Trembling Crawling across my skin Feeling your cold dead eyes Stealing the life of mine

Posadzka była przerażająca zimna. To nie był zwyczajny kamień. Może marmur? Przyłożony do niej policzek zdrętwiał, odczucie było naprawdę nieprzyjemne, a nie mogła podnieść głowy. Coś ją zablokowało.
Głosy zbliżały się i oddalały. Odbijały się od ścian, tworząc nieprzyjemną kakofonię. Nie zrozumiała ani słowa, choć miała wrażenie, że zna ten język. Brzmiał znajomo, dość śpiewnie i przyjemnie, choć równocześnie słyszała nutę wściekłości w jednym z głosów. Coś nie poszło po ich myśli. Poczuła satysfakcję na tę myśl. Tylko na tyle mogła sobie pozwolić w tej chwili. Trochę frustrujące, lecz wszystkie siły ją opuściły. Nie była nawet w stanie przypomnieć sobie, jak tu właściwie trafiła. Gdzie w ogóle jest? Gdyby była w stanie otworzyć oczy, ale nawet na to nie miała siły. Sen był kuszącą opcją. Tak, zasnąć, odzyskać siły i wykonać zadanie. To dobry plan. Coś jednak nie pozwoliło jej na to. Krzyk.
– Aislim!
To było jej imię. A ten pełny przerażenia głos należał do Zacka. Dlaczego słyszała rozpacz i strach? Chciała dać mu znać, że żyje, ale nie mogła się ruszyć. Spojrzeć na niego i uspokoić go, ale było to poza jej możliwościami.
Poczuła panikę na myśl, że jest w mocy wroga i nie może się przeciwstawić. Krzyk Zacka tylko potwierdzał niebezpieczeństwo sytuacji. Teraz sobie przypomniała. Było źle. Musiała się uwolnić. Zaczęła walczyć z własną niemocą, sięgając po rezerwy sił. Musi jeszcze jakieś mieć. Nigdy dotąd nie wyczerpano jej tak bardzo, by nie mogła nawet się poruszyć. Teraz też nie mogło tak się stać, wystarczy odrobinka wysiłku i będzie mogła ruszyć do ataku. Nie może przecież zostawić Zacka samego.
Ból promieniujący tuż pod żebrami wydarł z niej wrzask pełny cierpienia. Nie mogła się ruszyć, czuła się jak sparaliżowana. Ciężko było jej nawet złapać oddech. Nie rozumiała tego, co się z nią dzieje. Uszy wypełnił jej jedynie własny wrzask bólu. Czy właśnie umierała?
Gdzieś na skraju świadomości usłyszała krzyki Zacka. Był przerażony równie mocno jak ona. Powtarzał jej imię i coś jeszcze, lecz reszty słów nie rozumiała. Zlewały się w jeden niezrozumiały bełkot pełny przerażenia. Chciała go jakoś uspokoić, zakończyć to wszystko, lecz nie potrafiła przeciwstawić się bólowi. Rozdzierał ją na drobne kawałeczki, pochłaniał coraz bardziej i bardziej aż został tylko on i fala rozpaczy.

Słońce już zaszło, pogrążając placyk w mroku. To jednak nie powstrzymało trwającej tam walki. Trójka Cieni śmigała pomiędzy przeciwnikami z zakrzywionymi nożami. Ci drudzy nie byli tacy słabi, wiedzieli, jak blokować inkantacje i unikać śmiercionośnych ciosów. Przez to stawiali zaciekły opór i stanowili problem, który należało rozwiązać jak najszybciej. Kłopoty bowiem miały dopiero nadejść.
Vivian odskoczyła wprost pod ostrze, którego początkowo nie zauważyła. Cudem wywinęła się spod noża – ucierpiał tylko czarny płaszcz, co i tak zirytowało kobietę. Cała walka jak na jej gust trwała zbyt długo. Wyczuwała bowiem niepokój Arte, który martwił się wiadomością o czerwonej pełni. Czym to było? Jakie niebezpieczeństwo ze sobą niosło? Co oznacza dla nich? Nie usłyszy odpowiedzi, jeśli nie uporają się z przeciwnikiem.
Zwykle tego nie robiła. Pamiętała słowa mistrzyni, że dobry Cień nie nadużywa swych mocy. To w złym guście i zupełnie niepotrzebne. Zawsze trzeba być przygotowanym na nieoczekiwane, więc asy w rękawie oraz zapas energii były mile widziane. Wszelkie pojedynki z Arsenem te zasady odrzucały, lecz w terenie nie pozwalała sobie na coś takiego. Walki nie wygrywa się jedynie siłą. Wroga nie trzeba miażdżyć, wystarczy pokonać, nie nadwyrężając siebie. To świadczyło o klasie.
