Arasoi wa mada tsuzukun darou dono michi ima ga taisetsu na no sa gamushara ni natte miotoshite kita mono tatoeba dare ka no yasashii hohoemi mo

Widziała to po raz kolejny. Wspomnienia z czasów tak odległych, że nikt ich już nie pamięta, a ostatnie zapisy zostały utracone bądź zniekształcone. Czasami wydawało się, że to jej pamięć, jej przeszłość. Czuła, mówiła, robiła. Łatwo było się zatracić, dać się pochłonąć temu, co już było. Odrzucić teraźniejszość.
Znów nieświadoma weszła do sali, gdzie czekała już reszta Noah. Wtedy nie wiedziała, dlaczego tak nagle Adam kazał im się zebrać. Nawet jej, choć zwykle pobłażliwie pozwalano, by żyła wśród ludzi, jak chciała. Była najmłodsza i kochana, chyba bardziej maskotka niż ich siostra. Niewinna w swej diabelskiej postaci.
Usiadła na swoim miejscu naprzeciw Adama. Po jego twarzy błąkał się uśmiech, z każdą chwilą stawał się coraz bardziej upiorny.
– Czekaliśmy na ciebie, Aniele Zniszczenia.
Niepewność i dezorientacja wypełniły jej umysł. O czym on mówi? Jakie Zniszczenie?
– Moim atrybutem jest Zemsta – odparła z tą niepewnością.
– Nie, twoim prawdziwym przeznaczeniem jest zniszczenie tej marnej cywilizacji ludzi.
Strach, zwierzęce wręcz przerażenie. To wszystko było kłamstwem? Całe jej życie? Egzystencja jako Noah? Dlaczego?
– Nie! – wrzasnęła.
Nie mogła się na to zgodzić. Musiała ich powstrzymać. Pokochała ludzi, byli ciekawi i chciała poznać ich jeszcze bliżej. To się nie stanie, jeśli pozwoli ich zniszczyć.
– Nic już na to nie poradzisz. Trzy Dni Ciemności właśnie się zaczynają!
Śpiewna inkantacja powstrzymała ją przed zerwaniem się z miejsca. Dotąd nie śniła nawet o takiej mocy, ogłuszyła ją do tego stopnia, że się w niej zatraciła. Pozwoliła jej wypłynąć, pochłonąć cały świat. Doskonałe dzieło zniszczenia, piekło na ziemi.
Dopiero impuls w postaci wspomnienia tych pięknych, czarnych oczu ją przebudził. Ludzkich oczu. Musiała temu zapobiec. Przecież coś da się jeszcze zrobić. Musi powstrzymać to szaleństwo. Adam nie może wygrać.
Przerwała krąg, w którym siedzieli pozostali Noah. Nie zostanie tu ani chwili dłużej.
– Nie pozwolę na to! To się nie wydarzy!
– Uciekaj, jak najdalej potrafisz, byś mogła wrócić z podkulonym ogonem – usłyszała Noah Snu.
Tak ją pożegnali. Śmiechem i drwiną. Niegdyś tak bliscy jej, teraz wrogowie. Sądzili, że nie może nic zrobić. Mała, naiwna Nia. Zabaweczka w rękach Adama. Całkowicie bezsilna. Mała buntowniczka.
Czas się cofnął. Było jeszcze trochę czasu, lecz perspektywa się zmieniła. Widziała Nię w oknie jednego z budynków. Ukrywała się za zasłoną, ale na coś ciekawie patrzyła. Poczuła pogardę wobec niej. Wobec samej siebie. Kolejne diabelskie ścierwo, które ośmieliło się zejść pomiędzy ludzi i czynić im zło.
Wraz z dalszą obserwacją odczucia się zmieniły. Ta była inna. Wyglądało na to, że ludzie ją ciekawią. Spędzała całe dnie na obserwacji zwyczajnej pracy, uśmiechała się łagodnie do dzieci, nigdy nikogo nie skrzywdziła. Czy to była jakaś maska? A jednak nie czuło się od niej kłamstwa. Jedynie ciekawość. To stworzyło fascynację.
I ten rumieniec na jej twarzy, gdy na niego wpadła. Ten krótki kontakt fizyczny coś zmienił. Wyczuł potężną pieczęć w jej ciele i to, co kryła. Powinien ją powstrzymać.
