The record shows that you dead, but you’re still living Every time you have died you have been given Another chance to fix your bad attitude And make it move, it’s up to you

Komui ryzykował, gdy postanowił o posłaniu Allena i Laviego do Stuttgartu przez Arkę. Nie miał jednak wyjścia. Lenalee prosiła o wsparcie jak najszybciej i każda godzina zwłoki mogła przybliżyć ich do utraty innocence. Tylko z powodu tego tajemniczego złodzieja zdecydował się na takie rozwiązanie, choć obawiał się o bezpieczeństwo posłanych egzorcystów. Nadal nie wiedzieli, dlaczego pewnego wieczoru sprzed kilku tygodni Arka zaczęła reagować, choć nikt niczego nie ruszał. W pierwszej chwili myśleli, że to Noah, ale ci porzucili Arkę, gdy Milenijny odkrył, że Czternasty przekazał jej sekret Crossowi. Czy mieliby powód, żeby użyć jej przeciwko egzorcystom? Równie dobrze mogli użyć Nowej Arki jak przy ataku na starą Kwaterę Główną. To by było bardziej logiczne.
Jednak tę opcję wykluczyli już na początku. Powód był inny, lecz oni nie potrafili go odkryć. Stąd obawia Komuiego, którego postawiono przed trudnym wyborem. Bezpieczeństwo egzorcystów czy odzyskanie innocence? Mógł się jedynie modlić, aby wszystko poszło po ich myśli.
Lavi i Allen również poczuli obawę przed podróżą. Ta się jednak rozwiała, gdy bez problemów znaleźli się w Stuttgarcie niedaleko miejsca, w którym trwał pościg za złodziejem innocence. Link został trochę z tyłu. Nie mieli pewności, czy w pobliżu nie ma akum, a nie ma sensu, żeby się narażał na dodatkowe niebezpieczeństwo. Miał obserwować Allena, nic więcej.
Pomiędzy egzorcystami śmignęła postać w czarnym płaszczu. Kilka metrów dalej dostrzegli Kandę przytrzymującego Lenalee w pionie. Nie trzeba było im mówić, co mają robić. Nie było to jednak proste, bo złodziej był szybki i zwinny. Wymykał im się z rąk, gdy go doganiali, prześlizgiwał się w najmniejszej luce, która pojawiła się pomiędzy nimi, ale unikał starcia.
– Odsuńcie się! – usłyszeli Linka.
Krucza pieczęć poszybowała w stronę uciekiniera, co miało zakończyć sprawę. Nawet egzorcyści byli bezbronni wobec działań Kruków, specjalnej jednostki Centralnej Administracji. Tym bardziej byli w szoku, gdy pieczęć uderzyła z hukiem o stworzoną na ułamek sekundy przed atakiem tarczę. Wybuch odrzucił złodzieja na kilka metrów i wzbił kurzawę, w której przez chwilę niczego nie widzieli.
– Oberwał rykoszetem – stwierdził Lavi. – Na pewno nie wyszedł z tego cało.
Wraz z Allenem przeszukał pobliski teren, ale bez rezultatu. Tego się nie spodziewał, bo po takim uderzeniu człowiek byłby skołowany.
– Musi gdzieś tu być – mruknął, rozglądając się. – Na pewno nie uciekł daleko.
– Tylko gdzie?
– Musimy ją znaleźć. To też użytkowniczka innocence – poinformowała ich Lenalee.
Właśnie ich dogonili z Kandą. Chinka nie wyglądała źle, ale już czuła, że potrzebuje odpoczynku. To jednak musiało poczekać aż znajdą osobę, która sprawiła im tyle problemów.
– Innocence? To kobieta? – zapytał Lavi.
Takich rewelacji się nie spodziewał. Jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, do Zakonu dołączy nowa egzorcystka, a oni zyskają innocence, którego od dawna nie udało im się znaleźć.
– Przyjechała do Stuttgartu tym samym pociągiem co my – wyjaśniła Lenalee. – Katana, którą walczy, jest z innocence.
– Bliźniacze ostrze Mugenu? – rudzielec uniósł brew.