Tym razem było inaczej. Tym razem potrzebowała szybkiego zakończenia walki. Wystarczy odrobinę podnieść poprzeczkę przeciwnikowi i to się skończy. Uśmiechnęła się pod nosem, dopuszczając do siebie tę część, którą nadal niezbyt lubiła. Jej oczy błysnęły złotem, a plecy osłoniły czarne skrzydła.
– Arte, Riki, cofnijcie się – rozkazała.
Wampir wyszczerzył kły, widząc, że spoważniała. Złapał blondyna za płaszcz i wskoczył na dach najbliższego budynku. To było bezpieczniejsze rozwiązanie niż zmuszenie Vivian do uważania na nich.
– Jednego zostaw! – zawołał.
Nie pokazała po sobie, że usłyszała, ale wiedział, że tak. Z pomocą mocy Anioła Lucyfera wyodrębniła jednego z przeciwników i pozbawiła go przytomności, zamykając w sennym marzeniu. Nie kontrolowała tego tak dobrze jak prawowita użytkowniczka tej umiejętności, ale wystarczająco, by nie wyrwał się przed zakończeniem walki. Resztę przeciwników zaś zabiła, używając swoich własnych umiejętności.
– Nieźle – stwierdził Arte, gdy wrócili z Rikim na ziemię. – Choć trochę nie w stylu Ligi.
– Nie ma czasu na kurtuazję – odparła Vivian, wyrównując oddech. – Czym jest czerwona pełnia?
Nadal utrzymywała jeńca we „śnie”, choć nie było to dla niej zbyt przyjemne. Najpierw jednak chciała odpowiedzi na dręczące ją pytania. Miała zbyt złe przeczucia, by działać spontanicznie. Kiedyś może i by tak postąpiła, ryzykując życie właściwie bez powodu. Jednak to nie była kolejna utarczka z akumami czy Klanem Noah. Teraz przeciwnicy byli bardziej przerażający i niebezpieczni, a ona doceniła swoje życie.
– Wiecie, że są okresy w ciągu roku, kiedy moce naszych przeciwników zostają wzmocnione. Zwykle są to te same dni, więc jesteśmy w stanie się do nich przygotować. Czerwona pełnia także wzmacnia naszych przeciwników, ale pojawia się dość niespodziewanie. Podobno są sposoby, żeby ją wyliczyć, lecz my ich nie znamy. Prawdopodobnie są związane z okultyzmem.
– Gdzie jest haczyk? – zapytała Vivian.
– Czerwona pełnia zawsze wymyka się spod kontroli. Przynosi śmierć całym osiedlom, wspomaga eksperymenty, które w normalnych warunkach nigdy nie doszłyby do skutku, obdarowuje potężną mocą, z którą będziemy mieć problemy. Wątpię, żebyśmy nawet w szóstkę sobie poradzili.
Vivian rozejrzała się uważnie, marszcząc brwi. Dopiero teraz dotarło do niej, co się nie zgadza.
– Bariera nie działa. Aislim powinna już dawno skończyć.
– Pani Arianne miała ich odnaleźć i ostrzec.
– Najwyraźniej nie zdążyła – mruknął Arte. – Inaczej już by działała, a oni ustawialiby nową, potężniejszą.
Cała trójka poczuła niepokój o towarzyszy. Nie trudno było zrozumieć, że Aislim i Zack wpadli w pułapkę przeciwnika, może Arianne też. Nadal nie wiedzieli, z czym dokładnie mają do czynienia. To nie był tylko wilkołak, którego nie mogli jednoznacznie namierzyć. Ci ludzie świadczyli o większej sprawie. Sekta? Ta, na którą wpadła Vivian? A może jeszcze coś innego?
Walker podeszła do schwytanego przeciwnika. Miała go właśnie wybudzić, kiedy stało się coś nieprawdopodobnego. Na ich oczach ciało zaczęło się przeobrażać, a w umysł Vivian uderzył rozrywający ból. Cofnęła się gwałtownie, straciła równowagę i upadła, krzycząc.
– Wycofaj się! – warknął Arte.
Vivian wypuściła jeńca ze splotów Snu. Mimo to nadal była zdezorientowana tym nagłym atakiem. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło. Wspomnienie bólu rozeszło się po całym jej ciele, sprawiając, że zadrżała.
Przeciwnik drżał w dużo większych konwulsjach, a jego ciało zaczęło się zmieniać. Kończyny wydłużały się, plecy wyginały pod dziwnym, nienaturalnym kątem, głowa straciła swój okrągły kształt. Całe ciało pokryło się ciemnym, gęstym futrem.
