Aimai na kotoba yori mo kantan na yakusoku yori Hoshii no wa te no nukumori soshite futari dake no toki

Śnieg był najwidoczniejszym dowodem nadejścia zimy, choć w Londynie zwykle nie było go zbyt dużo. Zazwyczaj mieszkańcy musieli walczyć z zimnym, zamarzniętym deszczem, nie z białym puchem, który przynajmniej wyglądał ładnie. Biel kojarzyła się z czymś niewinnym i łagodnym, poprawiała humory ludziom zmęczonym deszczową, zimną aurą, dzieciakom dawała okazję do zabawy. Ironia losu, bo śnieg wcale nie był niczym pozytywnym. Zimny i mokry sprawiał problemy wszystkim, którzy musieli wyjść na zewnątrz. Utrudniał poruszanie się, opóźniał podróże, zasypywał tych, którzy nie mieli własnego domu. Czasami, gdy nadchodziła wiosna, a wraz z nią roztopy, spod zasp wyłaniały się ciała tych, którzy zamarzli zimą. To był przykry widok.
Pamiętał, że nienawidziła śniegu. Zawsze się wzdrygała, gdy zaczynał padać, nie miała ochoty wychodzić na zewnątrz i marudziła, kiedy zostawali wysłani na kolejną misję. To prawdopodobnie fakt, że tyle czasu żyła na ulicy, spowodował tę antypatię do białego puchu. Wraz ze śniegiem przychodziły mrozy, a te zabijały każdego, kto nie mógł znaleźć sobie schronienia i ciepła. Zima była groźbą, a może nawet wyrokiem śmierci. Kiedy innym kojarzyła się ze świętami i innymi radosnymi bzdurami, ona miała tylko złe skojarzenia.
Nie doświadczył nigdy czegoś takiego. Mimo to jakoś potrafił zrozumieć, dlaczego tak bardzo tego nie lubi. Nie musiała mówić, ale przyznała się do tego, odwracając spojrzenie, jakby się tego wstydziła. Może dla niej była to tylko kolejna słabość, z którą powinna walczyć i się do niej nie przyznawać. Pewnie kojarzyła się z zamarzniętymi ulicznikami, których znała. Im się nie udało, ona przetrwała. Czy miała wobec nich poczucie winy? Nie, raczej nie. W tamtym czasie z pewnością nie podstawiłaby się za kogoś innego. Mogła stawać przeciwko ludziom, ale nie aurze. Miała przecież coś do zrobienia, cel do osiągnięcia i to pchało ją dalej do życia. Mimo to nienawidziła śniegu.
Nie wyszłaby z budynku w tę śnieżycę, gdyby absolutnie nie było to konieczne. Nawet kpinami by jej nie wyciągnął na zewnątrz na trening. Po prostu odpuściłaby sobie i zaszyłaby się w kuchni przy piecu, żeby się zagrzać. Jej zawsze brakowało ciepła. W przeciwieństwie do niego nadal poszukiwała tego odczucia, choć rzadko u innych ludzi w obawie zdrady i odrzucenia.
Teraz nie wydawało mu się to tak zabawne jak dawniej. Może dlatego, że zrozumiał uczucia, które nią targały, oraz własne, które dopadły go później. Zbyt późno. I nadal go nie opuściły.
Może dlatego trenował w środku śnieżycy przemoczony do suchej nitki, zmarznięty i coraz bardziej zniechęcony. To było głupie z jego strony, ale inaczej nie potrafił walczyć z tym, co opanowało jego myśli. Nie to, że szło mu dość opornie. Kiedyś nabijał się z tych wszystkich durniów, którzy potrafili znaleźć skojarzenie z kimś w każdym bzdecie. Teraz zachowywał się tak samo po każdym durnowatym koszmarze czy śnie z udziałem tej małej jędzy. Czasami wolałby ponownie stracić pamięć i zapomnieć o tym „incydencie”. Żyłoby mu się spokojniej.
– Kanda!
Wśród padającego śniegu dostrzegł opatuloną płaszczem Lenalee. Sądząc po sposobie, w jaki go wołała, była wkurzona. Prawdopodobnie na jego zachowanie.
– Jak ty wyglądasz? Od godziny wszyscy cię szukamy, bo oczywiście golema zostawiłeś u siebie – powiedziała rozdrażniona. – To lekkomyślne.
Nie odpowiedział. Nigdy się przed nią nie tłumaczył i Lenalee mimo wszystko to rozumiała. A to, że zmywała mu głowę, to już inna sprawa. Znali się na tyle długo, by to jakoś akceptować.