– Do tego jest wyszkolona – odezwał się Link. – Odparcie pieczęci to nie jest coś, co można zrobić z pomocą szczęścia. Jednak powinna dostać rykoszetem i być nadal w pobliżu.
– Musimy ją znaleźć, nim dojdzie do tragedii.
Pozostawienie egzorcysty poza Zakonem zawsze wiązało się z ryzykiem utraty kontroli nad innocence. Co prawda, zwykle mieli do czynienia z osobami, które nie były świadome swej mocy, ale wciąż istniała taka groźba. Poza tym tak stanowiło prawo. Nie mogli pozwolić biegać jej samopas. Jeśli dorwaliby ją Noah, a jej innocence okazałoby się Sercem, wszystko byłoby już skończone.
Kanda nie podzielił się swoją teorią. Nie zdradzał, że wie więcej od pozostałych, bo najwyraźniej Zakon i ci w czarnych płaszczach nieszczególnie za sobą przepadali. Wiedział jednak, że tamci raczej nie pchają się w ich sprawy. Czyżby w ich szeregach była egzorcystka? Zwykłe ostrze nie dałoby rady nawet kilku akumom, a co dopiero takiej zgrai. Po co było im innocence, które zabrała? To trochę nie miało sensu. Chyba że tworzą własną jednostkę egzorcystów. To trochę podejrzane.
Do tego jeszcze to dziwne wrażenie w pociągu. Tak jakby wyczuła obecność akum w mieście. Przecież to było niemożliwe. Musiałaby być przeklęta w ten sam sposób co Walker albo mieć coś wspólnego z Klanem Noah. To niemożliwe. Taka osoba była tylko jedna – martwa od dwóch lat. Owszem, po tym wszystkim była niewielka możliwość, że to nie do końca tak, ale on w to nie zamierzał wierzyć. To nie mogła być ona. Zresztą takie rozważania są puste i tylko odwracają uwagę od tego, co powinien zrobić.
– Rozdzielmy się. Któreś z nas na pewno na nią trafi – powiedział Lavi.

Oszołomienie powoli mijało, choć Vivian nadal czuła się skołowana po wybuchu. Nie spodziewała się, że do tego dojdzie. Jedynie instynkt sprawił, że udało jej się ukryć, nim egzorcyści dotarli do miejsca, gdzie powinna upaść. Inaczej byłaby w prawdziwych kłopotach. Już to, że odkryli u niej innocence, było kłopotliwe. Nie odpuszczą tak łatwo, sądząc, że mają do czynienia z kimś, kogo dotąd nie odkryli. Jeśli im nie ucieknie, dwa lata farsy staną się bezsensowne, a ona będzie miała na głowie cały Zakon z Leverrierem na czele. Nie czuła się gotowa, by tam wracać. To w Lidze było teraz jej miejsce.
Była tuż za ścianą, więc wszystko słyszała. Za dużo dała im powodów do pościgu. To zadanie nie mogło potoczyć się gorzej. Nawet jeśli zrozumieją, że kryształ nie jest innocence, to ciągle będą przekonani, że powinna wrócić z nimi do Londynu. Szlag by to trafił. Wszystko zaczęło się sypać, a na karku ma już pięcioro przeciwników, bo tak musi ich teraz rozpatrywać. Może nie chce ich zranić, ale musi się przed nimi bronić. Było naprawdę źle. W tej sytuacji ciężko było nawet o jakiś konkretny plan. Miała tę przewagę, że znała większość ich zdolności i nawyków, może nie zmienili się w przeciwieństwie do niej. Gorzej, że zaczął się już dzień. Owszem, w tłumie łatwiej zgubić ogon, ale równie dobrze można zostać dostrzeżonym. Vivian stanowczo bardziej wolała noc.
Nadal czuła ból w boku – chyba po upadku złamała żebro. Mimo to ostrożnie wstała, żeby się stąd wynieść, zanim egzorcyści odkryją jej kryjówkę. Poprawiła kaptur i weszła głębiej do budynku poszukać innego wyjścia. Kompleks był trochę na uboczu, więc nawet przedostanie się do reszty miasta może być trudne, skoro to właśnie jej szukają.