– No to jesteśmy uwaleni.
Oczy Arte straciły swój błękitny kolor na rzecz krwistej czerwieni, gdy tylko usłyszeli przeraźliwe, bolesne wycie. Każda komórka jego ciała drżała z ekscytacji i nienawiści. Nie zamierzał się hamować, nie walczył z żądzą zabicia tej bestii. W powietrzu już czuł jej krew, oczami wyobraźni widział rozszarpane, powykręcane ciało, w żyłach płynęła satysfakcja z udanych łowów.
Wilkołak rzucił się na zdezorientowaną Vivian, która instynktownie odskoczyła. Otrząsnęła się z szoku i ponownie sięgnęła po Czarną Różę. W mgnieniu oka przestała być bezbronną ofiarą, którą można zabić na początek. Błyskawicznie zaatakowała, posrebrzane ostrze katany prześlizgnęło się po futrze wilkołaka. Gdyby uderzyła precyzyjniej, zraniłaby go. Nie czas jednak na gdybanie. Bestia odwróciła się zaskakująco płynnie i skoczyła na kobietę. Chybiła jednak o milimetry, a ostrze tym razem dosięgło ciała. Wilkołak zawył z bólu i zaatakował ponownie. Nie Vivian, lecz Rikiego, który nie zdążył się obronić. Jego ramię zostało rozdarte pazurami, a w powietrzu uniósł się metaliczny zapach krwi. Zmysły Arte pobudzone przez wilkołaka teraz zaczęły szaleć. Kły wysunęły się z ust, a czerwień jego oczu skierowała się na blondyna.
Vivian zareagowała od razu i zasłoniła sobą Rikiego, mając nadzieję, że Arte odzyska nad sobą kontrolę. Byłoby naprawdę źle, gdyby musieli stawić czoło rozszalałemu przyjacielowi i wilkołakowi. Wątpiła, czy nawet ucieczka byłaby w takim wypadku skuteczna.
– Opatrz go – warknął wampir.
Ruszył na wilkołaka z całą zawziętością, na jaką było go teraz stać. Walka stała się szybsza, bardziej zwariowana i jakby zwierzęca. Dwa instynkty pełne morderczych intencji ścierały się w zwarciu, od którego zależało życie jednej ze stron.
– Niesamowite – szepnął Riki.
– Raczej przerażające – odparła Vivian.
Sprawdziła ranę chłopaka. Była dość paskudna – trzy szarpane cięcia, jedno aż do kości. Użyła innocence, żeby je zasklepić na tyle, by ręka była sprawna. Ta noc zapowiadała się długa, więc musieli być jak najbardziej sprawni.
– Nie przeciążaj się – poprosił Riki. – Potrzebujemy również twojej siły.
– Osłabienie jest chwilowe – uśmiechnęła się. – Trzeba czegoś więcej, żeby obalić Anioła Lucyfera. Przygotuj pieczęcie.
– Tak jest.
Kobieta zaś przez chwilę obserwowała pojedynek pomiędzy Arte a wilkołakiem. Jej oczy nadążały za tempem walki, więc widziała układ sił i możliwości włączenia się w każdej chwili. Wyglądało na to, że wampir doskonale panuje nad swoimi instynktami i wykorzystuje je przeciwko przeciwnikowi. To była właśnie przewaga, która dała Pałacowi prawo do niemal całkowitego przechwycenia polowań na wilkołaki. Podobna żądza krwi, lecz możliwość opanowania instynktów, planowania kolejnych kroków. Nic dziwnego, że wiele legend mówiło o wilkołakach jako sługach wampirów.
Gdy tylko zobaczyła, że Riki jest gotowy, chwyciła mocniej rękojeść katany. Zamierzała skończyć to jednym atakiem.
– Arte! – krzyknęła.
Wampir odskoczył, pozwalając im działać. Pieczęcie uderzyły w wilkołaka, paląc futro i ograniczając mu ruchy. Bestia zawyła rozpaczliwie, lecz żaden z Cieni nie poczuł litości. Nie tym razem.
Zanim jednak Vivian uderzyła, znów stało się coś dziwnego. Przemiana cofnęła się gwałtownie, więc ostrze Czarnej Róży uderzyło w człowiecze ciało. Cienie popatrzyły na siebie lekko zdezorientowane. Tego się nie spodziewali, kiedy na niebie rządził czerwony księżyc w pełni.
– Co się tak właściwie stało? – zapytała Vivian.
– Nie słyszałem, żeby wilkołak wracał do ludzkiej postaci wcześniej niż o świcie – stwierdził Arte.
