Bezimienna Zbyt prawdziwa Twoja twarz. Bezimienna W pustych sercach budzisz strach

Zapadł zmierzch, pokrywając miasto ciemnym woalem nocy. Gdzieś wysoko skrzyły się gwiazdy, trudno było je jednak ujrzeć w świetle gazowych latarni. To dawało pożywkę cieniom, które straszyły ostatnich przechodniów, udając potwory z koszmarów lat dziecięcych. Nie trudno bowiem było wyczuć ciężką atmosferę pojawiającą się tuż po zachodzie słońca. Instynkt podpowiadał, że należy się jak najszybciej schować i nie wychodzić aż do świtu, jeśli chce się zachować życie.
Tylko jedna sylwetka zupełnie się tym nie przejmowała. Wręcz przeciwnie – była bardzo zadowolona z takiego obrotu sprawy. Skoro zwykli przechodnie starają się jak najszybciej wrócić do swych domów, trafiła. W samą porę, bo już traciła cierpliwość. Nie zamierzała tracić więcej czasu niż to absolutnie konieczne.
Oparła się o ścianę jakiegoś budynku na skraju światła padającego z najbliższej latarni. Rozluźniła dłonie i spod kaptura leniwie obserwowała otoczenie. Skoro już go namierzyła, wystarczy cierpliwie poczekać. Sam przyjdzie. Może być inteligentny, ale nadal kierował się głównie instynktem. Mogła śmiało przewidzieć wydarzenia kolejnych minut.
– Na kogoś czekasz? – usłyszała tuż przy uchu.
Krótki uśmiech zaigrał w kącie ust, ale go zdusiła. Jeszcze nie czas na triumf, choć poczucie zbliżającej się walki wprawiało ją w euforię. Adrenalina przyjemnie szumiała w żyłach. Z radością przyjęła to uczucie.
– Na ciebie – odparła spokojnie.
Nieznaczny gest palca wywołał eksplozję tuż pod stopami demona. Odskoczył i warknął pod nosem. Dotąd przystojną twarz zeszpeciły żółte, wężowe oczy i krzywe kły wystające z ust. Ludzkie dłonie zastąpiły ostre szpony. Powietrze za jego plecami młócił gadzi ogon. W tej formie nie skusiłby ani jednej ofiary.
– Ładny to ty nie jesteś – stwierdziła.
– Już nie żyjesz – syknął demon.
Zaśmiała się. W jej dłoniach zalśniły różane sai, gdy zaatakowała, szepcząc odpowiednią inkantację. Powietrze dookoła zaczęło się gwałtownie ocieplać, wręcz falowało. Jej to nie przeszkadzało. Jedną ręką zablokowała cios demona, drugą zadała cięcie przez brzuch. Na ziemię padła czarna, żrąca posoka. Przeciwnik zaskowyczał, gdy ostrze dosięgło jego karku. Zbyt płytko jednak, aby zabić.
Ogon niebezpiecznie śmignął tuż przed jej twarzą. Pęd powietrza strącił z jej głowy kaptur, brązowe włosy rozsypały się na wszystkie strony. Błyszczące, zielone oczy patrzyły na przeciwnika z kpiną.
Odskoczyła, chowając sai do pochew w wysokich butach. Teraz nie były już jej potrzebne. Złożyła dłonie, mrucząc kolejną część inkantacji. Wokół demona pojawił się błyszczący krąg, bestia zawyła z bólu, lecz nie miała szansy się wydostać. Po chwili pozostała po niej tylko spalona ziemia.
– Coś mówiłeś? – zapytała w powietrze. – Tak myślałam.
Ponownie zaplotła włosy w niestarannego warkocza, ukrywając go pod kapturem. Była zaskoczona, że tak szybko odrosły. Niedługo znów będą sięgać jej bioder. Uśmiechnęła się na wspomnienie jęków Saiichi, że chce ściąć takie piękne, długie włosy. Naprawdę nie rozumiała, o co tyle krzyku. W końcu nie zmieniała fryzury na stałe.