Dookoła szalało zniszczenie. Wiedział, kto jest tego przyczyną. Stała wśród tego i płakała. Krzyczała, błagając o pomoc. Nie rozumiał, czemu miałaby otrzymać łaskę, drugą szansę. To ona wszystko zniszczyła, a teraz użala się nad sobą. Co Wszechmocny w niej zobaczył?
– Czemu nasz wróg pragnie ratunku dla tego świata, który niszczył swą mocą? – zapytał.
Chyba się go przestraszyła. I dobrze, nadal czuł wobec niej pogardę.
– Ludzie są słabi, ale to nie znaczy, że mają zginąć. Po co Bóg pozwolił im żyć, skoro teraz Earl i pozostali ich zniszczą? Nic kocha ich?
– Czemu tego pragniesz?
To go nurtowało. Nie rozumiał, jak ktoś taki narodził się wśród Noah. To było praktycznie niemożliwe, a jednak się zdarzyło. Niesamowite.
– Bo ich kocham. Chcę z nimi żyć bez uważania na to, co mówię i robię. Chcę poznać to, co było przede mną ukryte. Chcę być inna.
– Władca Wszechświata przysyła mnie, aby ci to dać.
Podał jej srebrny sześcian. Może był niepozorny, ale miał w sobie wielką moc. Wyczuwał ją nawet teraz, gdy nie była aktywna.
– To kpina? – uniosła się gniewem.
– Wzbij się w powietrze, rozbij go i podaruj ludziom broń, dzięki której mogą walczyć i wygrać. Poprowadź ich do zwycięstwa, Aniele Lucyfera, i zmyj swe grzechy – powtórzył instrukcję.
Zrobiła to. Tak po prostu mu zaufała. Jak niewinne dziecko albo kompletna desperatka. Jednak może właśnie to sprawiło, że Kostka odpowiedziała. Z fascynacją obserwował, jak sto osiem kawałków tańczy w powietrzu dookoła niej, a jeden, ten najjaśniejszy, spoczywa w jej dłoniach. Znów widział ją jak tę osóbkę tak bardzo zafascynowaną światem dookoła. Pogarda zniknęła.
– Odnajdźcie właściwych ludzi i stwórzcie im broń – usłyszał jej szept. – Niech powstaną Rycerze Niewinności, Egzorcyści prawego serca zdolni pokonać zło, Armia Nieba przeciw rodzinie zła i zniszczenia, Klanowi Noah.
Gdy poszczególne części Kostki pomknęły na poszukiwanie właściwych osób, Nia wylądowała obok niego i wyciągnęła w jego stronę Serce.
– Pomóż mi, proszę.
– To nie moja wojna.
– Wiem, kim jesteś. Noah mówili o tobie, żeś najstraszniejszym wrogiem złego. Byłeś jednak na ziemi tyle czasu. Obserwowałeś mnie, pozwoliłeś poznać ludzi od ich lepszej strony. Zmieniłeś mnie.
Tego się nie spodziewał.
– Rozpoznałaś mnie? – zapytał zdziwiony.
– Gdy dziś przemówiłeś. Weź ten odłamek i poprowadź ludzi do zwycięstwa. Proszę, wiem, że potrafisz.
– A ty co będziesz robić?
– Zajmę się Noah – odparła z pewnością siebie.
– Nie dasz im rady. Są od ciebie starsi, bardziej doświadczeni i silniejsi.
– Nie martw się o to. Lucyfer powiedział mi kiedyś, że tylko dwoje Noah dorównuje mi potęgą: Road i Adam. Zrobię wszystko, by to zakończyć. Poprowadź ludzi, proszę.
– Dobrze. Pomogę ci, skoro o to prosisz. Nie lekceważ jednak swej rodziny. Są źli do szpiku kości i zabiją cię bez skrupułów jako zdrajcę.
– Będę uważać. Pośpieszmy się.
Wiedział, co ją czeka, jeśli samotnie ruszy przeciwko Klanowi Noah. To będzie kolejna bezsensowna śmierć. Nie chciał tego szczególnie dla niej. Poczuł wobec tej kobiety coś, co ludzie nazywali miłością. Bał się o nią i pragnął zatrzymać ją przy sobie. Tak, by była bezpieczna. Nie mógł jednak. Oboje mieli coś, co należało zrobić. Pozostało mu jedynie modlić się o jej bezpieczeństwo.