Zatrzymała się. Słyszała kroki. Jedno z nich właśnie się zbliżało. Wsłuchała się w rytm. Znała go. Równy, ostrożny, ale pewny krok. Uderzenie pochwy katany o ciało. Oddech. Tak dobrze go znała. Los był naprawdę przewrotny, skoro stawia go na jej drodze. Cóż, zawsze był jedyną osobą, która potrafiła ją znaleźć, gdziekolwiek by się nie ukryła. Najwyraźniej to się nigdy nie zmieni.
Skryła się w cieniu kolumny i czekała, licząc oddechy. Był spokojny, choć wszystkie zmysły miał maksymalnie wyczulone. Nie chciał się przedwcześnie zdradzić, żeby nie uciekła. Schwytać i doprowadzić do Zakonu – to było teraz jego zadanie. Żadnych zbędnych uczuć. Jak zawsze. To tylko zadanie.
Słyszała, jak wchodzi i powoli zbliża się do jej kryjówki. Zapewne rozgląda się w półmroku za wskazówką. Był po prawej. Jeszcze pięć metrów… Cztery… Trzy… Dwa metry. Zatrzymał się, jakby coś zwróciło jego uwagę. Może dostrzegł ślady jej obecności. Wstrzymała oddech, czekając na kolejny ruch.
Zgrzyt stali, mimo że cichy, odbił się o ściany, roznosząc się po całym pomieszczeniu. Jeden krok, drugi. Dłoń Vivian sięgnęła po rękojeść katany. Kolejny ostrożny krok. Coraz bliżej… Z prawej… Nie, z lewej. Nadchodził z lewej. Zsynchronizowała z nim swoje ruchy i płynnie obeszła kolumnę z drugiej strony.
„Muszę się stąd wydostać” – przeszło jej przez myśl. Powstrzymała się jednak przed zerwaniem do biegu. W ten sposób zwróciłaby jego uwagę. Niepotrzebnie. Nie tak to zawsze robiła. Przecież przez pół życia się skradała. Miała to we krwi. Nawet z nim mogła wygrać w tę grę. Każdy krok przybliżał ją do wolności. Nie odwracała się, jedynie nasłuchiwała. Jeszcze jej nie zauważył. Oddalali się od siebie coraz bardziej i bardziej. Kolejny krok i przedzieliła ich ściana. Było jednak zbyt wcześnie, żeby odetchnąć z ulgą. Jeszcze nie wyszła na zewnątrz. Wciąż byli w pobliżu. Zagrożenie nadal było realne. Słyszała ich. Krążyli dookoła, chcąc ją odnaleźć.
Prześlizgnęła się pomiędzy zawalonymi ścianami i wyszła na zewnątrz. Wyszło słońce, choć nadal było zimno. Jednak nie dostrzegła nikogo. To była szansa na wymknięcie się pościgowi. W uliczkach miasta będzie miała dużo większe szanse. Nadal pamiętała, jak to było, gdy żyła na ulicy. To, czy potrafiła się ukryć przed spojrzeniami innych, warunkowało jej szanse na przeżycie. Teraz było podobnie. Musiała wrócić do Ligi, nie zdradzając się przed Zakonem.
Gdy upewniła się, że nikogo nie ma w pobliżu, puściła się biegiem w kierunku centrum. Tu była zbyt odsłonięta przed niechcianymi spojrzeniami. Ryzykowała, że ktoś ją zauważy.
Wszystko pewnie byłoby dobrze, gdyby wokół nie zaczęły szaleć płomienie. Zatrzymała się i odwróciła, odnajdując spojrzeniem sprawcę odcięcia jej od reszty drogi. Stał na skraju budynku, przysłaniając sobą słońce tak, że widziała tylko jego sylwetkę. To nie było takie ważne, bo doskonale wiedziała, jak wygląda i mogła przewidzieć, że na jego twarzy pojawił się zwycięski uśmiech. Sądził, że ma ją w pułapce.