Złapała go za rękaw przemoczonego munduru i pociągnęła za sobą. Musiała zademonstrować mu swoją złość, ale tylko wywołała tym uśmiech na jego twarzy. Już od jakiegoś czasu traktował ją pobłażliwie, może nie tak bardzo jak Abbę, ale na tyle, by niektórzy się zorientowali. Nie wyglądało na to, żeby komuś to szczególnie przeszkadzało.
Chwilę później zatrzymała się i rozejrzała niepewnie. W tej śnieżycy praktycznie nic nie widzieli, a ślady szybko zostawały zasypane świeżym śniegiem. Łatwo było się zgubić.
– Tędy – Kanda pociągnął ją za sobą.
Po terenie wokół Kwatery Głównej mógł poruszać się z zamkniętymi oczami. Zbyt dużo czasu tu spędził, żeby się zgubić, więc teraz doprowadził Lenalee do budynku. Uśmiechnęła się w podzięce, zapominając, że ma mu pokazać, że się na niego złości.
– To po co mnie ściągnęłaś? – zapytał.
– Mamy misję – odparła. – Brat już na nas czeka.
Komui westchnął na ich widok, a jego spojrzenie wyrażało wystarczającą dezaprobatę dla zachowania Japończyka. Nie musiał się wysilać na kolejne kazanie, które i tak zostanie olane.
– Kanda, mogę zrozumieć, że chcesz spokoju, kiedy trenujesz, ale jako egzorcysta powinieneś mieć golema zawsze przy sobie, żebyśmy nie musieli cię szukać po całym terenie.
Japończyk sięgnął po teczkę ze szczegółami zadania. To go w tej chwili interesowało bardziej niż marudzenie Komuiego. Nawrzucać może mu innym razem.
– Waszym celem jest Stuttgart. Mamy podejrzenie występowania innocence. Niestety Arka nadal jest sprawdzana, więc czeka was długa podróż.
Jakiś czas temu Arka dość niespodziewanie zaczęła się dziwnie zachowywać. Tak jakby któryś z Noah zamierzał jej użyć. Nie wiedzieli, jak to interpretować, ale od tamtego momentu jej używanie było zabronione i egzorcyści wrócili do normalnego sposobu podróżowania. Tymczasem sekcja naukowa miała sprawdzić, czemu Arka zachowywała się w ten sposób. Na razie jednak niczego nie ustalili.
– Za dwie godziny macie pierwszy pociąg. Śnieżyca powinna się do tego czasu uspokoić. Powodzenia i wracajcie bezpiecznie.

Koła pociągu stukały miarowo o szyny. Ta jednostajna melodia potrafiła usypiać, ale ją uspokajała. Jedno zadanie odchodziło w cień, drugie dopiero miało nadejść. Podróż oczyszczała umysł z niepotrzebnych myśli, pozwalała się odprężyć. Może nie tak bardzo jak dom, ale na tyle, by pozbyła się negatywów.
Słyszała rozmowę za drzwiami przedziału, ale nie przysłuchiwała się. Miała inne zmartwienia niż zbyt głośnych współtowarzyszy podróży. Zresztą za chwilę głosy pójdą dalej i znów zapadnie cisza osnuta dźwiękiem kół pociągu.
Rozmasowała ramię, które nie do końca zagoiło się po ostatnim zadaniu. Chyba zbyt wcześnie posłano ją do boju po starciu z Sigurdem, ale teraz już się nad tym nie zastanawiała. Czasami Cienie odnosiły rany w czasie zadań i należało się z tym pogodzić, a następnym razem uważać. Byli tylko ludźmi. Mimo wszystko.
Na szczęście Liga dbała o swoich pracowników i zwykle załatwiała im podróż pierwszą klasą. Bez ścisku i wścibskich oczu. W ten sposób miała dla siebie cały przedział. Mogła odpocząć.
Gdy usłyszała pukanie, zarzuciła kaptur na głowę. Im mniej osób widzi jej twarz, tym lepiej. To tylko zbędne ryzyko, którego nie powinna podejmować. Bez tego była narażona na wiele.
Do środka zajrzał mężczyzna z obsługi pociągu. Wyglądał na zdeprymowanego, ale ukłonił się grzecznie.
– Przepraszam, że panią niepokoję, ale chciałbym zapytać, czy będzie pani przeszkadzać towarzystwo dwojga egzorcystów? Zaszła starsza pomyłka i nie możemy ich nigdzie ulokować – wyjaśnił.
Przez chwilę się wahała, ale w sumie nie znalazła przeciwwskazań. Byłoby to bardziej podejrzane, gdyby się nie zgodziła, a przecież miejsca było na tyle dużo, że nie powinni sobie zawadzać.