Spokojnym krokiem wróciła do gospody, w której nocowała kilka ostatnich dni. Czy może raczej spędzała dnie na odsypianiu nocnych poszukiwań. Że też demon tak szybko zmieniał okolicę, w której polował. Przez to łowy się przedłużyły, ale tak czasami bywało. Najważniejsze, że znów ruszyła w teren i mogła zająć myśli pracą.
Minęły prawie trzy tygodnie od pechowej walki z wampirzycą zamieniającej ludzi w wilkołaki podczas czerwonej pełni i śmierci Aislim. Odnieśli dotkliwe rany przypominające o tym, że są tylko kruchymi ludźmi i są rzeczy, z którymi nie mogą wygrać. Owszem, Vivian ocaliła jedno życie – dziewczynkę, która miała zostać pierwszą ofiarą Aislim – ale to wciąż było mało. Jeden żywot, a tyle śmierci. I choć wiedzieli, że nic więcej nie dało się zrobić, to wciąż gdzieś tliło się poczucie, że może zrobili za mało.
Arte zmierzył się z wampirzycą. Próbował wyciągnąć od niej informacje na temat jej działań, ale kobieta niczego mu nie zdradziła. Była ciężkim przeciwnikiem, wymagającym. Zasłanianie się ludźmi, nad którymi przejęła kontrolę, było raczej po to, aby z dachu kościoła mogła obserwować szalejącą Aislim. Dla niej to była zabawa.
Arte nie powiedział, jak ją zabił, ale na samo wspomnienie stawał się jakby mroczniejszy. Przestano więc pytać. Prawdę znał tylko on i Rada Starszych.
W najgorszej sytuacji i tak był Zack. Mocno przeżył śmierć Aislim, z którą się wychował i pracował. Zawsze razem, teraz został sam. Potrzebował jeszcze sporo czasu, aby zacząć żyć na nowo. Rada jednak nie wymagała od niego gotowości już teraz. Według Arianne Zack zostanie posłany do nowych obowiązków w ciągu najbliższego miesiąca, kiedy już najgorsze minie. Chyba że sam postanowi inaczej.
Ta różnica pomiędzy Ligą a Czarnym Zakonem zaskoczyła Vivian. Wśród egzorcystów żałoba była zakazana, aby przypadkiem nie ściągnąć uwagi Earla. Byłoby to dla nich największą hańbą zostać zamienionym w akumę. To zresztą dotyczyło wszystkich członków Zakonu. Wszystkie więzi z osobami z zewnątrz zostawały zrywane, a śmierć była ukrywana. Tak jakby nigdy nie istnieli.
Sama dwa razy doświadczyła na sobie niezadowolenia innych z rozpaczy i tłumienia żałoby. Po raz pierwszy, gdy zginął Aleks, chłopak, z którym się zaprzyjaźniła. Jego innocence odczytywało uczucia innych, co ciężko było kontrolować, na nią ta moc nie działała. Do tego uratowała go, gdy był więźniem jakiejś sekty. Zginął z ręki Tyki Mikka, co dodatkowo ją uderzyło.
Drugi raz, kiedy zginął Squalo. Przeżywała to w bardzo podobny sposób jak teraz Zack. Rozumiała wszystkie te uczucia, które mu towarzyszyły przez te ostatnie tygodnie. Jednak nawet ona nie miała słów, które niosłyby ulgę. Wszystkie wydawały się śmieszne.
Komui nagiął dla niej przepisy po śmierci Squalo, obawiając się o jej zdrowie psychiczne i o Zakon. Gdyby straciła nad sobą kontrolę, mogłaby skrzywdzić wiele osób. Prawdopodobnie byłaby w stanie wymordować ich wszystkich, a dokładając do tego Leverriera, który miał ochotę zamknąć ją znów w Watykanie, nie wyglądało to najlepiej.
Ktoś inny jednak zostałby od razu posłany w bój. Żałoba byłaby niewskazana i raczej dusiłby to w sobie. W Lidze było inaczej. Nikt nie wymagał od Zacka gotowości już teraz. Mógł przeżyć to po swojemu i sam zadecydować, kiedy wróci do obowiązków. Miejsce na niego czekało i nikt go nie poganiał.