– Koniec gry – usłyszała. – Nie uciekniesz. Nas jest pięcioro, ty tylko jedna.
To wydało jej się zabawne. Nie powstrzymała chichotu, który przerodził się w śmiech. Lavi poczuł się tym dość zdeprymowany, choć szybko uznał, że najwyraźniej kobieta tak odreagowuje. Przecież nie przeskoczy płomieni, były zbyt wysokie.
„Głupi Lavi” – pomyślała. – „Nie wiesz nawet, jak bardzo się mylisz.” Ułożyła dłonie do inkantacji, którą zanuciła pod nosem, obracając się do rudzielca plecami. Płomienie jeszcze bardziej urosły, po czym gwałtownie opadły. Zaśmiała się, słysząc westchnienie niedowierzania egzorcysty. Pomachała mu i uciekła.
Lavi nie potrafił uwierzyć w to, co zobaczył. Ta kobieta panowała nad ogniem i wymknęła się z idealnej pułapki. Plan był genialny, więc jakim sposobem uciekła?
– Złaź stamtąd, kretynie! – krzyknął na niego Kanda. – Wieje!
Jednak w uliczkach miasta nie mieli już szczęścia. Ani razu jej nie dogonili, tylko migała im gdzieś z daleka aż w końcu zniknęła całkiem. Nieważne, jak bardzo się starali, kobieta w czerni stała się nieosiągalna. Mogli mieć tylko nadzieję, że nie uciekła jeszcze z miasta. Inaczej nigdy jej nie znajdą.

Zatrzymała się i oparła o ścianę budynku. Wystarczająco daleko uciekła, tu jej już nie znajdą. Na razie była bezpieczna, ale to nie wystarczy. Nie przestaną szukać, skoro sądzą, że jest użytkowniczką innocence i zabrała kolejne. Odpuszczanie nie wchodzi w grę.
Tylko czy naprawdę musi to wszystko zachować w sekrecie? Trochę kusiło ją, żeby skończyć tę farsę i się ujawnić. Kiedy Tiedoll kazał jej „umrzeć”, groziła jej prawdziwa śmierć z ręki Leverriera. Była bliska szaleństwa, zrozpaczona, nie potrafiła okiełznać swych mocy. „Śmierć” i Liga Cieni były możliwością zmiany. Możliwością podjęcia wyboru. Nie żałowała, że dała się przekonać Arte do życia i dalszej walki. Teraz rozumiała o wiele więcej, dorosła i trochę inaczej patrzyła na świat dookoła i samą siebie. Owszem, bycie w połowie Noah nie jest czymś, czym mogła się szczycić, ale nauczyła się akceptować tę stronę siebie i wykorzystywać ją do lepszych rzeczy niż sianie zniszczenia. Mogła tworzyć, chronić, poczuła nadzieję. Owszem, nadal nie miała jej zbyt wiele, ale teraz potrafiła znaleźć własną ścieżkę i podążać nią z pewnością.
Liga nigdy nie zabroniła jej powrotu do Czarnego Zakonu. Chciała czy nie, jej żywot był związany z wojną z Milenijnym. Była Aniołem Lucyfera. Noah posługującym się innocence. Buntowniczką. Któregoś dnia to się o nią upomni i będzie musiała wrócić i zrobić swoje. Jednak teraz mogła samodzielnie wybrać ten dzień. Już się nie obawiała, nikt nie miał nad nią władzy.