Nadal był niespokojny. Nie chodziło o zapach krwi Rikiego, co z łatwością ignorował. W powietrzu wciąż unosiła się aura wilkołaka. Zbyt silna, by była pozostałością po martwym, ale też zbyt słaba, by mógł jednoznacznie określić jej źródło.
Nie musiał jednak długo czekać na rozwianie swych wątpliwości. Usłyszeli bowiem wycie. Gdzieś niedaleko, wśród budynków był kolejny wilkołak. Gdy jednak odpowiedziało mu inne wycie, Cienie poczuły ukłucie strachu.
– Jeszcze dwa? – szepnęła Vivian. – Przecież one nie są stadne.
W kwestii terytorium wilkołaki były odmienne od wilków, do których były przecież porównywane. Kiedy wilki tworzyły watahy, w których żyły, likantropy zazdrośnie strzegły swych terytoriów przed innymi osobnikami tak jak wampiry i wiele demonów.
– To wina czerwonej pełni? – zapytał Riki.
– Raczej ktoś ją do tego wykorzystał – mruknął Arte. – Jak twoje ramię?
– W porządku.
– Vivian?
– Jest okej. Możemy ruszać dalej.
Nie musieli ustalać planu. Każde z nich wiedziało, co należy do jego obowiązków – odnaleźć wilkołaki i je zlikwidować, a przy okazji rozejrzeć się za zagubionymi towarzyszami. Mogli potrzebować pomocy. Sytuacja była przecież niebezpieczna i wymagająca dużo większego zaangażowania niż zazwyczaj, a nie mieli jej pełnego obrazu. Pytania bez odpowiedzi odrywały ich od głównego problemu, a jednocześnie mogły doprowadzić prosto do rozwiązania sprawy. Jednak prostota zwykle była poza zasięgiem Cieni. Nie było wyjścia, musieli dostosować się do sytuacji.
Wycie wilkołaków znacznie ułatwiło im pracę. Zlokalizowali obu przeciwników. Nie rozdzielali się jednak. Było ich za mało, żeby pozwolić tylko jednej osobie stanąć przeciwko likantropowi. Należało najpierw zająć się jednym, następnie drugim. To najlepszy plan, jaki mogli w chwili obecnej ułożyć.
Porozumiewali się znakami, nie chcąc zdradzić zbyt szybko swojej obecności. Wilkołak był coraz bliżej, a wzięty z zaskoczenia będzie stanowić dużo mniejsze zagrożenie. Poza tym liczył się czas. Im szybciej zrobią porządek, tym lepiej.
Bestia wypadła na nich dość nieoczekiwanie z zaułka. Vivian ledwo udało się odskoczyć, lecz Riki został powalony na bruk. Krzyknął zaskoczony, nóż wyleciał mu z dłoni. Pozostała dwójka rzuciła się na pomoc towarzyszowi. Czarna Róża rozcięła grzbiet likantropa, Arte z pomocą inkantacji oderwał przeciwnika od blondyna. Drugi cios miecza zakończył walkę.
Ruki leżał jeszcze chwilę na bruku, uspokajając oddech. Wciąż czuł przerażenie atakiem, oddech cuchnący krwią i zgniłym mięsem. Świadomość, że to mogą być jego ostatnie chwile… Dotąd nie doświadczył takiego starcia, w którym byłby tak blisko utraty życia.
– Żyjesz? – usłyszał Vivian.
– Chyba tylko was spowalniam – szepnął.
– Nie czas na takie marudzenie – odparła egzorcystka. – Nasi towarzysze mogą potrzebować pomocy. Tylko to się liczy.
Nie patrzyła na niego, ale na czerwony księżyc. Czuła niepokój związany z tym warunkiem. Dlaczego w tym mieście jest tak wiele wilkołaków? Dlaczego Arte żadnego z nich nie może namierzyć? A co jeśli…?
– Każdy wilkołak ma inną aurę? – spojrzała na wampira.
– Jak każde stworzenie – odparł. – Przy czułych zmysłach można wyczuć subtelne różnice. Do czego zmierzasz?
– Czujesz różnice pomiędzy naszymi przeciwnikami?
Arte zmarszczył brwi w cieniu kaptura. W ferworze zadania nie zwracał uwagi na detale, ale teraz, gdy Vivian o to zapytała, skupił się na aurze przeciwnika. Coś mu nie pasowało.
– Chcesz powiedzieć, że to jeden wilkołak? – zapytał. – Jak to możliwe?
– Czerwona pełnia. Ktoś robi eksperymenty.
