Yuitsu zettai no sonzai Dakedo atsukai wa itsumo zonzai Inochi wo kakete tatakau ageku ni Seotta kizu wo iyasu hitomo nai

Porażka bolała zawsze. Nieważne, czego dotyczyła. Oznaczała bowiem zawód i przegraną. Gdy chodziło o małą rzecz, łatwiej było się podnieść i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie udało się dziś, uda jutro. Błahostki łatwo się odrzucało. Zapominało się o nich w ferworze dnia codziennego, spychało w kąt świadomości i zajmowano się ważniejszymi sprawami.
Gorzej, kiedy porażka dotyczyła spraw ważnych. Wtedy mogła mieć kluczowe znaczenie dla tego, kto jej doświadczył. Porażka w bitwie mogła przynieść przegraną w wojnie i śmierć. Potem pozostawała tylko rozpacz i myśl, że można było coś zrobić lepiej. Czasami przesądzała o całym życiu, niszczyła wszystko, na czym nam zależało i odbierała to, co najcenniejsze.
Ta porażka była szczególnie bolesna. Chociaż nikt nie zginął, egzorcyści ponieśli dość dotkliwe straty. Wszyscy wrócili ranni i tylko to udało im się przynieść ze Stuttgartu. Rany zadane przez demona, który rozrzucił ich niczym szmaciane lalki. Nie mieli z nim żadnych szans, choć pokonywali już wielu groźnych przeciwników. Wciąż jednak istnieli wrogowie, którzy przewyższali ich siłą wielokrotnie. Którzy mogli ich zabić bez wysiłku. Było to przerażające i przygnębiające. Tylko cudem przetrwali, choć dla tych obcych w czarnych szatach był to jedynie skutek uboczny. W końcu nawet się nimi nie zainteresowali. Zabrali swą towarzyszkę i odjechali.
W najgorszym stanie był Allen przebity własnym innocence. Obawiano się, czy to nie przyśpieszy przebudzenia Czternastego. Przez dłuższy czas nie było realnego zagrożenia. Praktycznie zapomnieli, że to nadal może się wydarzyć. Allen zachowywał się normalnie, nie wykazywał żadnych zmian, więc przestano tak bardzo zwracać na to uwagę. Teraz sytuacja mogła się obrócić. Innocence mogło uderzyć w Czternastego, sprowokować go do jakiś działań, a to mogłoby się skończyć źle dla młodego Walkera.
Kanda jak zwykle wracał do zdrowia szybko dzięki swoim zdolnościom regeneracyjnym i tylko czekał na nieuwagę pracowników Sanatorium, by się wymknąć do siebie. Nieważne, ile razy powtarzano mu, że ma zostać, robił to samo. Nikt nie dziwił się temu, że chce odpoczywać w ciszy swojej kwatery, ale jego również dotyczyły zasady. Nie mogli robić ustępstw dla jednej osoby, bo coś mu nie pasowało.
Lavi i Link uniknęli najgorszych obrażeń, choć rudzielec będzie miał przez jakiś problem z mówieniem i przełykaniem. Blondyn zaś miał złamane dwa żebra, co nie wykluczało go ze służby. Zresztą w chwili obecnej i tak nie miał wiele do roboty, skoro Allen był nieprzytomny.
Lenalee spisała szczegółowy raport, po czym wraz z Linkiem opowiedziała wszystko Komuiemu. Była niespokojna i trochę obwiniała się, że pozwoliła odejść tamtym w czerni. Nadal była przekonana, że ta kobieta była egzorcystką, więc powinna wrócić z nimi do Czarnego Zakonu. Przecież to mogło się źle skończyć, jeśli innocence zacznie się buntować. Na samą myśl o kolejnym upadłym Lenalee czuła dreszcze strachu na karku. Nie zdołała jej i tych mężczyzn uświadomić o konsekwencjach takiego zachowania. To takie lekkomyślne, a ona nie mogła nic więcej zrobić. Wszystko poszło nie tak. Może gdyby nie ten demon, wszystko poszłoby inaczej. Co prawda działanie Kandy mogło wiele utrudnić, ale gdyby przestała uciekać, mogliby ją przekonać do dołączenia do nich. A nawet nie trafiła z argumentami do jej towarzyszy. Ta misja była kompletną porażką.