Tęskniła za tymi ludźmi. Pokochała ich, stworzyli jej dom, pozwolili znów poczuć ciepło. Znów pokochała, śmiała się szczerze, zasypiała, nie czuwając przez całą noc. Odnalazła to, czego tak długo szukała. Może nie do końca spełniły się jej oczekiwania, ale ponowne posiadanie rodziny było czymś, czego nie chciała zaprzepaścić. Owszem, to nie był dobry czas i wielu rzeczy nie potrafiła docenić. Była zbyt przerażona i zaszczuta. Perspektywa spotkania z Leverrierem nadal nie zachwycała. Nie byłby zadowolony, gdyby usłyszał, gdzie była przez ostatnie dwa lata. Prawdopodobnie próbowałby oskarżyć ją o zdradę, do tego dokumenty ze szkatuły świadczyłyby przeciwko niej. Czy byłaby w stanie się temu przeciwstawić? Nie miała pewności. Wciąż nie chciała brać na siebie odpowiedzialności za to wszystko. Żyła z dnia na dzień, z misji na misję. Nie myślała o tym, co będzie za kilka dni czy tygodni. Za bardzo się tego obawiała. Nadal popełniała te same błędy. Jak dziecko chciała mieć swoje miejsce na ziemi, a kiedy tak było, trzymała się go kurczowo, nie chcąc niczego dalej. Nic więcej się nie liczyło. Odrzucała wszystko, co mogłoby zniszczyć ten idealny plan aż do momentu, gdy nie miała wyboru. Aż do chwili, gdy musiałaby odejść.
Teraz nie potrafiła sobie wyobrazić powrotu do Czarnego Zakonu. Prędzej wyruszyłaby na poszukiwanie Noah, żeby ich zniszczyć. W ten sposób też pomogłaby egzorcystom. Nie myślała o tym, co miałoby się z nią stać, gdy skończyłaby to zadanie. Aż tak daleko w przyszłość nie wybiegała.
Było jeszcze jedno przeciwko. Nadal nie znalazła sposobu na Czternastego. To, co miała, to tylko szczątkowe informacje i pomysły. Wątpiła, żeby w Zakonie mogła spokojnie skończyć badania, a inaczej nie mogła pomóc Allenowi. Jak miałaby się bez rozwiązania pokazać mu na oczy? Tak jakby nic się nie zmieniło.
– Idiotka ze mnie – westchnęła pod nosem.
Odrzuciła od siebie rozmyślania o powrocie do Zakonu. Teraz było to niemożliwe. Nie czuła się na to gotowa. Musiała mieć absolutną pewność, że to ten moment. A może po prostu znów uciekała przed odpowiedzialnością. Jak tchórz.
Znalazła niewielki, nierzucający się w oczy pensjonat, w którym skorzystała z telefonu. Musiała złożyć raport z sytuacji, w jakiej się znalazła. Nie wiedziała też, co z kamieniem, który znalazła w kryjówce demona. Cały czas czuła jego niepokojącą aurę i coraz bardziej utwierdzała się, że nie może oddać go egzorcystom. Spowodowałby zbyt dużo szkód.
Rozmowa trwała dość długo. Szczegółowo opisała kamień, ale Rada Starszych nie miała pewności co do jego pochodzenia. Musiała z nim wrócić do Berlina, ale wcześniej upewnić się, że egzorcyści ją zgubią. Teraz tym bardziej nie mogła im zdradzić swojej tożsamości. Mogliby chcieć mimo wszystko zabrać klejnot do Zakonu, żeby go zbadać. Nie wolno było ich narażać na coś, z czym zwykle nie mają do czynienia.
W pensjonacie spędziła jeszcze godzinę. W wynajętym pokoju doprowadziła się do porządku po nocnych wydarzeniach. Gonitwa ją wyczerpała, złamane żebro przypominało o sobie, ale nie czas na odpoczynek. Najpierw musi się wydostać ze Stuttgartu bez ogona.
Stacja była dużo bardziej gwarna niż poprzedniego dnia. Podróżni tłoczyli się w poczekalni i na peronach. W takim tłumie łatwo było się schować, ale też czegoś nie zauważyć. Vivian pozostawała czujna, gdy podeszła do zawiadowcy zapytać o kurs najbliższego pociągu.
– Przykro mi, ale w tej chwili jest to niemożliwe – odparł mężczyzna z niezadowoloną miną. – Poza Stuttgartem w nocy napadało mnóstwo śniegu. Tory są zasypane i zanim zostaną uporządkowane, minie kilka godzin.
– Czyli w najbliższym czasie nici z podróży – westchnęła. – Dziękuję za informację.