Po raz kolejny Vivian zobaczyła, że Liga Cieni składa się z ludzi wolnych. Nie byli do niczego zmuszani, każdą decyzję podejmowali samodzielnie. Owszem, rozkazy, hierarchia, zasady, ale to Cienie decydowały o sobie. Ich życia należały tylko do nich. Nawet przysięga nie wymagała od nich wierności Lidze, a jedynie zasadom, których Liga była strażnikiem.
W gospodzie panowała nienaturalna cisza. Było tak już od kilku dni – demon wystraszył praktycznie wszystkich klientów, na co gospodarz strasznie narzekał. Trudno się dziwić, utarg z dnia na dzień stał się dużo mniejszy, a rodzinę za coś wyżywić trzeba.
Vivian wyjątkowo nie czekała do rana ze złożeniem raportu. Na szczęście telefon był na miejscu i mogła z niego skorzystać. Przez przerwę w zadaniach po wydarzeniach w czasie czerwonej wypełniało ją zbyt dużo energii i nie miała ochoty siedzieć w jednym miejscu zbyt długo.
– Rada ma do ciebie prośbę – usłyszała w słuchawce, gdy zakończyła raport.
– Słucham?
– Jako że swego czasu uczyłaś się również technik pozostałych kast, Rada chciałaby, abyś zajęła się młodym wampirem. Narobił już szkód, a nim któryś z Łowców Wampirów tam dotrze, może być gorzej albo wampir może zmienić miejsce żeru. Ty zaś jesteś najbliżej.
– Zajmę się tym – zdecydowała.
Rozumiała, skąd słowo „prośba”. To nie była jej dziedzina, a kasty Ligi raczej nie wchodziły sobie w kompetencje. Wampiryczni byli najtrudniejsi w obyciu, ale też było ich najmniej ze wszystkich Cieni. Nie wszędzie mogli dotrzeć na czas, więc Rada chciała skorzystać z jej obecności w pobliżu. Jeszcze w czasie szkolenia wymogła na Arianne podstawowy trening pozostałych kast. Do tego miała wcześniej do czynienia z wampirami, a przyjaźń z Arte mogła pomóc jej dostrzec słabe punkty tych istot.
„Prośba” oznaczała, że mogła się nie zgodzić. Nie musiała tego robić. To nie była jej działka, przyjaźniła się z Arte – były powody przeciw. Jednak zdecydowała się to zrobić.
Dostała wszystkie potrzebne wytyczne wraz z zapewnieniem, że wsparcie zostanie przysłane najszybciej, jak to możliwe. Nie odmówiła temu, bo znała granice swoich możliwości. Nie mogła się bezmyślnie narażać. W razie problemów powinna nawet się wycofać i poczekać na wampirycznych, choć wątpiła, żeby było to takie proste. Akurat tyle mogła przewidzieć niemal w stu procentach. W niektórych punktach wampiry i demony zachowywały się według tego samego schematu. Nie wnikała dlaczego. Aż takiej wiedzy nie potrzebowała.
Postanowiła wyruszyć jak najszybciej. Trasa została już dla niej zaplanowana, więc tym nie musiała się przejmować. Ważne, żeby niczego nie przeoczyła. Nie zdarzyło jej się jeszcze zgubić po wstąpieniu do Ligi, pilnowała się wskazówek, ale wolała nie kusić losu. Ten bywał złośliwy i nieprzewidywalny.
Spojrzała na zegar. Do pociągu miała jeszcze dwie godziny. Gospodarz nadal był na nogach, więc zleciła zagrzanie wody na kąpiel i przygotowanie posiłku. Potem może nie mieć na to czasu.
Do celu dotarła następnego dnia popołudniu. Miasteczko, czy raczej większa wieś, niedaleko posiadłości ziemskiej wydawało się dość spokojne. Każdy każdego znał, a obcy byli atrakcją dla mieszkańców. Nie najlepsze środowisko dla Cieni, które unikały zainteresowania. Wystarczy, że w każdym większym skupisku był ktoś, kto pytał. Vivian tego nie lubiła, bo to mogło oznaczać kłopoty. Zwłaszcza w jej przypadku. Gdyby coś o niej dotarło do uszu Czarnego Zakonu, byłoby kiepsko. Wystarczy, że Tyki Mikk próbował już raz zwrócić na fakt jej dalszej egzystencji uwagę wszystkich zainteresowanych.
