konie i wyjechali poza obręb miasteczka. Jasnowłosa wybrała taką barierę, która ukryje prawdziwe wydarzenia i ochroni mieszkańców przed wilkołakiem, gdy ten znajdzie się już poza zabudowaniami – pozostali mieli to zapewnić. Im również będzie łatwiej poza miasteczkiem, gdzie ktoś mógłby się wtrącić bądź odciągnąć ich uwagę od zadania.
Ta bariera była trudniejsza do stworzenia. Wymagała punktów poza obszarem chronionym i dodatkowych inkantacji. Warto było jednak poświęcić więcej czasu dla pełnego bezpieczeństwa, które nie wymagało tak wielu zasobów energii osoby, która stworzyła barierę.
– Ten jest ostatni – odezwał się Zack, gdy Aislim wyryła ostatni znak. – Dobra robota.
– Jeszcze nie.
Od znaku odciągnęła półprzezroczystą „niteczkę”, która mieniła się w popołudniowym słońcu.
– Wsiadaj na konia – poleciła. – Objedziesz miasteczko dwa razy i aktywujesz barierę.
W siodle odebrał od niej „niteczkę” i ruszył kłusem, który chwilę później zamienił w cwał. Aislim była już zmęczona, stawianie znaków wymagało od niej energii, więc to było jego zadanie jako jej wsparcia. Wiedział, że zaklęcie nie może zostać przerwane w żaden mechaniczny sposób. Samo też zahaczało się o znaki wyryte wcześniej.
Pierwsze okrążenie przebiegło bez problemu. Nie zatrzymał się przy Aislim, która nieznacznie skinęła mu głową, że wszystko w porządku. Rozumieli się bez słów. Teraz najważniejsza była stawiana bariera.
Poczuł ukłucie niepokoju, gdy Aislim nie czekała na niego przy końcu drugiego okrążenia. Zeskoczył z konia i zdusił w sobie chęć odszukania partnerki. Najpierw powierzone zadanie. Związał oba końce „niteczki”, z której powstała niewidoczna bariera. Pozostała tylko jej aktywacja.
Położył dłoń tuż przy krawędzi znaku, gdy wyczuł obcą obecność. To nie była Aislim. Odskoczył przed ciosem mężczyzny z zakrzywionym nożem. Rozejrzał się niespokojnie i dostrzegł jeszcze trzech przeciwników. Zakładał, że to oni zaatakowali Aislim z zaskoczenia, a wyczerpana nie była w stanie długo stawiać oporu. Nie wiedział tylko, czy ją zabili czy gdzieś zabrali. Nie czuł zapachu krwi, więc stawiał na tę drugą możliwość.
Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym głębiej, bo mężczyźni zaatakowali ponownie. Tym razem wszyscy jednocześnie. Zack ledwo wywinął się spod ostrzy, odskakując na rękach. Wiedział, że długo nie wytrzyma. Nie był tak wytrzymały jak pozostałe Cienie przez niezagojoną ranę na boku, która czasami się odzywała i przeszkadzała w pracy. Zanim jednak padnie, musi aktywować barierę. Potrzebował minuty.
W ciągu kilku ciosów zrozumiał styl walki przeciwników. Ta przenikliwość przydawała mu się właśnie w takich sytuacjach i niekiedy ratowała życie zarówno jemu, jak i Aislim. Myśl o partnerce dodała mu sił do walki.
Użył inkantacji, żeby odepchnąć od siebie dwóch przeciwników, po czym wzbił tuman kurzu, w który wbiegł. Doskonale wiedział, gdzie się kierować. Wykorzystał zasłonę, żeby wrócić do znaku i aktywować barierę. Dotknął znaku i zaczął inkantację.
– Nie z nami te numery, gówniarzu – usłyszał warknięcie tuż za sobą.
Drugą ręką wyrysował znak bariery, żeby ich jeszcze na chwilę opóźnić. Potrzebował sekund, by skończyć. Jeszcze tylko moment…
Arianne doskonale wiedziała, że z wilkołakiem nie ma żartów. Przygotowanie drugiego podejścia było równie ważne co to pierwsze, a może nawet ważniejsze. Bestia była bardzo niebezpieczna. Trudno było powiedzieć, czy Vivian i Arte uda się ją dopaść, zanim nadejdzie pełnia, a jeśli zawiodą, wszyscy będą igrać ze śmiercią. Musieli być tego świadomi.