To była zła wiadomość. Oznaczała, że utknęła w Stuttgarcie z bandą egzorcystów na karku. Oni byli w dużo lepszej sytuacji, bo w każdej chwili mogli użyć Arki. Ona nie, jeśli nie chciała się zdradzić. Gdyby to zrobiła, postawiłaby cały Zakon na nogi, jednocześnie wykopując własny grób. Wtedy z pewnością mieliby podstawy sądzić, że z jej śmiercią było coś nie tak i nie mogłaby już tak spokojnie wykonywać swoich obowiązków w Lidze.
Przez chwilę zastanawiała się, co powinna zrobić. Teoretycznie mogła wynająć gdzieś pokój i przeczekać, aż kolej ponownie ruszy. Pewnie by tak zrobiła, gdyby nie egzorcyści. Dostrzegła ich już na dworcu. Prawdopodobnie już wiedzą, że pociągi są zatrzymane, więc ona musi zostać w mieście. Rozdzielą się i będą szukać również po hotelach, pensjonatach i gospodach. Nie odpocznie, nasłuchując przez cały czas, czy nie idą. Poza tym ten klejnot zaczął jej ciążyć w kieszeni. Wolała się go jak najszybciej pozbyć, a nie zrobi tego, dopóki nie dotrze do Berlina. W ten sposób koło się zamyka i jedyny wybór to wydostanie się z miasta innym sposobem.
Wybrała dość nieprzyjemny lokal na śniadanie. Jeść też musiała, a wyglądało na to, że czeka ją długa podróż w zimnie. Wybrała kąt, który pozwalał jej obserwować całą salę i wejście. Wątpiła, żeby egzorcyści tak szybko tu dotarli i długo zabawili. Gospoda była pełna typów spod ciemnej gwiazdy, nikt nie chciał mieć z nimi do czynienia, bo jedno krzywe spojrzenie mogło wywołać awanturę. To było dobre rozwiązanie, ale tylko na krótką metę. Sama też nie chciała kłopotów.
– Gospodarzu, gdzie tu kupię konia? – zapytała, gdy mężczyzna stawiał przed nią naczynia.
– Przy stacji jest kilka takich miejsc. Jednak nie radzę ruszać się z miasta, skoro pociągi nie jeżdżą. Trakty z pewnością są w jeszcze gorszym stanie.
– Wyobrażam sobie. Dziękuję za radę.
Nie miała wyjścia. Jeszcze dziś musiała opuścić Stuttgart. Liczyła na dobrą pogodę albo chociaż taką, która pozwoliłaby jej wydostać się z miasta i dotrzeć do kolejnego ludzkiego osiedla bez towarzystwa egzorcystów. Może i trochę igrała z własnym życiem, lecz to nie był pierwszy raz. Jakoś z tego wyjdzie. Musi.
Unikanie egzorcystów stało się łatwiejsze wśród marginesu społecznego. Katanę ukryła pod ubraniem. Tym razem miecz jej wyjątkowo przeszkadzał. Za bardzo zwracał uwagę na jej postać, a przecież nie mogła go porzucić. Już prędzej odrąbałaby sobie rękę albo nogę. Ironia, zwykle Czarna Róża sprawiała, że ludzie uważali na nią i nie próbowali atakować, teraz mogła ściągnąć na nią kłopoty.
Przygotowanie podróży poszło dość gładko. Klacz była dobrze odżywiona i gotowa do drogi, nawet chyba zadowolona z przygody, która ją czeka. Przynajmniej ze zwierzęciem nie będzie musiała walczyć, choć to może się zmienić w każdej chwili. Trasę też wyznaczyła dość szybko. Pomimo świeżego śniegu nie powinna się zgubić po drodze. Wszystko zaczęło się układać.
Przynajmniej do momentu, gdy na jej drodze pojawili się Lavi i Kanda. Dostrzegli ją. Usłyszała, jak krzyczą, żeby się zatrzymała, ale nie miała takiego zamiaru. Ścisnęła boki klaczy kolanami, poganiając ją do szybszego biegu. Na szczęście droga była pusta, więc mogła sobie na to pozwolić.