– Musieliby opracować coś, co pozwoliłoby im przenosić „gen wilkołactwa” z osoby na osobę bez fizycznego kontaktu. Czerwona pełnia z pewnością dałaby im warunki, w których byłoby to możliwe.
Wycie kolejnego wilkołaka znacznie się przybliżyło. Najwyraźniej bestia wyczuła ich i podążyła tym tropem. Vivian wyciągnęła rękę do Rikiego, żeby pomóc mu wstać.
– Przygotuj pułapkę. Spróbujemy wziąć go żywcem. Może uda nam się czegoś dowiedzieć – postanowiła.
– Wiesz, że to szaleństwo? – zapytał Arte.
– Nieostatnie w moim życiu – uśmiechnęła się diabelsko.
– Wariatka.
– Tchórzysz? – posłała mu wyzywające spojrzenie.
– Skądże. Wchodzę.
Rozdzielili zadania pomiędzy siebie. Vivian miała być przynętą, Riki stworzyć odpowiednią pułapkę, zaś Arte być wsparciem dla obojga. Nie było to takie proste do wykonania, lecz wilkołak umożliwił im to swoim przewidywalnym zachowaniem. Z łatwością wpadł w pułapkę i zaczął ścigać Vivian. Kobieta nie dała mu się zbliżyć do siebie na niebezpieczną odległość, a bestia, widząc swą ofiarę, nawet nie zauważyła pozostałych Cieni.
Rozwścieczone wycie ogłuszyło ich na moment, gdy wilkołak zdał sobie sprawę ze swojego położenia. Ze wszystkich stron ograniczał go specjalny krąg.
– To wytrzyma tylko chwilę – poinformował ich Riki.
Był dość blady. Najwyraźniej niedługo osiągnie kres wytrzymałości. Miał za sobą cały dzień zakładania pułapek, trzy starcia, a ranione ramię, choć uleczone przez Vivian, również było obciążeniem.
– Tyle wystarczy. Arte, dasz radę?
– Będziesz mi winna butelkę whisky – prychnął wampir. – Riki, ściśnij go trochę. Vivian, ściągnij go do gleby.
– Robi się.
Gdy tylko bestia została przygwożdżona do ziemi przez inkantacje kobiety, Riki rozluźnił krąg w jednym miejscu, aby Arte mógł dotknąć wilkołaka i przejrzeć jego umysł. Spodziewał się szaleńczej migawki obrazów, lecz było to do zniesienia.
– Mają Aislim – powiedział, nie przerywając połączenia. – Kobieta o czerwonych oczach. To ona nimi dowodzi.
– Gdzie są? – zapytała Vivian.
– Chyba nie wie. Poczekaj… Witraż. Ławki. Cholera jasna.
Arte odskoczył, opadając na plecy. Dyszał głośno, jakby właśnie przebiegł maraton.
– Nic więcej nie wyciągnę chyba, że chcesz, żebym oszalał – warknął.
– Jakbyś już nie był szurnięty – prychnęła Vivian.
Zabiła wilkołaka, który skomlał cicho, odkąd Arte penetrował jego umysł. Szybka śmierć miała być przejawem miłosierdzia. Nie było sensu męczyć bestii, która kieruje się jedynie żądzą krwi.
– Skoro mają Aislim, prawdopodobnie też i Zacka. Nie wiemy, co z mistrzynią.
– Ani gdzie ich trzymają – zauważył Riki.
– Jakieś miejsce z witrażem – odezwał się Arte. – Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to…
– Kościół – dokończyła za niego Vivian. – Miecz obosieczny. To miasteczko nie jest takie, za jakie chciałoby uchodzić. Riki, ukryjesz się i przeczekasz do rana. Jesteś zbyt osłabiony, a nie możemy ryzykować.
– W porządku.
– A my zajmiemy się resztą – mruknął Arte. – Nie wolisz poszukać Arianne?
– Myślę, że znajdziemy ją tam, gdzie jest źródło tego wszystkiego. Do dzieła.
Dwoje Cieni bardzo szybko dotarło do miejscowego kościoła. Tak jak się obawiali, czuli czarną magię. Powoli domyślali się, jak to wygląda w rzeczywistości. To miejsce od dawna musiało być przygotowywane do tej nocy, naturalna bariera została zniszczona i teraz powstało idealne środowisko dla zakazanych eksperymentów.
– Z buta? – zapytała Vivian.
– Z buta. Szkoda czasu na kurtuazję.
Weszli frontowymi drzwiami gotowi do odparcia ataku w każdej możliwej chwili. Wręcz tego oczekiwali, lecz wróg nawet na nich nie spojrzał. Zbyt zajęty był próbą opanowania wyrywającego się Zacka. Vivian rozrzuciła przeciwników z pomocą inkantacji i to w końcu sprawiło, że Cienie zostały dostrzeżone.