To była chyba najtrudniejsza i najbardziej pracochłonna część. Właśnie dlatego wzięła ją na siebie i Rikiego, który dużo bardziej wolał takie zadanie. Chłopak był raczej cichy i wycofany, kiedy dochodziło do konfrontacji z inną osobą, zaś w walce z demonami był całkowicie niezawodny. To właśnie przy zakładaniu pułapek mógł ukazać się jego pełny potencjał, grzechem było z tego nie skorzystać.
Wszystko to miało pomóc w późniejszej walce z wilkołakiem. Przede wszystkim po to, aby ograniczyć mu ruchy, a także wypłoszyć go z miasteczka na otwartą przestrzeń. Tam nie będzie większych przeszkód, by bestię wykończyć.
Cała operacja trwała dość długo, lecz nie zauważyli, żeby ktoś zainteresował się ich działaniami. Pozostałe grupy również jeszcze się nie zgłosiły – prawdopodobnie nadal kończyli swe zadania. Stawianie bariery musi potrwać, ustalenie tożsamości wilkołaka też nie było proste pomimo umiejętności wyczuwania Arte. W miasteczku mieszkało całkiem sporo ludzi, wilkołak mógł się przemieszczać, więc było to dodatkowe utrudnienie. Tutaj potrzeba cierpliwości.
Riki oparł się o ścianę budynku, gdy skończył zastawianie ostatniej pułapki. Był zmęczony, ale zadowolony ze swojej pracy.
– Dobra robota – usłyszał.
– Pani również – uśmiechnął się, pąsowiejąc.
Arianne odwzajemniła gest. Na ten moment skończyli. Teraz wystarczy poczekać na resztę i skontaktować się z Radą. Może Astarel w końcu powiedziała, o co chodzi. To by im bardzo pomogło w dalszym postępowaniu, a może nawet przesądziłoby o wygranej.
– Te pułapki są zbliżone do tych używanych przez wampirycznych – odezwał się Riki. – Zastanawiam się… – zaciął się, ale zaciekawione spojrzenie Francuzki pozwoliło mu mówić dalej. – Zastanawiam się, czy nie są niebezpieczne dla Arte.
– Rzeczywiście, masz rację. Wampiry i wilkołaki reagują na kilka rzeczy dokładnie tak samo. Trochę ironiczne zważywszy na antypatię tych dwóch ras – odparła. – Nie musisz się martwić o Arte. Nie skrzywdzą go, a on potrafi ich właściwie unikać. Chodź, musimy skontaktować się z Ligą, nim reszta wróci.
Skorzystali z telefonu na poczcie. Arianne przekazała informacje o dotychczasowych działaniach. Chwilę później zbladła do tego stopnia, że Riki oderwał się od ściany w obawie, że kobieta runie zemdlona na ziemię.
– Czerwona pełnia? – wyszeptała Francuzka. – Nie ma ku temu żadnych wątpliwości?
Po chwili pożegnała się i rozłączyła. Riki nigdy nie widział jej tak wzburzonej, więc sprawa musiała być bardzo poważna.
– Pani Arianne, czym jest czerwona pełnia? – zapytał.
– Katastrofą. Znajdź Vivian i Arte. Mają natychmiast wracać. Ja powiadomię drużynę Aislim. Pośpiesz się.
Chłopak o nic więcej nie pytał, lecz ruszył na poszukiwanie towarzyszy. To było w tej chwili najważniejsze, skoro Arianne została wytrącona z równowagi i nakazała pośpiech.
Sama Francuzka wróciła do gospody po konia. Wiedziała, w którym mniej więcej miejscu szukać Aislim i Zacka, którzy z pewnością właśnie kończą tworzenie bariery. Niedługo powinna być odczuwalna zmiana w powietrzu. To jednak będzie zbyt mało w przypadku czerwonej pełni. Nie mogli trafić gorzej. Ta noc może zabrać życia im wszystkim.
Arte warknął coś pod nosem. Zniecierpliwiona Vivian kopnęła jakiś kamień leżący na drodze.
– To wiesz, gdzie on jest czy nie? – mruknęła.
– To nie jest takie proste, jak ci się wydaje – odburknął.
– To małe miasto. Ludzi nie ma dużo, a my robimy już kolejne okrążenie. Powinniśmy go już znaleźć.
– Nie potrafię go określić. Zadowolona?
– Nie.
– To nie przeszkadzaj.