– Proszę bardzo. Mogą mi towarzyszyć – powiedziała.
– Dziękuję i przepraszam za niedogodności.
Poprawiła kaptur, gdy do środka weszło dwoje egzorcystów. Przeklęła w myślach samą siebie za zgodę, ale teraz już za późno, żeby się wycofać. Los uwielbiał sobie z niej drwić.
Rozpoznała ich bez problemu i zagryzła wargę. Nie sądziła, że spotkanie z nimi wywoła tyle sprzecznych emocji. Wszystko wróciło. Nie mogła jednak ujawnić swojej tożsamości, ten rozdział był już zamknięty.
– Dziękujemy za przysługę – Lenalee ukłoniła się wdzięcznie. – Na pewno nie będziemy przeszkadzać?
Vivian machnęła na nią ręką, jakby lekceważąc całą sprawę. Nie ryzykowała odezwania się, nawet głos mógłby ją zdradzić w półmroku przedziału. Lenalee niekoniecznie ją rozpozna, ale Kanda z pewnością. Co by o nim nie mówić, był spostrzegawczy i z pewnością nie zachowałby tego dla siebie.
Egzorcyści usiedli naprzeciw niej. Niewiele się zmienili, odkąd widziała ich po raz ostatni. Lenalee miała trochę dłuższe włosy i znów zaczęła nosić dwie wysokie kitki. Pasowały jej i przypominały, że nadal jest młodą dziewczyną. Gdyby nie była egzorcystką, jej największym problemem teraz byłoby założenie rodziny.
Chinka przyglądała jej się z uwagą i nutą ciekawości, ale nie zaczęła rozmowy. Prawdopodobnie uznała, że nieznajoma usnęła. Kanda za to przymknął powieki, ale nadal był czujny. Jak zawsze podczas misji.
Na co dzień o tym nie myślała, ale tęskniła za tamtym życiem i tymi ludźmi. Owszem, nie było łatwo. Problemy, rany, strach. Jednak Czarny Zakon był pierwszym miejscem od wielu lat, które mogła z czystym sumieniem nazwać domem. Teraz bardzo trudno było powstrzymać się przed ściągnięciem kaptura i wypytaniem ich o pozostałych. Abba pewnie wyrosła i wyładniała, chłopcy zmężnieli, Komui jak zwykle był panem bałaganu i chaosu. Tak wiele miała pytań. Tęsknili? Możliwe, w końcu nie byli maszynami bez uczuć.
Jednak nie mogła tego zrobić. To było zbyt niebezpieczne, a te dwa minione lata farsy staną się bezsensowne. Nie mogła wrócić, nie teraz, a oni nie mogliby tego zignorować.
Podróż minęła im w ciszy. Żadne z nich nie odezwało się, wydawali się rozluźnieni, ale tak naprawdę byli czujni. Egzorcyści nie ufali postaci w czerni, nie wiedząc, kim jest, Vivian nie chciała się ujawnić. Nikt jednak nie zrobił niczego, by sytuacja stała się jasna. Tak jakby obawiali się tego, co kryje za sobą zasłona niepokoju.
Pociąg zaczął zwalniać. Stacja Stuttgart – miejsce docelowe kolejnej misji. Vivian przeciągnęła się na siedząco i ziewnęła. Raczej z nudów niż znużenia. Na myśl o walce poczuła niewielki przypływ adrenaliny. Jej ruch zwrócił uwagę obojga egzorcystów, ale ich zignorowała. Miała zadanie na głowie i tym razem nie zamierzała dać się zranić. Zresztą według informacji, które otrzymała, nie powinno to być zbyt trudne do zrealizowania. Przy dobrych wiatrach nad ranem będzie po wszystkim, a ona ruszy w drogę powrotną do Berlina.
Im bliżej jednak byli stacji, tym wyraźniej czuła obecność akum. Zaklęła szpetnie w myślach i bezwiednie rozmasowała prawą dłoń. Jeszcze ich jej tu brakowało do szczęścia. Będą tylko przeszkadzać, a nie miała ochoty się nimi zajmować.
Nie zwróciła uwagi na zmarszczone brwi Kandy na ten gest. Bardzo znajomy gest, którego nie mógł tak po prostu zignorować, a jednocześnie nie chciał dopuścić do siebie myśli, że jego przypuszczenia mogą się sprawdzić. Dlatego nie poruszył się i nie odezwał.
Vivian podniosła się i ściągnęła z półki torbę i broń. Dotąd za paskiem miała schowanie tylko sai z innocence – tak dla komfortu myśli. Dwa czarne sai wsunęła w cholewki wysokich butów, torbę przerzuciła przez ramię, zaś Czarną Różę zacisnęła w dłoni. Opuściła przedział, nim egzorcyści zdołali przyjrzeć się zdobieniom katany. Nie zamierzała dać im okazji do ponownego odezwania się.