– Ładnie to tak pomijać nas przy imprezie? – zironizował Arte.
Zack przez chwilę leżał na posadzce, po czym podniósł na nich przerażone spojrzenie.
– Zamienili Aislim w wilkołaka! – krzyknął.
Śmiech czerwonookiej kobiety przykuł ich uwagę. Stała niedaleko wyrysowanego na posadzce krwawego kręgu. Jej długie, białe włosy zostały poruszone jakimś niewyczuwalnym podmuchem wiatru.
– Spóźniliście się – zaśmiała się. – Nic już nie pomoże waszej przyjaciółce.
Vivian zacisnęła dłoń na rękojeści Czarnej Róży, czując nieposkromioną wściekłość i wzbierającą w gardle chęć zemsty. Jej oczy zapłonęły złotem.
– Z pewnością poprawi jej to humor, kiedy zginiesz, gnido.
– Marny Cień nic mi nie zrobi – zaśmiała się czerwonooka.
– To wampir – szepnął Arte.
– Wiem. A co powiesz na Anioła Lucyfera?
– Najpierw będziesz musiała uporać się z moimi sługami.
Z każdego zakamarka kościoła wychodzili mężczyźni z zakrzywionymi nożami. Ruszyli na Cienie z żądzą mordu. Do Arte i Vivian dołączyła Arianne. Nie wyglądała najlepiej, chyba stoczyła ciężki pojedynek, nim tu dotarła. Otoczyli Zacka, który nie był w stanie walczyć wciąż w szoku po tym, co stało się z Aislim. Nie mógł nic zrobić.
– Szmata ucieka – warknęła Vivian.
Pozwoliła ponieść się Zemście, mordując każdego z przeciwników, którzy sami podkładali się pod ostrze katany. Ważne było jedynie dorwanie sprawczyni całego zamieszania. Jednak głos mistrzyni powstrzymał ją przed pogonią.
– Vivian, opanuj się.
– Mamy pozwolić jej uciec? – warknęła przez zęby.
Wtedy usłyszeli wycie pełne rozpaczy i szaleńczej żądzy krwi. Wszyscy spojrzeli w kierunku drzwi.
– Aislim – szepnęła Arianne.
Zack pociągnął nosem. Wiedzieli, co to oznacza. Wilkołactwo to droga bez powrotu, choć nie chcieli, aby to się tak skończyło. Wampirzyca odebrała im towarzyszkę. Oni też czuli rozpacz.
– Arte, pójdziesz za tą szmatą, Vivian, zajmiesz się Aislim – poleciła Arianne.
Była wściekła. Tylko tak można było wyjaśnić użycie przez nią przekleństwa. Cienie nie dyskutowały, ale ruszyły do ataku. Przyszedł czas zakończyć tę walkę.
Vivian czuła się fatalnie z myślą, że musi walczyć z Aislim. Nie było jednak możliwości, aby odwrócić proces wilkołactwa. Nie mogli nic zrobić, choćby bardzo chcieli. Pozostała im jedynie wściekłość na własną niemoc.
Dostrzegła jakąś drobną postać przed sobą, po czym usłyszała wycie. Wiedziała, że ma coraz mniejsze szanse na uratowanie tego dziecka. Tylko pośpiech może coś zmienić. Nic innego.
– Aislim! – krzyknęła.
Bestia nie zareagowała na swoje imię. Rzuciła się na dziecko wiedziona zapachem krwi. Vivian ledwo udało się osłonić małą przed atakiem. Uderzenie o ziemię pozbawiło ją tchu. To się jednak nie liczyło.
– Jesteś cała? – zapytała małą.
– Tak.
– Dobrze. Wróć pomiędzy budynki. Tam będziesz bezpieczna.
Wstała i ruszyła przeciwko wilkołakowi. Musiała odrzucić myśl o tym, że to Aislim. To już nie ma znaczenia. Co pełnię stanie się niebezpieczną bestią zagrażającą każdemu, kto pojawi się w jej zasięgu. Jako Cień nie mogła już kontynuować swojej misji bez przeszkód. Śmierć to najlepsza rzecz, jaką mogła jej ofiarować.
A jednak coś buntowało się przeciwko temu. Przecież to Cień, jej towarzyszka. Nie zwróciła się przeciwko Lidze, nie próbowała ich skrzywdzić, lecz zrobiono jej krzywdę. Nieodwracalną krzywdę. Powinni ją uratować, a nie karać. Gdyby tylko było jakieś wyjście…
Przez to ciosy Vivian były słabsze i mniej precyzyjne. Nie potrafiła zmusić się do zabicia dziewczyny.