Gospoda była mała i niezbyt gościnna. Już po wejściu do środka została obrzucona gradem nieprzyjaznych spojrzeń. Nie pomagało, że nie ściągnęła kaptura z głowy, chcąc zostać anonimową jeszcze przez parę chwil.
– Szukam noclegu – rzuciła do gospodarza.
Mężczyzna około pięćdziesiątki o siwych, rzadkich włosach rzucił jej zmieszane spojrzenie, gdy usłyszał kobiecy głos. Nie pomagała katana przewieszona przez plecy.
– Lepiej, żeby stąd wyjechała – powiedział w końcu. – Nie potrzebujemy problemów.
– Szukam noclegu – powtórzyła.
– Nie słyszała?
Vivian westchnęła. Nie uśmiechało jej się nocować na zewnątrz w środku jesieni. Co prawda w nocy zamierzała zapolować, ale potrzebowała bazy wypadowej. Gdyby coś poszło nie tak, musiała gdzieś przeczekać. Pokój w gospodzie można zabezpieczyć, leśne obozowisko już nie bardzo.
Zrzuciła kaptur z głowy, z kieszeni wyciągnęła sakiewkę. Rzuciła uważne spojrzenie obecnym w środku gościom i wróciła nim do gospodarza.
– Słyszałam, ale nie skorzystam z rady – odparła. – Możemy przejść przez to w miarę bezboleśnie?
W jej tonie dało się wyczuć niebezpieczne zniecierpliwienie. Po kilku godzinach jazdy konnej nie była w nastroju do dyskusji. Do tej dziury i tak nie dało się dotrzeć pociągiem, co bardzo jej się nie spodobało.
– Żeby tylko potem nie żałowała – mruknął gospodarz.
Zanim sięgnął po sakiewkę, ta znalazła się z powrotem w kieszeni Vivian. Na drewnianym blacie pozostała jedna moneta.
– Nie płacę z góry – oznajmiła. – Mój koń czeka na oporządzenie.
– Będzie coś jadła?
– Byle świeże.
Kilka chwil później została zaprowadzona do obskurnego pokoju z nieszczelnym oknem, rozlatującym się łóżkiem i skrzypiącą podłogą. Wyglądało na to, że była bardzo niechcianym gościem. Dawno czegoś takiego nie odczuła. Zwykle nikt nie zwracał na nią szczególnej uwagi, nie pytał też o wiele. Jeśli już pokazywała się ciekawość, to taka typowa dla każdego karczmarza, co to potrzebuje kolejnych opowieści dla swych gości. To jeszcze znosiła i zwykle rzucała jakimiś ogólnikami dla świętego spokoju. Cienie nie były ciekawe, a ich natura sprawiała, że nikt nie nalegał, gdy nie chcieli mówić. Tak samo egzorcyści. Może częściej byli obrzucani nieprzyjemnymi spojrzeniami, a to tylko wina „przebrań” akum. Niektórym trudno było zrozumieć, że ich znajomi zawarli pakt z Milenijnym i nie ma ich już na tym świecie.
Obiad również pozostawiał wiele do życzenia. Mięso nie zostało ani doprawione ani dogotowane, reszta zimna, jakby przygotowywane było już dawno. Nie narzekała jednak. Niejednokrotnie jadała gorzej, jej organizm był przyzwyczajony do magazynowania energii i dłuższych przerw pomiędzy posiłkami. Jakoś sobie poradzi, choć wolała być w pełni sił w czasie polowania na wampira. Każdy szczegół miał znaczenie.