– Zatrzymaj się!
Odwróciła głowę i z niezadowoleniem spostrzegła, że Lavi użył swojego młota, żeby ją dogonić. Zaklęła pod nosem niezadowolona. Jeszcze chwila i będzie miała go na karku. „Niedoczekanie twoje” – warknęła w myślach i skręciła w pierwszą napotkaną uliczkę. Lavi nie mógł sobie na to pozwolić, choć nie wątpiła, że lada moment znów będzie miała ich na ogonie.
Kluczyła uliczkami, żeby utrudnić im pościg. Przynajmniej z ziemi, bo obawiała się, że użyją innocence lub innego sposobu, aby namierzyć ją z góry. Na to nic nie mogła poradzić. Zacisnęła zęby i skupiła się na tym, by wydostać się z miasta.
Początkowo było to łatwe, ale gdy na drodze pojawiły się warstwy coraz mniej udeptanego śniegu, musiała trochę zwolnić. Nie chciała, aby klacz się poślizgnęła i coś sobie zrobiła. Owszem, tak traciła przewagę, ale egzorcyści też w końcu trafią na przeszkodę w postaci śniegu. Nie zawsze mogą wykorzystywać swoje umiejętności do ratowania sytuacji.
Po jakiś dwóch godzinach zwolniła do stępa, chcąc, aby klacz złapała trochę oddechu. Droga była pusta i zaśnieżona, słyszała jedynie zwierzęta, więc pogoń była daleko za nią. Mogła odetchnąć i odprężyć się chwilowo.
Pod wpływem impulsu wyciągnęła z kieszeni zielony klejnot. Nadal spowijała go delikatna, jasnozielona poświata, przez co wyglądał jak innocence. Odczucie jednak było całkiem inne. Niepokojące i mroczne. W środku musiało być coś złego. Klątwa? Jakiś zaklęty demon? Nie wiedziała. Nie znała się na takich kamieniach. Nie miała pewności, czy obłożenie go aksamitem i włożenie do kieszeni jest bezpieczne. Musiała przekazać klejnot bardziej kompetentnym osobom, które mogły stwierdzić jego przeznaczenie.
Usłyszała ich. Nie miała wątpliwości, że to oni, choć jeszcze nie mogła ich zobaczyć. Schowała klejnot i pogoniła klacz, przeklinając upartość i krótkowzroczność egzorcystów. Że też musieli pomylić świecidełko z innocence, a ją wyznaczyć sobie na drugi cel. Była nieostrożna w czasie walki i proszę, takie są tego efekty.
Mieli lepsze tempo, może nawet użyli Arki, żeby nadrobić drogi. Faktem jednak było, że zaczynali się zbliżać. Jedno spojrzenie wystarczyło, by określić, że bez walki się nie obejdzie. Skoro słowa nie poskutkowały, a ona jest świadoma swej mocy, innocence pójdzie w ruch. Dopiero gdy zagonią ją w kozi róg, zaczną znów rozmawiać. Do tego jednak nie dojdzie. Nie pozwoli na to.
To ewidentnie nie był dzień Vivian. Klacz się potknęła, po czym obie wylądowały w śniegu. Zwierzę wydało z siebie bolesne rżenie i się nie podniosło. Powód był prosty – złamana noga. Dla klaczy to był koniec. Dla Vivian zresztą też, bo pieszo im nie ucieknie, choćby bardzo chciała. Mimo to próbowała. To trochę okrutne, ale zostawiła męczącą się klacz i ruszyła pomiędzy najbliższe drzewa, próbując naprędce stworzyć jakąś taktykę.
– Poczekaj! Nie chcemy zrobić ci krzywdy! – krzyknęła Lenalee.
Z pomocą inkantacji Vivian wytworzyła niewielką zadymkę śnieżką, oddzielając nią siebie od egzorcystów. Każdy sposób, by ich opóźnić, był dobry.