Kilka chwil później obserwowała otoczenie z dachu dworca, chcąc ustalić taktykę. Ta rozsypała się w drobny mak, gdy dostrzegła, że towarzyszący jej w pociągu egzorcyści, również wysiedli. Najwyraźniej Stuttgart był także ich miejscem docelowym, a to sprawiało, że musiała uwzględnić tę dwójkę w swoich planach. Inaczej wszystko szlag trafi. Nie mogła trafić gorzej.
Skupiła się na wyczuciu innocence, które mogło tu być, skoro ma na karku egzorcystów. Umiała zrobić coś takiego, w końcu była Aniołem Lucyfera. Przy okazji będzie znała stan wiedzy swych dawnych towarzyszy. Przecież nie może do nich podejść i zapytać o to wprost.
Nie wyczuła żadnego obcego innocence. Jedynie akumy i demona, którego miała zniszczyć. Prawdopodobnie egzorcyści mieli zająć się tylko tymi pierwszymi. Owszem, była możliwość, że poszukiwacze wpływ demona błędnie przypisali innocence, ale potrzebowała niewiele wysiłku, aby wyprowadzić egzorcystów z błędu.
Użyła mocy Noah, żeby skierować akumy w inną stronę i tam zatrzymać Kandę i Lenalee. Im mniej będą mieli okazji do spotkania z nią, tym lepiej. Kuszenie losu było niepotrzebne. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co by się stało, gdyby musiała się z nimi zmierzyć bądź odkryliby jej tożsamość. Dawniej gotowa była zabić każdego, kto jej zagrażał. Ich by nie potrafiła. Nadal byli jej towarzyszami. Może działali już inaczej, ale nadal po tej samej stronie.
Porzuciła te rozważania i ruszyła w stronę demona. Wiedziała, gdzie ma kryjówkę i w jaki sposób działa. Wystarczyło się tylko zorientować, kiedy ostatnio żerował. To nie będzie trudne. Po drodze zatrzymała się w kilku miejscach, by posłuchać wieści i plotek. Opowieść o nieuchwytnym mordercy rozsiadła się na dobre wśród mieszkańców, powoli stawała się coraz bardziej nierzeczywista, choć zwykle ludzie używali tych samych kalek o paktach z diabłami i tego typu sprawach. Czasami nie wiedzieli, jak blisko prawdy byli. Na własne życzenie stawali się głusi i ślepi na wszystko, co należało do mroku. Strach przed nieznanym był zbyt wielki, żeby dobrowolnie się na niego narażać. Przecież przyszła epoka rozumu, coraz więcej rzeczy dało się naukowo wyjaśnić, więc po co wierzyć w jakieś ludowe gusła? Kiedyś to się na nich zemści. Mrok nigdy nie da im spokoju, a tylko wykorzysta niewiedzę przeciwko ludziom. Wtedy jednak będzie już za późno i to człowiek stanie się najgroźniejszym potworem – marionetką w rękach sił, których nie rozumie.
Dzisiejsza gazeta opisywała na pierwszej stronie kolejne z tajemniczych morderstw. Szczegóły i domniemania nie interesowały Vivian. Wiedziała, jak do tego doszło. Śmierć kolejnej osoby jej nie cieszyła ani też nie wzruszała, jednak była to dobra wiadomość – demon był najedzony i prawdopodobnie odpoczywał, więc był w kryjówce. Nie będzie musiała go szukać, a dodatkowo łatwiej go zabije. Plan sam się ułożył w jej głowie. Teraz wystarczyło go wprowadzić w życie.
Po drodze nie napotkała żadnych problemów. Demon znalazł sobie kryjówkę na obrzeżach miasta wśród opuszczonych budynków, które niekiedy stanowiły schronienie dla uliczników. Teraz jednak nikt, nawet najbardziej zdesperowani, nie ryzykowali sąsiedztwa siły, z którą nie mogli się równać. To oznaczało pewną śmierć, a na to nikt nie chciał pozwolić. Każdy pragnął żyć, choć miałoby być to ciężkie i rozczarowujące.
Brak potencjalnych świadków i przeszkód ucieszył Vivian. Nie zdradziła swojej obecności, gdy skradała się do kryjówki demona. Wiedziała, że w końcu się zorientuje, że tu jest, ale starała się to opóźnić maksymalnie, ile się da. Czysta akcja bez żadnych dodatkowych atrakcji.