– Aislim, opamiętaj się! – wrzasnęła. – To wciąż jesteś ty!
Wilkołak odrzucił Vivian ciosem łapy. Egzorcystka uniknęła kolejnego ataku i przejechała ostrzem katany po torsie bestii. Bolały ją palce od ściskania rękojeści. Powinna skończyć to szybko.
Przemiana cofnęła się gwałtownie i Aislim upadła na ziemię. Vivian powstrzymała się przed atakiem. Odrzuciła katanę, klękając przy dziewczynie. Wyglądała okropnie: brudna, potargana, zakrwawiona z wyrazem bólu na twarzy.
– Aislim – szepnęła.
– Vivian – dziewczyna uśmiechnęła się. – Zabij mnie.
– Nie potrafię.
– To najlepsze, co możesz zrobić. Proszę. Ja już nie chcę.
W jej oczach była rozpacz. Przemiana w wilkołaka niemal ją zniszczyła. Obie wiedziały, że niczego to nie zmieni. Co pełnię Aislim czeka noc pełna szaleństwa i bólu. Tego nie można było zmienić.
– Nie potrafimy cię ocalić – szepnęła Vivian.
– Nie obwiniaj się.
Walker wyciągnęła jedno z sai od Christiana. Wiedziała, że to jedynie słuszne wyjście. Tak już musiało być. Wbiła ostrze w serce Aislim, zapewniając jej szybką śmierć.
– Dziękuję.
– Śpij dobrze, Aislim, nasza towarzyszko.
– Aislim!
Zack dopadł ich, ale zobaczył tylko uśmiech partnerki, nim ta umarła. Przytulił jej ciało do siebie w rozpaczy i smutku. Został sam, zupełnie sam. Nic się w tej chwili nie liczyło. Ani Liga, ani zwycięstwo. Było tylko martwe ciało Aislim w jego ramionach.
Vivian spojrzała na Arianne stojącą kilka kroków dalej. W oczach kobiety błyszczały łzy. Arte, który właśnie do nich dotarł po walce z wampirzycą, też nic nie powiedział. Spuścił tylko głowę, chowając twarz za przydługawą grzywką. To było gorzkie zwycięstwo.
Powrót do Berlina tym razem był ciężki. Śmierć jednej z nich położyła się cieniem na całej Lidze. W takich chwilach czuli, jak trudną i niebezpieczną wybrali drogę. Wystarczy jeden błąd, aby wszystko zostało zakończone. Wobec śmierci byli równie bezbronni co zwyczajni ludzie. Nieważne, kim byli i jaką potęgę zdobyli. Jedna chwila i wszystko przestawało mieć znaczenie. Pozostawała pustka w sercach tych, którzy przeżyli i pamiętają. Śmierć nie pytała ich o zdanie, ale zabierała tych, których być może nie powinna. Dla niej było to obojętne. Dla nich stawało się tragedią. Jak być bez tej osoby? Jak wypełnić pustkę? Czy to w ogóle możliwe? Świat przecież trwał dalej niewzruszony kolejną tragedią. W końcu śmierć należy do cyklu życia, jest jego naturalną częścią, choć ludzie nie potrafią tego zaakceptować. Wciąż jest za wcześnie na pożegnanie. Chcemy jak najdłużej być u boku tej osoby, cieszyć się jej obecnością. Może to egoistyczne i głupie, lecz świadczyło o uczuciach. O tym, że jeszcze nie straciliśmy serca.
Vivian weszła do „Szalonego Kruka”, kuląc się z zimna. Miała dość siedzenia w kwaterze głównej, brakowało jej zajęcia, a atmosfera ostatnich dni nie pomagała. Wciąż miała wrażenie, że mogła pomóc Aislim zamiast ją zabijać. W końcu dziewczyna została zamieniona w wilkołaka w sztuczny sposób. W prawach czerwonej pełni mogliby odwrócić ten proces, gdyby tylko wiedzieli, jak on przeszedł. Właśnie. Gdyby. Zadręczanie się tym nie miało większego sensu. Tylko szkoda, że wiedza o tym tego nie zmieniała.
W barze było ciepło i przytulnie. Kilku Cieni siedziało nad kieliszkami bądź kuflami. Hans w towarzystwie zmiany pilnował, aby niczego im nie zabrakło. Ta atmosfera pozwalała odprężyć się i przegnać troski.
Vivian uśmiechnęła się do Akiry, który stał za barem. Odwzajemnił gest, czekając, aż kobieta podejdzie.