Jeszcze popołudniu zrobiła niewielki rekonesans po okolicy, żeby upewnić się co do wampira i jego terenu łowieckiego. Wyczuwała jego obecność w lesie – nadal nie umiał jej ukryć, co sprawiało, że okoliczna zwierzyna umknęła dalej w las. Nie było słychać nawet pojedynczego ptaka, choć był dzień. To ją zaniepokoiło, więc postanowiła sprawdzić to bardziej. Nie myliła się, gdy pomyślała, że coś tu jest bardzo nie tak. Ślad był dość stary i ledwo wyczuwalny, ale nie miała wątpliwości, że należał do innego wampira. Podejrzewała, co zaszło. W taki sposób został przemieniony Arte. W aurze młodego wyczuwała wściekłość i ból. Może i mu współczuła, ale to nie mogło zaważyć na jej osądzie. Miała swoje rozkazy. Nie wszystkich da się uratować, a źle pojmowana litość narobi tylko więcej szkód.
Gdy wracała, zaczęła układać szczątkowy plan działania. Zamierzała załatwić to szybko i w miarę bezboleśnie. Nie do końca mogła winić młodego wampira o to, co się z nim stało. Nie miała też pewności, czy wydarzyło się właśnie to, co zakładała. Miała za mało jednoznacznych faktów, żeby cokolwiek brać za pewnik. Mogło być całkiem odwrotnie, niż sądziła, a to sprowadziłoby na nią niebezpieczeństwo.
W gospodzie jednak czekała ją inna, niemiła niespodzianka. Tuż po przekroczeniu progu swojego pokoju zobaczyła gospodarza i jego syna grzebiących w jej torbie. Jeszcze nie zauważyli, że zostali przyłapani.
– Czegóż to szukacie w moich gaciach? – zapytała.
Obaj mężczyźni podskoczyli i odwrócili się z przerażeniem wymalowanym na twarzach. Cokolwiek powiedzą i tak może czekać ich kara. Spojrzenie Vivian było nieugięte. Nie wyrażało też niczego, co powodowało kolejną dawkę strachu.
– No więc? – pogoniła ich.
– Jesteś wiedźmą – syknął gospodarz.
– Nawet jeśli? – uniosła z rozbawieniem brew.
Pierwszy raz ktoś ją wziął za czarownicę i wydało jej się to dość zabawne. Zwykle była nazywana demonem i diabelskim nasieniem, co by się notabene zgadzało. Ewentualnie za dziwkę, ale wiedźmą jeszcze nie była.
– Wynoś się stąd – warknął gospodarz.
– Kiedy uznam za stosowne – odparła spokojnie. – Mam tu coś do załatwienia, a teraz wynocha.
Złowrogie spojrzenie podziałało doskonale. Chwilę później została sama z rozbebeszoną torbą. Ośmielili się nawet rozerwać woreczki z ziołami i je wymieszać. Mieli szczęście, że te najważniejsze nosiła przy sobie w kieszeniach płaszcza, a te nie będą jej teraz potrzebne. Inaczej nauczyłaby ich szacunku do gości. Choć i bez tego powinna. Już wystarczająco ją wkurzyli.
Zmierzch był sygnałem do łowów. Przygotowane w czasie podróży pociągiem drewniane sztylety zatknęła za pas obok sai z innocence. Katanę poprawiła tak, aby była łatwo dostępna. W takich chwilach cieszyła się, że srebro działa na wszystkich przeciwników, choćby w niewielkim stopniu. Z czystą stalą czułaby się odsłonięta w czasie starcia, a już wiedziała, jak nieprzyjemny jest atak wampira. Wolała tego nie powtarzać.
Las się zmienił, gdy tylko cel wyszedł na żer. Wszystko nagle zamarło jeszcze bardziej niż do tej pory. Powietrze było niemal nieruchome, a Vivian poczuła dotkliwy chłód przenikający kości. Wiedziała, że to efekt działania wampira. Chciał ją zastraszyć, sprawić, aby się bała i zaczęła uciekać w panice. Stała się łatwym celem.
Przez chwilę stała nieruchomo, chłonąc bodźcie z otoczenia. W końcu trafiła na ślad wampira. Nie był zbyt daleko, nie ukrywał się. Wiedziała, że już ją wyczuł. Tego chciała. Zabawa w chowanego nic by nie dała, tak dojdzie do starcia już w najbliższych minutach i będzie miała to z głowy. To miejsce i tak dało jej w kość.