Nie lubił w ciągu dnia tyle czasu spędzać na zewnątrz i to wzbudzało jego irytację. Znalezienie wilkołaka, nim dojdzie do przemiany, byłoby optymalnym rozwiązaniem, choć wymagało od niego sporego poświęcenia. Z każdą godziną czuł się coraz gorzej, a niepowodzenie nie pomagało.
Vivian miała rację. Do tego czasu powinni już go namierzyć, a nie włóczyć się w kółko. Coś zaburzało jego zdolności oceny, choć żadne z nich nie wyczuło obcego wpływu.
– Coś tu jest nie tak – mruknął.
– Co masz na myśli?
– Sam nie jestem pewien.
– Może ten wilkołak przed nami ucieka? On też pewnie wie, że tu jesteś.
– Nawet gdyby się zorientował, nie udałoby mu się nas tak długo zwodzić. Przyczyna musi być inna.
– Jakieś pomysły?
Pokręcił głową. Wszystkie opcje, które przychodziły mu do głowy, mógł śmiało wykluczyć. To jednak prowadziło go donikąd, bo nie potrafił tego uzasadnić.
– To może wracajmy i z resztą przejdziemy do planu B? – zaproponowała Vivian. – Innego wyjścia nie widzę.
– To będzie ryzykowne – mruknął niezadowolony.
– Od początku było wiadome, że nie pójdzie tak łatwo. Jest nas sześcioro, więc mamy spore szanse zapanować nad walką.
– Mimo to niepokoi mnie to wszystko.
– Bo nie lubisz wilkołaków – uśmiechnęła się.
Prychnął gniewnie. Miał wrażenie, że Vivian lekceważy całą sprawę, a w tym przypadku był to naprawdę duży błąd. Kogoś mógł kosztować życie, a to ostatnie, czego by sobie życzyli.
Odwrócił się, gdy usłyszał czyjeś pośpieszne kroki. W ich stronę biegł zdyszany Riki. Jasne policzki pokrył rumieniec zmęczenia, blond włosy miał w nieładzie. Gdy się zatrzymał, przez chwilę nie mógł złapać oddechu.
– Stało się coś? – zapytał Arte.
– Pani Minerwie udało się dowiedzieć, o co chodzi pani Astarel. To czerwona pełnia.
– Cholera. Teraz to ma sens.
Vivian spojrzała na przyjaciela z niezrozumieniem. Pierwszy raz słyszała o czymś takim, a po jego tonie zrozumiała, że mają przechlapane.
– Mamy w tej chwili wracać – dodał Riki.
Walker sięgnęła po Czarną Różę, marszcząc brwi.
– To będzie trochę trudne – odparła. – Ci goście raczej nie przyszli tu na pogawędkę.
Cienie zostały otoczone przez grupę groźnie wyglądających mężczyzn. Wszyscy byli uzbrojeni w zakrzywione noże i nie mieli najlepszych intencji.
– Och, tak? – Arte błysnął zębami w cieniu kaptura. – No to chyba trzeba im uświadomić, że źle trafili. Co ty na to, moja panno?
– Nie jestem twoją panną – prychnęła. – Ale nie mam obiekcji.
– Riki?
– Również.
– No to jedziemy.

***

Arte: Dziś Dzień Kobiet.
Vivian: A ty nie złożyłeś mi nawet życzeń.
Arte: Czekoladę dostałaś. Zresztą poczekaj chwilę. Z okazji Dnia Kobiet w imieniu całej męskiej ekipy Aniołka wszystkim naszym czytelniczkom pragnę złożyć życzenia wszystkiego najlepszego. Pamiętajcie, w każdej z Was jest siła do spełniania najskrytszych marzeń i wszystkie jesteście wartościowe. Nie tylko dziś.
Vivian: Powoli zbliżamy się do setnego rozdziału, a co za tym idzie do wydarzeń, na które z pewnością wszyscy czekają. Tylko coś ostatnio wen Laur nie sprzyja przy planowaniu niektórych rzeczy.
Laurie: Długo niekarmione weny tak mają. Od słodyczy mu odbija, a innego pożywienia niestety nie dostaje.
Arte: To może ogłosimy akcję karmienia wena?
Vivian: Nie trzeba byłoby akcji, gdyby nie te pustki. Może wprowadzenie Kandy w setnym rozdziale coś zmieni?
Laurie: Podebatujecie później. Mam nadzieję, że rozdział się podobał i zaostrzył apetyty na więcej. Pozdrawiamy i do następnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s