– To, co zawsze? – zapytał.
– Owszem. Szkoda, że dzisiaj jesteś tu.
– Mam się z kimś zamienić?
– Nie, nie rób sobie kłopotu. Nie jesteś tu tylko dla mnie.
Z kieliszkiem ulubionego wina weszła na piętro. W sumie nie miała ochoty na towarzystwo. Sama nie wiedziała, czego dokładnie szuka w tym miejscu, lecz lepsze to niż siedzenie we własnych czterech ścianach i gdybanie. Przeszłości nie da się zmienić, choćby bardzo chciała.
Uchylone drzwi jednego z pokoi przyciągnęły jej uwagę. To było niecodzienne w „Szalonym Kruku”, tylko „salon” zawsze był otwarty, pozostałe pomieszczenia oznaczało się, że są zajęte i to wystarczało. Zresztą każdy z pracowników miał umownie wydzieloną przestrzeń, do której zapraszał Cieni.
Oznaczenie wskazywało, że pokój jest zajęty. Nie słyszała jednak niczego, co by na to wskazywało. Dodatkowo w środku nie paliło się żadne światło. Zaciekawiona pchnęła lekko drzwi i zajrzała do środka. W ciemnościach dostrzegła skuloną sylwetkę siedzącą w kącie.
– Zack?
Postać podniosła głowę. W półmroku zalśniły bladozielone, mokre oczy. Blondyn pociągnął nosem, próbując się uspokoić. Odwrócił spojrzenie, jakby wstydził się stanu, w jakim go znalazła.
– Wszystko w porządku – szepnął.
– Nie jest w porządku. Aislim nie żyje i to nie jest w porządku – odparła.
Zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok niego. Ta dwójka była niemal nierozłączna. Pamiętała pierwsze spotkanie z nimi w Leeds. Wtedy jeszcze pracowała dla Czarnego Zakonu, a oni ocalili jej życie. Nie spłaciła tego długu. Nie miała okazji. Dopiero w Lidze poznała ich historię. Znali się niemal całe życie, wychowywali się razem i razem dołączyli do Cieni, choć ich drogi miały być różne. Jednak Zack został na tyle poważnie ranny, że nie mógł wypełniać swojej misji we właściwy sposób, więc Aislim wzięła go na swoje wsparcie. Ufali sobie, rozumieli się bez słów. Teraz Zack został sam. Mocno to przeżywał. Minie sporo czasu, nim się pozbiera na tyle, by w miarę normalnie żyć. Pustka pozostanie zawsze.
– Nie mogłem jej uratować – powiedział cicho. – Chciałem, tak bardzo chciałem.
– Wiem. Ja też się nie popisałam. Mam na rękach jej krew. Nigdy jej nie zmyję.
– Nie potrafiłbym odebrać jej życia. Jestem egoistą, bo chciałbym, żeby tu była pomimo tego, co jej zrobili.
– Wszyscy jesteśmy egoistami. Nie chcemy, żeby nasi bliscy odchodzili.
– Ocaliłaś ją, Vivian. Ja nie potrafiłem.
– Nie bądź dla siebie zbyt surowy.
Zack próbował opanować szloch. Nie chciał pokazywać łez przy kimś innym i słuchać słów pocieszenia. One nie zwrócą mu Aislim. Ona nigdy nie wróci.
– To nie wstyd – szepnęła Vivian.
Oparł się o jej ramię. Potrzebował teraz kogoś, kto pozwoli mu na żałobę. Kogoś, kto rozumie, jak się czuje i nie będzie go potępiać. Kogoś, kto nie każe mu wracać do świata bez Aislim.
– Co teraz zrobisz? – zapytała.
– Nie wiem. Pewnie będę wsparciem tutaj. Aislim by tego chciała.
– A czego ty chcesz?
– Nie wiem. Nic już nie wiem, Vivian.
– Nie musisz wiedzieć teraz.
Pogłaskała go po jasnych włosach czułym gestem. Nie powiedziała nic, gdy pozwolił sobie na łzy. Siedzieli tak długo jedynie w towarzystwie rozpaczy i pustki wypełniających serce Zacka.
Soshite bōya wa nemuri ni tsuita ikizuku hai no naka no honō hitotsu, futatsu to ukabu fukurami itoshii yokogao daichi ni taruru ikusen no yume, yume… – cichy głos Vivian wypełnił pokój.
Kołysanka sprawiła, że Zack w końcu się uspokoił. Słuchał, czując się coraz lepiej. Nie zapytał, czym są te słowa, to nie było ważne. Po prostu dał się ukołysać do snu przynoszącego ulgę i zapomnienie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s