Odskoczyła, wyczuwając atak. Dłoń automatycznie skierowała się do rękojeści miecza. Jego poblask skutecznie powstrzymał wampira przed kolejnym atakiem. Wiedział już, że ta ofiara również ma ostre szpony i zamierzała się bronić. Warknął niezadowolony. Czerwone oczy błyszczały spod jasnej grzywki, na twarzy i ubraniu miał zaschnięte ślady krwi. Nie zwracał na to zupełnie uwagi.
Tuż przed kolejnym atakiem wyszczerzył kły. Błysnęły złowrogo, jakby w odpowiedzi dla katany Vivian. Pazury zgrzytnęły o stal. To nie był koniec. Potężny kopniak posłał kobietę na najbliższe drzewo. Jęknęła z bólu, ale szybko się podniosła.
– Chyba cię trochę zlekceważyłam – stwierdziła. – Ale spokojnie. Drugi raz nie popełnię tego błędu.
Odpowiedziało jej tylko poirytowane warknięcie. Wampir ponownie na nią ruszył. Gdy miał uderzyć, nagle zniknął. Tylko refleks uratował Vivian przed atakiem w plecy, choć przy okazji postawiła krok, aby utrzymać równowagę. Na tym jednak przewaga przeciwnika się skończyła. Każdy kolejny cios był przez nią kontrolowany i sprowadzał wampira do obrony. Nie umiał jeszcze korzystać ze swych mocy, co dało Vivian przewagę. Z pomocą inkantacji przygwoździła go chwilowo do drzewa.
– To nie potrwa długo – obiecała.
Sięgnęła po jeden z drewnianych sztyletów, zamierzając skończyć walkę jednym, celnym uderzeniem. Tylko tyle miłosierdzia miała dla przeciwnika. Dla bestii, którą się stał.
Czyjaś potężna aura spadła na ich dość niespodziewanie. Wampir zaskomlał jak zbity pies i skulił się w sobie ze strachu. Z tym, co właśnie się pojawiło, nie mógł walczyć, a inkantacja sprawiła, że nie próbował nawet uciekać.
Vivian poczuła, jak ciało pokrywa się gęsią skórką. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu, a strach musnął jej kark chłodnymi palcami. Mimo to rozpoznała wampirzą aurę. Bardzo potężną. Nawet Arte nie robił tak piorunującego wrażenia. Nic dziwnego, że jej ciało tak to odczuło.
Zmusiła się do zachowania spokoju i sięgnęła po Czarną Różę. Nie zamierzała poddać się bez walki nawet, jeśli z góry jest skazana na porażkę. W końcu była Aniołem Lucyfera.
Wśród drzew pojawiła się sylwetka w czarnym, długim płaszczu. To nie był Cień. Wampir za plecami Vivian zaskomlał i skulił się bardziej, Walker zacisnęła palce na rękojeści, czekając aż obcy się zbliży i wyjawi swe zamiary. Była gotowa sparować atak w każdej chwili.
– Nie obawiaj się. Nie przyszedłem walczyć – oznajmił nieznajomy.
Vivian miała wrażenie, że kiedyś słyszała ten głos. Nie wiedziała tylko kiedy. Wszelkie wątpliwości opuściły ją, gdy obcy ściągnął kaptur. Rozpoznała go.

2 thoughts on “Bezimienna Zbyt prawdziwa Twoja twarz. Bezimienna W pustych sercach budzisz strach

  1. fanka12 pisze:

    no nie przerwać w takim momencie to grzech🙂

  2. Mira pisze:

    No masz. Teraz cały czas będę się zastanawiać kim jest tajemniczy znajomy-nieznajomy wampir. Z początku nawet nie doczytałam sobie, że to wampir i w myślach zaczęłam wyliczać wszystkich ludzi-nieludzi na tyle potężnych żeby przerazić Vivian. Najpierw nasunął mi się na myśl Tikki, albo inny Noah, przemknął mi przez myśl Cross, a nawet Kanda i Nea. Dopiero potem doczytałam, że to wampir iw zasadzie do głowy mi przychodzi tylko Chris (przecież ona go jeszcze nie zna). A moze zamieniłaś kogoś, kogo znamy? Uuuuuu!! Nie mogę się doczekać! ^^
    Niech wena będzie z tobą!🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s