Usłyszała coś za sobą. Przylgnęła do ściany, zlewając się z cieniem. W pierwszej chwili myślała, że to demon i była bardziej niż zaskoczona. Jednak po chwili oczekiwania dostrzegła postać w jasnym płaszczu z zasłoniętą twarzą. Jeden z poszukiwaczy Czarnego Zakonu. Co on tu robił? Zwykle poszukiwacze wycofywali się, gdy do gry wchodzili egzorcyści. Nie powinno go tu być. Chyba nawet nie miał pojęcia, gdzie się naprawdę pakuje. Nie miała wątpliwości, że demon go zabije, gdy tylko zobaczy. Poszukiwacze nigdy jej nie interesowali, ale to byłaby bezsensowna śmierć, a taka wkurzała ją najbardziej. Jeśli już umierać, to za coś lub ze starości, choć to drugie takim jak oni nie groziło.
Podjęła błyskawiczną decyzję. Chwyciła poszukiwacza za tył munduru, pchnęła go na ścianę i przyłożyła sai do gardła.
– Milcz i słuchaj – syknęła, nim zdążył się odezwać. – Masz stąd wyjść, jeśli nie chcesz zginąć. Swoim przydasz się bardziej żywy. Zrozumiałeś?
Mężczyzna był tak przerażony niespodziewanym atakiem, że nie mógł wydusić z siebie słowa i tylko kiwnął głową. Tyle jej wystarczyło.
– Dobrze. To teraz spadaj stąd.
Puściła go i czekała aż się oddali. Równie dobrze może trafić na zbłąkaną akumę, ale przecież nie zaprowadzi go za rączkę do egzorcystów. Swoje zrobiła. Jak będzie głupi, nie pożyje długo. Takimi prawami rządzi się ten świat i poszukiwacz musiał mieć tego świadomość, skoro już jest członkiem Czarnego Zakonu.
Gdy miała pewność, że jest sama w korytarzu, ruszyła dalej, mając nadzieję, że demon niczego nie zauważył. W najgorszym wypadku czeka na nią w swej kryjówce i zaatakuje jako pierwszy, co może wszystko wydłużyć. Tego nie chciała. Skoro poszukiwacz tu trafił, egzorcyści również mogą, a to byłoby jej bardzo nie na rękę.
Sai zamieniła na Czarną Różę. Zapach demona był już tak wyczuwalny, że zaczął ją dusić. Musiał tu siedzieć od jakiegoś czasu i nawet po walce miną tygodnie, nim ktoś będzie chciał się tu schronić. Chyba że w ostatecznej desperacji.
W ciemnościach dostrzegła fioletowe, jarzące się ślepia bez źrenicy. Wpatrywały się w nią bez mrugnięcia powieką, lecz nie poczuła strachu.
– Śmierdzisz krwią – usłyszała.
Nie dała się sprowokować do dyskusji. Powoli weszła do pomieszczenia, aktywując przygotowaną wcześniej inkantację. Sala zabłysła światłem dnia, demon zaskrzeczał z bólu. Teraz mogła go zobaczyć w pełnej krasie. Ludzki tułów, ptasia, choć spłaszczona głowa o zakrzywionym dziobie, szarawe skrzydła zamiast rąk i krótkie szpony miast nóg. Tak wyglądał w rzeczywistości, choć na czas łowów przybierał bardziej powabny wygląd.
– Morderca! – zaskrzeczał demon. – Morderca!
– Milcz, papugo – warknęła. – I tak cię nikt nie usłyszy.
Machnęła mieczem, szepcząc kolejną inkantację. Podmuch powietrza uderzył przeciwnikiem o ścianę. Doskoczyła do niego i cięła trochę na odlew. Jedno ze skrzydeł zostało rozdarte przy akompaniamencie wrzasku bólu. Odskoczyła poza zasięg ostrego dziobu, po czym zaatakowała ponownie od góry. Tym razem trafiła w tors. Miecz wszedł w ciało jak w masło, rwąc mięśnie i łamiąc kości. Drugie skrzydło demona uderzyło ją piórami po twarzy. Syknęła ze złości i drugą ręką sięgnęła po sai, którym przyszpiliła je do ściany.
– Nie polecisz już – stwierdziła.
Chwilę później odrąbała demonowi głowę. Walka była skończona. Na jej szczęście przeciwnik nie był przygotowany do starcia, więc poszło szybko. Takie zadania lubiła.