Komui słuchał tego z uwagą. Początkowo był dość zaskoczony rozwojem wydarzeń, ale z czasem domyślał się odpowiedzi na kolejne pytania. Przynajmniej część z nich, bo najważniejszego nawet nie podejrzewał. Nie mógł tego wiedzieć, bo i skąd? Nie było podpowiedzi co do tożsamości tajemniczej kobiety. Nawet Kanda, który się z nią starł, nie widział jej twarzy. Nie miał też pomysłu, kim mogła być. Zresztą Japończyk niewiele chciał na ten temat powiedzieć. Wydawał się zamyślony i zaniepokojony.
– Jesteś pewna, że ta czarna katana była innocence? – zapytał Komui.
– Tak, zniszczyła nią akumy, które mnie otoczyły.
– Hmm… Zwykła stal powinna się rozpaść – zastanowił się Kierownik. – Jednak bazując na tym, co jeszcze potrafiła, to wcale nie musiało być innocence. W czasie walki można się łatwo pomylić.
– To na pewno było innocence – uparła się Lenalee.
Przecież gdyby były inne sposoby na walkę z akumami, Zakon dawno by je odkrył i wykorzystywał. To usprawniłoby ich pracę, pozwoliłoby niszczyć więcej akum w tym samym czasie i uratować więcej żyć. Czy ktoś mógłby znaleźć to rozwiązanie przed nimi?
– Ciężko uwierzyć, że innocence znowu pojawiło się w mieczu – stwierdził Link. – To byłby trzeci raz.
– Jeden należący do Kandy, drugi Squalo i ten kolejny? Chociaż innocence można przekuć w niemal każdą broń – zamyślił się Komui. – Dobrze by było mieć na tyle wiarygodny dowód, byśmy mieli pewność.
– Nie umiemy go wyczuwać – przypomniał Link.
Lenalee zastanowiła się. Do tej pory była przekonana, że mają do czynienia z egzorcystką. Wszystko przecież pasowało do tego schematu. Niezwykłe było tylko to, że była świadoma tego, kim była, kim byli oni i sytuacji. Zwykle ludzie nie wiedzą nic o innocence, dopóki nie pojawiają się u nich egzorcyści. Nie rozumieją fenomenów, które wokół nich powstają, przypisując je innym przyczynom.
– Teraz jak o tym myślę, to chyba nie mam pełnej pewności – przyznała. – Przepraszam, braciszku.
– W porządku – uśmiechnął się Komui. – Tyle się wydarzyło, że możesz być zdezorientowana.
– Czyli nie będziemy jej szukać? – zapytała.
– Myślę, że uczuli się poszukiwaczy na ten przypadek. Jeśli to rzeczywiście było innocence, prędzej czy później i tak na nie trafimy.
Było w tym wiele racji. Nie mieli żadnych wskazówek dotyczących aktualnego miejsca pobytu tej kobiety, a nie mogli rzucić na to wszystkich swych sił. Egzorcystów nadal było niewielu, a w tym samym czasie mogli być potrzebni w wielu miejscach. Nie wolno im zaniedbywać innych obowiązków, choć to nadal było niepokojące. Na niektóre rzeczy jednak nie mieli wpływu.
– Odpocznij, Lenalee. I nie nadwyrężaj tej nogi – dodał łagodnie.
– Dobrze.
Lenalee wyszła, wspierając się na kuli, która odciążała skręconą nogę. To i tak było nic w porównaniu z obrażeniami, jakich doznali pozostali. Dlatego mogła opuścić Sanatorium i złożyć raport.
W przeciwieństwie do niej Linkowi było nieśpieszno. Wiedział też więcej od kobiety na temat ich celu z zawalonej misji. Jednak rozmawianie przy egzorcystach na ten temat było ryzykowne i przede wszystkim zakazane. Młodzi nie wiedzieli o tym i tak miało pozostać.
– To na pewno byli ludzie Ligi Cieni – powiedział cicho Link.
– Masz absolutną pewność?
– Bazując na tym, co wiemy, tak. Ta kobieta była dobrze wyszkolona. Jej czarny strój i prawdopodobnie niechęć do Czarnego Zakonu… Wszystko się zgadza.