Usłyszała go tuż za sobą i odskoczyła w najbliższą zaspę. Gdy się podniosła, stał już na własnych nogach z mieczem w dłoni. Nie zachęcał swoją postawą do uwierzenia, że nie mają złych zamiarów. Z nich wszystkich był najgroźniejszym przeciwnikiem, więc nie dziwiła się, że dorwał ją pierwszy. Poprawiła kaptur, ukrywając twarz w większym cieniu, i sięgnęła po Czarną Różę. Wbije mu do głowy, żeby się odwalił.
Uśmiechnęła się kpiąco, gdy stal zgrzytnęła o stal. Walka w śniegu była ciężka, ale wciąż możliwa. Wymieniali się ciosami, nie szczędząc przy tym siły.
– Kanda, przestań! – krzyknęła Lenalee.
– Inaczej znowu zwieje – warknął Japończyk. – Potem będziesz jej tłumaczyć sytuację.
Vivian prychnęła z rozbawieniem. Już chwilę wcześniej zrozumiała jego taktykę. Powstrzymała się jednak przed komentarzem, bez tego było to ryzykowne. Mimo to dobrze się bawiła, znów krzyżując z nim miecz.
Zablokowała cios i podcięła mu lewą nogę. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Wycofał ostrze, żeby zaatakować pod innym kątem. Na to też nie pozwoliła, blokując Mugen Czarną Różą. Kaptur zupełnie jej nie przeszkadzał wbrew temu, co Kanda początkowo pomyślał. Wymierzył kopniaka, trafił jednak jedynie kolano. Syknęła z bólu i odskoczyła, rozłączając miecze. Pozwoliła mu zaatakować i wywinęła się spod ostrza, uderzając go w brzuch tępą stroną katany. Na niego było to jednak za mało i ledwo wyratowała się przed cięciem.
Zgrzytnął zębami. Nie rozumiał jej. Chwilami była znajoma, po czym całkiem obca. I jeszcze ten lekceważący stosunek do walki. Jakby oznajmiała mu, że go nie zabije, jeśli tylko odpuści. Co za kłopotliwa kobieta.
Cofnęła się przed Mugenem. Zahaczył jedynie o płaszcz, rozcinając go na wysokości brzucha. W zamian dostał kopniaka w bok, musiał podeprzeć się dłonią, żeby całkiem nie upaść. Zamachnął się trochę na odlew na jej nogi, ale w tej chwili coś odrzuciło go od postaci w czerni. Uderzył o ziemię, w ustach poczuł śnieg, a Mugen wyślizgnął mu się z palców.
Vivian była tym równie zaskoczona co egzorcyści. W pewnej chwili poczuła pojawienie się jakiejś siły. Potem poszło już szybko, wszystko wydarzyło się w ciągu ułamków sekundy.
Tuż przed nią wyrosła półprzezroczysta postać, owiał ją zapach spalenizny i poczuła ból. Gdy spojrzała w dół, zobaczyła rękę zanurzoną we własnym ciele. Krew podeszła jej do gardła, splunęła nią, zaś postać zaczęła nabierać kształtów.
Egzorcyści patrzyli na to w przerażeniu. Kanda podniósł się, ale ta sama siła znów posłała go na ziemię, żeby nie przeszkadzał.
– Niczego już nie zmienisz – usłyszeli. – Dziękuję, że mnie uwolniłaś. I za twoje życie, którym się nakarmię.
Demon wyrwał rękę z ciała Vivian, materializując się coraz bardziej. Walker zaś upadła na śnieg, barwiąc go na czerwono. Wiedziała, karmił się nią. Jej życie zostało zamienione w egzystencję demona.
– Uciekajcie… – wyszeptała w ostatnim odruchu.
Wiedziała, że nie dadzą mu rady.
– Już za późno – usłyszała tuż przed utratą przytomności. – Nimi też się pożywię. Nie ochronisz ich.

One thought on “The record shows that you dead, but you’re still living Every time you have died you have been given Another chance to fix your bad attitude And make it move, it’s up to you

  1. AnastiaWalker pisze:

    Przeczuwam kłopoty dla naszej Vivian i to duże. Mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze się to zakończy :# weny życzę!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s