Jej uwagę przykuły klejnoty leżące w kącie – trofea demona. Pewnie by je zignorowała, gdyby nie kamień o zielonym poblasku. Na szmaragd był stanowczo za jasny. Wyciągnęła sai z martwego przeciwnika, wytarła o pióra i schowała. Z kataną w dłoni podeszła do stosu i wzięła do ręki kryształ. Do złudzenia przypominał innocence, choć miał całkiem inną aurę. Nic dziwnego, że poszukiwacz się tu kręcił. Musiał myśleć, że to coś wartościowego dla Zakonu.
Obejrzała klejnot ze wszystkich stron. Była nim zafascynowana, bo posiadał w sobie jakąś moc. Nie innocence, ale coś innego. Coś bardziej mrocznego i niepokojącego. Nie powinna go tu zostawić, bo w niepowołanych rękach może przynieść nieszczęście. Nie chciała go też beztrosko zabierać do Ligi. Konsultacja z Radą będzie nieodzowna.
– Oddaj ten kamień – usłyszała.
Moc świetlnej inkantacji jeszcze się nie wyczerpała, więc była doskonale widoczna dla Kandy i Lenalee stojących w jedynym wejściu do sali. Spojrzała na nich, zastanawiając się, skąd się tu wzięli. Czyżby tak szybko uporali się z akumami, które odesłała w innym kierunku i napotkali nadgorliwego poszukiwacza? A miało obejść się bez problemów… Los jej chyba naprawdę nie lubi.
Nie mogła się odezwać. Kanda z pewnością rozpoznałby jej głos, a na to pozwolić nie mogła. Miał zbyt wyczulone zmysły, żeby dać się oszukać. Pokręciła więc głową i zacisnęła palce na klejnocie, który egzorcyści błędnie brali za innocence. Nie mogła im go oddać. Obawiała się, że to, co jest w środku, może narobić problemów w Czarnym Zakonie, a tego wolałaby uniknąć. Nie mogła ich narażać.
– Ten kamień jest nam potrzebny – wyjaśniła Lenalee, chcąc uniknąć konfliktu. – Jesteśmy z Czarnego Zakonu, a to, co trzymasz w ręce, to innocence.
Vivian ponownie pokręciła głową, chcąc dać do zrozumienia, że się mylą. Nie wyszło jej to jednak, sądząc po minie Kandy. W jednej chwili zaatakował, praktycznie nie dając jej szansy na reakcję. Ostrze Mugenu rozcięło kawałeczek kaptura, prawie go ściągając. Jednak Vivian w porę odskoczyła i zgasiła światło zaklęcia. Nie chciała z nimi walczyć, więc natychmiast musiała się wycofać. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Nie z tym zawziętym Japończykiem, do którego należy mówić jedynie stalą, żeby coś do tej pustej makówki dotarło.
Kryształ schowała do kieszeni i bezszelestnie zmieniła swoje położenie. Rzuciła jakiś kamień w kierunku wyjścia, tworząc ułudę, że uciekła. Lenalee nie mogła jej zobaczyć w tej aksamitnej ciemności, oczy Kandy niedługo przyzwyczają się na tyle, by nie musiał walczyć po omacku. W tej chwili to na niego musiała uważać najbardziej.
– Kanda!
Japończyk ruszył w kierunku Lenalee, ale zatrzymał się w połowie drogi. Vivian czekała na to, co zrobi. Wiedziała, nasłuchiwał kroków, których nie usłyszy i zrozumie, że przeciwniczka nadal jest w środku. Póki Lenalee stała przy drzwiach, Vivian nie zamierzała się tam zbliżać. Zbyt wielkie ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Czekali więc jedno na drugie w absolutnej ciemności.
Vivian pierwsza poczuła obecność akum. Obróciła się gwałtownie, hałasując. Kanda ruszył w jej stronę i to prawdopodobnie uratowało go przed zasypaniem, gdy sufit został zniszczony. W powstałym otworze pojawiły się akumy – z przodu trzy trójki, dalej same dwójki.
– Egzorcyści, oddawać innocence! – zaskrzeczała jedna z nich.
Chwilowo zmieniły się priorytety, więc Kanda zmienił kierunek. Za nim ruszyła Lenalee. Vivian obserwowała walkę tylko przez chwilę, po czym pobiegła w głąb budynku. To był dobry moment, żeby się ulotnić bez konfliktu z dawnymi towarzyszami. Sama nie wiedziała, co znalazła, ale to na pewno nie było innocence, więc nie mogła im tego oddać. To zbyt niebezpieczne.
Na zewnątrz czekała ją kolejna niespodzianka. Wszędzie dookoła czekały akumy gotowe do walki z nią. Milenijny albo naprawdę myślał, że to innocence albo wiedział, czym jest klejnot i bardzo chciał go zdobyć.
– Więcej was matka nie miała? – mruknęła pod nosem.