To nic nie dało. Mógł tylko obserwować, jak ginie w straszliwych męczarniach. Poczuł gniew, rozpacz i chęć zemsty. To ona rozpaliła go do walki z Adamem. Nic się nie liczyło oprócz tego, co zrobił Nii. Chciał zniszczyć Milenijnego, a gdy to zrobił, pozostała jedynie rozpacz nad miłością, której nigdy nie otrzymał.
Dziwnie było na to wszystko patrzeć oczami Niszczyciela Czasu. Nie znała zbyt dobrze tej części historii, jej pamięć sięgała tylko do bolesnej śmierci z ręki Milenijnego. Nia nie miała pojęcia, że jej fascynacja była odwzajemniona. Nie zdążyła mu tego wyznać, a potem nie zważała na to. Liczył się tylko cel, nic więcej. Zignorowała troskę, pozostawiła obietnicę, której nie zamierzała spełniać, odesłała go z dala od siebie. Nie liczyła się z tym, co mógł czuć wobec niej. Ślepa niczego nie zauważyła. A może po prostu nie chciała, by się nie wycofać. Wątpliwości mogłyby ją opóźnić, odciągnąć od zadania, które sobie postawiła.
– Może i tak było – usłyszała.
Spojrzała na Niszczyciela Czasu, który siedział po jedną z jabłoni. To znów był sad, w którym zawsze się spotykali. Sen o dalekiej przeszłości już odszedł. Pozostawił po sobie smutek, obawy i pytania, na które nigdy nie otrzymają odpowiedzi.
– Dlaczego mi to pokazałeś? – zapytała.
– Wspomnienia są bardziej wiarygodne od słów.
– Je też można przekłamać – zauważyła.
– Sądzisz, że są przekłamane? – uśmiechnął się lekko.
Vivian podeszła do drzewa, pod którym siedział, zerwała soczyste jabłko i wgryzła się w nie. Wspomnienia wydawały się szczere. Prawdziwe w swych smutnych konsekwencjach. Już wcześniej znała je z przekazów ukrytych w szkatule i rozmów z Niszczycielem Czasu. Tę dwójkę spotkało coś, czego nikomu nie życzyła.
Ona odstawała od swoich, on był zmęczony istnieniem i obserwacją niezmieniającego się świata. Połączyło ich coś, co nie mogło się udać. Wydawało się śmieszne. Stali po przeciwnych stronach barykady i nie powinni się nigdy spotkać. Jednak los przewrotnie skrzyżował ich drogi. Gdyby wierzyła w Boga, sądziłaby, że to on dostrzegł w Nii wahanie i postawił przed nią Pierwszego Archanioła, by ją zmienił i dał światu szansę na przetrwanie. Jeśli wierzyć tym, co mówią, wiedział, co się wydarzy, więc musiał być okrutny, nie miłosierny.
– Nadal jesteś sceptyczna – zaśmiał się.
– Nie czytaj mi w myślach – rzuciła w niego ogryzkiem.
– Wybacz, ale trochę mnie to bawi. Masz dowody przed nosem, a wciąż wątpisz.
– Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek to istota wątpiąca – odparła. – Poza tym nie po drodze mi z taką filozofią życia. Czułabym się jak hipokrytka.
– Kiedy zbyt często patrzysz w mrok, nie potrafisz już spojrzeć na świat inaczej. Wy, którzy macie za sobą setki bitew, obraz krwi wyryty w pamięci, oddalacie się od tego, co powinno was prowadzić.
– Najwyraźniej nie lubimy hipokryzji – prychnęła, siadając obok niego. – Mogłeś ją powstrzymać, wiesz? Nie przyjąć Serca i wymusić na niej, żeby to ona stała się przewodnikiem Egzorcystów.
– Sądzisz, że to by coś zmieniło?
– Nie wiem, ale nawet nie spróbowałeś jej powstrzymać.
– Czułem, że tak trzeba – odparł poważnie. – Nie można szargać cudzej dumy z własnych, egocentrycznych pobudek.
– Zawsze to słyszę. Pozwolić samotnie stanąć do boju, choć wiesz, że to oznacza śmierć.
– Nadal cię to boli – stwierdził.
– Prawdopodobnie będzie bolało już zawsze – odparła. – Nie potrafię się z tym pogodzić. Dawniej zrobiłabym to samo. Gnałabym na złamanie karku, nie zważając na nic, nawet na czyjś delikatny uśmiech. Teraz nie potrafię. Chyba za bardzo się boję stracić to, co mam.