W tej sytuacji nie mogła zostawić egzorcystów samych. Może i sobie poradzą, ale po co narażać ich na jeszcze większe ryzyko? Bez tego mieli mnóstwo roboty, a natura Vivian też nie pozwalała jej tego tak zostawić. Czuła pulsowanie własnego innocence, a sprowokowanie buntu było najgorszym, co mogła zrobić. Miała nadzieję, że to nie zniweczy jej planu ucieczki. Aktywowała innocence tylko częściowo – skrzydła były zbyt charakterystyczne – i przeniosła jego moc na Czarną Różę. Wtedy też ruszyła do walki.
Poszło szybciej, niż się spodziewała. Techniki innocence łączyła z umiejętnościami Cieni, co dawało całkiem niezłe efekty. Gdyby wszyscy egzorcyści przeszli takie szkolenie, wojna dawno byłaby skończona i bez obecności Anioła Lucyfera.
Zeskoczyła na ziemię i schowała Czarną Różę do saya przewieszonego przez plecy. Jej robota została zakończona. Teraz musiała zająć się kryształem.
– Czekaj! – usłyszała.
Zmięła w ustach przekleństwo. Przed nią wylądowała Lenalee, za sobą słyszała Kandę.
– Oddaj nam innocence – powiedziała Chinka.
Vivian pokręciła głową. Błyskawicznie sięgnęła po katanę i zablokowała cios Mugenu. Zagryzła wargę, cofając się o krok. Nie zamierzała z nimi walczyć. Inkantacją wzbiła wokół tuman kurzu i ruszyła do ucieczki. Wiedziała, że to spowolni ich tylko na chwilę. Nie mogła dać się złapać. Na szczęście kompleks jej sprzyjał. Było wiele pomieszczeń, mogła kluczyć, a Lenalee nie zauważy jej z góry. Zawsze była dobra w chowanego i tej partii również nie przegra.
Egzorcyści rozdzielili się. Kanda pobiegł za postacią w czerni. Nie miał wątpliwości, że to osoba z pociągu. Do tego ten strój… Tylko po co mieliby zabierać innocence? Choć to nie było takie ważne. Po prostu muszą odzyskać skradziony klejnot.
Lenalee użyła swych Mrocznych Butów, aby poszukać złodzieja z góry. Nic to jednak nie dało, odkąd pościg przeniósł się do środka opuszczonych budynków. Nie miała mocy patrzenia przez ściany. Teraz, gdy inne środki zawiodły, mogą tylko schwytać tę osobę i siłą odebrać innocence. To był ich obowiązek jako egzorcystów. Nie mogli kryształu zostawić w nieodpowiednich rękach, bo skończy się to tragedią. Zbyt dobrze znała skutki igrania z innocence, żeby odpuścić. Wzdrygała się zawsze na te wspomnienia, ale teraz dodały jej tylko determinacji do ukończenia pościgu z pozytywnym efektem.
Czekała, mając nadzieję, że uda im się namierzyć tę osobę. Obserwowała okolicę wyczulona na każdy ruch. Miała też nadzieję, że Kanda będzie miał więcej szczęścia, był praktycznie tuż za złodziejem, gdy widziała ich po raz ostatni, a Japończyk nie odpuszczał. Będzie gonić tę osobę do upadłego i odbierze innocence. Wie, że to konieczne. Nie poddadzą się tak łatwo.
Vivian zatrzymała się w ciemnym kącie, łapiąc oddech. Kanda deptał jej po piętach i ucieczka wydawała się niemożliwa. Nieważne, jak bardzo kluczyła, zawsze ją doganiał. Teraz też miała tylko chwilę, aby coś wymyśleć. Inaczej nie wyjdzie z tego cało, a walka z egzorcystami to ostatnie, czego pragnęła.
– Mógłbyś już nie być taki zawzięty – mruknęła pod nosem.
Wiedziała, że to nie będzie takie proste. Chwilę później dostrzegła jego cień tuż przy drzwiach. Upewniał się, że niczego nie zostawiła przy progu. Najgorsze i tak było to, że to jedynie wyjście, ale nie miała już gdzie się schować. Mogła mieć tylko nadzieję, że Kanda uzna, że jej tu nie ma i pójdzie dalej. Jego naprawdę trudno było oszukać i przejść.
Czekała, obserwując, co Japończyk robi. Ten zaś wszedł do środka, uważając na każdy krok. Nie oddalał się zbyt mocno od drzwi, żeby nie mogła wykorzystać tego momentu i uciec. Możliwe, że to właśnie tu chciał to zakończyć. Sama mu na to pozwoliła. Uśmiechnęła się. Może i kiedyś tyle by wystarczyło, aby doszło pomiędzy nimi do starcia. Jednak minęły dwa lata, w czasie których się zmieniła. Nie da mu przejąć inicjatywy.
Z każdym krokiem Kanda był bliżej jej kryjówki. Mimo to nie poruszyła się. Oddychała spokojnie, koncentrując się na obserwacji jego poczynań. W środku było na tyle ciemno, że trudno było cokolwiek dostrzec nawet przy zaostrzonych zmysłach.
Przystanął o krok od niej. Chyba jeszcze się nie zorientował, gdzie jest. Zamierzała wykorzystać to przeciwko niemu. To było chyba jedyne rozsądne wyjście, skoro jest taki uparty. Jeden cios chyba wystarczy, a siniak nie powinien mu aż tak przeszkadzać. Gdyby była wrogiem, mogłaby go dźgnąć prosto w serce, sam idealnie się wystawił.
Nim jednak cokolwiek zrobiła, usłyszeli krzyk, a Vivian wyczuła kolejną partię akum. Oboje zrozumieli, że to głos Lenalee. Egzorcystka była w kłopotach. Walker zmieniła zamiary, dając sobie spokój z atakowaniem Kandy. Dopadła rozbitego okna i wspięła się na dach, żeby zorientować się w sytuacji. Było źle. Jeszcze moment i Lenalee może zostać zabita. Na to nie wolno pozwolić.
– Innocence, przeniesienie – mruknęła pod nosem.
Powstrzymała się przed pełnym użyciem innocence, ale tyle wystarczyło, by Czarna Róża stała się niebezpieczną bronią przeciwko akumom. Wykorzystała ustawienie przeciwnika, aby jak najszybciej dostać się do Lenalee. Kątem oka dostrzegła Kandę, który szedł jej śladem, choć dużo niżej. Uśmiechnęła się, za taką współpracą również się stęskniła. Wtedy rozumieli się bez słów. Mogli żreć się o wszystko, lecz w walce stanowili duet nie do pokonania. Nie wchodzili sobie w drogę, jedno nie leciało za drugim, ale osłaniali sobie plecy. Zaufanie, wiedza, że to drugie jest obok i dokończy zadanie. Może nigdy nie przepadała za grupowymi misjami, ale z nim mogła iść bez strachu i zmartwień prosto do piekła.
Chwyciła Lenalee w pasie i odskoczyła przed atakiem, którego młodsza kobieta nie mogłaby uniknąć. Bez tego była poraniona i zmęczona – tryb kryształowy wymagał od użytkownika dużo więcej sił niż pozostałe. I tak dobrze sobie dotychczas poradziła.
Vivian posadziła ją na ziemi i dołączyła do Kandy. Wspólnymi siłami wykończyli pozostałe akumy w ciągu kilku następnych minut. To ostatecznie zakończyło walkę.
– Ta katana… – odezwała się Lenalee, podchodząc do nich. – To innocence. Jesteś taka jak my.
Vivian nie odpowiedziała. Spojrzała jedynie na oboje egzorcystów, zastanawiając się, co chcą zrobić. Niebo na wschodzie zaczynało jaśnieć, kiedy wyczuła otwierającą się Arkę Noah. Chwilę później dojrzała jeszcze dwie sylwetki w płaszczach egzorcystów. Najwyraźniej Lenalee ściągnęła wsparcie, właściwie oceniając, że ona tak łatwo nie da się złapać.
– Powinnaś pójść z nami – dodała Chinka.
„Nie tym razem, Lena” – pomyślała Vivian. Pchnęła egzorcystkę w stronę Kandy i rzuciła się do ucieczki. Najwyższy czas skończyć tę zabawę w kotka i myszkę. Nie ma na to czasu ani ochoty. Śmignęła pomiędzy pozostałą dwójką, ale nie dała im szansy się pochwycić. Nie ma takiej możliwości.

***

Vivian: Dobiliśmy do setki rozdziałów.
Arte: Jest co świętować, więc Laurie postanowiła zafundować Wam egzorcystów w jednym rozdziale z naszą Vivian.
Laurie: Powiedzmy, że o to chodziło. CJzN miała w sumie 176 rozdziałów. Jak myślicie, ile wypadnie tym razem?
Arte: Sądząc po rozpiskach, coś koło tego. Mnie bardziej ciekawi, czy egzorcyści dopadną Vivian.
Vivian: A tego dowiesz się w kolejnych rozdziałach. I Wy również, Moi Drodzy Czytelnicy. Dziękujemy za wsparcie i mamy nadzieję, że zostaniecie z nami przez resztę rozdziałów. Pozdrawiamy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s