– Nie, po prostu zaczęłaś to doceniać. W przeciwieństwie do Nii miałaś czas, aby zrozumieć własne uczucia i zaakceptować to, co sprawia, że chcesz żyć.
Jego głos przepełniony był smutkiem. W ich czasie został sam z rozpaczą. Musiał z tym żyć. Egzorcyści zginęli co do jednego, a świat czekała kolejna apokalipsa. Może ludzie o tym nie pamiętali, ale to nie znaczyło, że pewnego dnia Earl i pozostałych dwunastu Noah nie wróci, by znów wszystko stanęło w ogniu zniszczenia. Ten czas nadchodził. Vivian miała przejąć misję Nii, choć nie wiedziała, czy sobie poradzi. Czy w ogóle będzie miała na to szansę?
Wspomnienia ostatnich godzin powróciły do niej. Odnalezienie dziwnego kryształu, ucieczka przed egzorcystami i pojawienie się demona, który wykorzystał jej życie do odbudowy swego ciała. Umierała, a może już umarła. Z pewnością nie zostało jej wiele czasu. Gdyby wiedziała, że tak się stanie, byłaby bardziej uważna. Może należało zostać w Stuttgarcie? Teraz to już nie miało znaczenia. Była niemal trupem.
– Najzabawniejsze jest to, że gadam, jak to bardzo chcę chronić swoich bliskich, a właśnie zdycham jak ten porzucony kundel w kałuży własnej krwi – uśmiechnęła się ironicznie.
Niszczyciel wplótł palce w jej włosy. Oboje nie mieli władzy nad tym, co działo się poza sadem. Mogli tylko czekać i spędzić czas, zastanawiając się nad tym wszystkim.
– Zawsze sądziłam, że kiedy będę umierać, stanę obok swojego stygnącego ciała i będę obserwować, co się dzieje, aż do momentu, gdy przylezie czort i zaciągnie mnie do piekieł – zaśmiała się gorzko.
– Nie mówiłaś. Mógłbym to załatwić.
Spojrzała na niego jak na idiotę. Naprawdę doceniała, że jest teraz z nią, choć nigdy by się do tego głośno nie przyznała. Samotne dryfowanie gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią ją przerażało, a to miejsce przynosiło spokój. Już się niczego nie obawiała, nic nie było takie ważne jak ta chwila.
– A może by tak zostać tutaj na zawsze? – zastanawiała się głośno. – Czy to nie lepsze od ciągłych prób walki, porażek i niepewności? Czasami wątpię, żebym kiedykolwiek zwyciężyła, więc po co to wszystko? Może lepiej zostać tutaj i pozwolić życiu trwać beze mnie?
Niszczyciel Czasu zaśmiał się krótko. Nie słyszał w jej głosie przekonania lub słuszności tego, co mówi. To były po prostu luźne rozważania, próba oszukania się, że jest inna, lepsza droga niż ta, którą wciąż idzie jej serce. Wszystko to podyktowane strachem przed przebudzeniem. Demon mógł urosnąć w siłę na tyle, by stać się poważnym zagrożeniem dla egzorcystów. Bała się, że zobaczy swoich bliskich martwych. To żyło głębiej, niż mogła się spodziewać. Kiedy już kogoś pokochała, chciała tę osobę chronić, choć mogło to tak nie wyglądać na pierwszy rzut oka. Wielokrotnie już traciła ważnych dla siebie ludzi. Nie chciała tracić kolejnych. To mogłoby sprawić, że oszaleje.
– Nie powinnaś okłamywać samej siebie – odparł. – Oboje wiemy, że się nie poddajesz. Masz duszę wojowniczki. Cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek byłoby to ciężkie, ile by od ciebie nie wymagało, będziesz walczyć do końca. Do ostatniej kropli krwi.
Uśmiechnęła się. Znał jej serce. Nie mogła temu zaprzeczyć, że próbowałaby wstać i ochronić egzorcystów, choćby miało się to dla niej źle skończyć. W takich chwilach nie myślała o własnym bezpieczeństwie. Chyba mimo wszystko była hipokrytką. Chciała chronić tych, przed którymi uciekała, żeby nie zmusili jej do powrotu do Czarnego Zakonu.
– Myślisz, że dobrze zrobiłam? – zapytała. – Może powinnam wrócić do egzorcystów?
Wcześniej odrzuciła te wątpliwości. Teraz jednak wróciły i nie wiedziała, co powinna z tym zrobić. Zakon i Liga – dwie odmienne drogi, choć z podobnym celem. W teorii powinna być tam, gdzie wszyscy egzorcyści – tak stanowiło prawo. Miało to skupić ich siły w jednym punkcie i przynajmniej trochę ochronić przed przeciwnikiem. Nauczyć korzystać z mocy, którą otrzymali. Musieli pamiętać, że dopóki nie ustalą, które innocence jest Sercem, śmierć każdego z nich może oznaczać porażkę dla wszystkich. Stąd te zasady.
– Jeśli nie czujesz, że to ten moment, nie wracaj – odparł.
– Szczerze mówiąc, jest dobrze tak, jak jest. Powrót do Zakonu oznacza kłopoty dla mnie i dla Ligi, a nie chcę ich. Może jestem tchórzem.
– Nie jesteś tchórzem, lecz kluczowym graczem. Aniołem Lucyfera. Możesz wszystko.
– Ciągle to powtarzasz.
– Bo tak jest. Jeśli nie chcesz wracać do egzorcystów, to tego nie rób.
– Nie ucieknę przed tą wojną – westchnęła.
– I wcale nie musisz. Sama zdecydujesz o swoich dalszych krokach. Nie zmuszaj się do niczego. To tylko pogorszy sprawę.
Zaśmiała się nieco ironicznie i położyła z głową na jego kolanach. Od kilku chwil czuła się jakaś senna. Nie chciała się jednak zastanawiać, czy to właśnie nadchodzi śmierć. Wolała nie wiedzieć.
– Nie powinieneś mnie przypadkiem namawiać do tego, aby to wszystko zakończyć? – zapytała.
– Powinienem. Chyba.
– Więc czemu tego nie robisz? Znowu wolna wola?
– Nie, tym razem mój egoizm. Nie chcę, abyś zginęła jak Nia. Pragnę dla ciebie lepszego losu, choć nic nie mogę zrobić. Mój czas przeminął i nie mam wpływu na to, co się wydarzy.
– Nie wiesz, jak będzie. Może dzisiaj umrę?
– Może. Mam jednak pewność, że jedna ze ścieżek poprowadzi cię śladami Nii. Adam wie, że cię nie przekona. On nie wybacza.
– Wiem. Znam jego okrucieństwo. Jednak niczego jeszcze nie postanowiłam.
Bez tego była buntowniczką sprzeciwiającą się woli Klanu Noah. Chciała trzymać się od nich z daleka, lecz na to nie pozwolili. Wciąż czuła ich oddechy na karku, choć nie widziała ich od dwóch lat. Wiedziała: albo oni, albo ona. Innego wyboru nie było.
– Aniele, pamiętaj o swych bliskich. Nie idziesz sama tą ścieżką, więc ich nie odtrącaj, gdy podejmiesz decyzję.
– Nie do końca rozumiem.
– Kiedyś zrozumiesz.
Zamknęła oczy, wzdychając.
– Czasami naprawdę gadasz od rzeczy – stwierdziła.
– Taki już mój urok.
– Za jakie grzechy…
Niszczyciel zaśmiał się krótko. Wiedział, że ta wskazówka do niej wróci, kiedy nadejdzie na to czas. Tu nie było mowy o przypadku. Kiedyś ona też to zobaczy.
– Śpij, mój aniele – wyszeptał. – Odpoczywaj, maleńka.
Wymruczała coś niezrozumiale i usnęła, pozwalając, aby strzegł jej snów. Wiedział, że niewiele czasu już im zostało. Dostrzegł to kiełkujące ziarenko decyzji w jej sercu. Nie mógł jej powstrzymać. To już nie w jego rękach.

One thought on “Arasoi wa mada tsuzukun darou dono michi ima ga taisetsu na no sa gamushara ni natte miotoshite kita mono tatoeba dare ka no yasashii hohoemi mo

  1. prz_ pisze:

    Ciekawe zwolnienie akcji. Podobnież ciekawe było jej nagłe przyspieszenie. Podobno dobra powieść charakteryzuje się tym, że nigdy nie wiadomo, co się dalej zdarzy. No, to w takim razie mamy tutaj bardzo dobrą powieść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s