Komui pokiwał głową. Podejrzewał to jeszcze, kiedy wysyłał Allena i Laviego jako wsparcie. Jako dowódca miał jakieś pojęcie o Lidze Cieni. Wiedział, czym się zajmują, o wspólnej historii z Zakonem i o tym, że teraz Centralna Administracja traktuje Cieni jak wrogów. Nie znał powodu rozłamu sojuszu, nie dopuszczono go do tej informacji i nie pytał. Do tej pory nie było mu to potrzebne nawet, kiedy zaczęli pojawiać się w pobliżu Vivian. Nie widział w nich zagrożenia, a Walker nie zdawała się zainteresowana ich ofertą. Znając uprzedzenie Leverriera wobec Ligi, wolał zignorować tę sprawę, pokazując, że problemu nie ma.
– Ten miecz mógł być innocence?
– Wyglądał jak normalna katana – odparł Link. – Nie widziałem, jak zabija nim akumy. Niepokoi cię to.
– Zastanawiam się, czy Liga może mieć własnych egzorcystów. Minęło trzynaście lat, odkąd Zakon i Liga przestały ze sobą współpracować. Nie mamy gwarancji, że nadal odstępują nam egzorcystów.
– Inspektor Leverrier nie będzie zachwycony, gdy się o tym wszystkim dowie – zauważył Link.
– Byleby nie próbował polować na tych ludzi. Nie są naszymi wrogami.
– Z tego, co powiedziała Lenalee, wynika, że wiedzieli o Arce i dlatego zostawili nas na polu bitwy. Muszą mieć wiedzę na nasz temat. Albo nas obserwują albo mają w Zakonie szpiegów.
– Tego nie wiemy, a niepotrzebna nam kolejna wojna. Równie dobrze mogli wymyśleć jakąś broń przeciwko akumom.
Nie był przekonany do tej teorii. Do tej pory nie mieli wielu zgłoszeń, kiedy akumy samoistnie znikały, a mogliby podejrzewać czyjeś działanie. Liga chyba nie była zainteresowana ich obowiązkami. Poza tym Zakon od wieków prócz szukania innocence i egzorcystów stara się znaleźć inny sposób do efektywnej walki z przeciwnikiem. Talizmany mogły jedynie czasowo zatrzymać akumę, do jej zniszczenia potrzeba było czegoś więcej, a tego nie udało im się odkryć. Posiadanie syntetycznego innocence zwiększyłoby ich możliwości i usprawniłoby pracę.
– W tej sprawie jest wiele niewiadomych. Zbyt wiele.
– Coś cię trapi? – zapytał Komui.
– Zachowanie tej kobiety. Ani razu się nie odezwała, a na pewno byłaby w stanie wyjaśnić nam, że się mylimy.
– Mogę jedynie przypuszczać, że mogła być niema albo mieć jakiś powód.
– Ukrycie swojej tożsamości?
– Może. Tego się raczej nie dowiemy, a wszczynanie alarmu z takiego powodu byłoby trochę bezsensowne. Gdybyśmy chociaż mieli więcej przesłanek…
Obaj obawiali się o rozwój wydarzeń, kiedy raport pójdzie dalej. Liga Cieni, kobieta, która prawdopodobnie była użytkowniczką innocence – nie wyglądało to dobrze. Leverrier tego nie zignoruje, a Komui nie chciał rozpalana na nowo konfliktu z Cieniami.
– Co proponujesz? – zapytał Link.
– Nie wiemy nawet, czy ona przeżyła. Jej towarzysze zabrali ciało.
– Jeśli uznamy ją za trupa, będzie mniejsze ryzyko, że ktoś zacznie grzebać w tej sprawie. Jeśli zaś ktoś się dowie, że ta informacja została przemilczana, będziesz mieć kłopoty. Oficjalnie Zakon nie współpracuje z Ligą Cieni.
– Wiem o tym, ale nie chcę mieć na sumieniu ofiar jakiegoś bzdurnego konfliktu. Tak czy inaczej Cienie uratowali wam życie i to doceniam. Robienie im kłopotów będzie bardzo niewdzięczne.
– Rób, co uważasz. To i tak nie moja sprawa.
– Dziękuję, Link. Wróć już do Allena. Nie chcę, żeby ktoś ci coś zarzucił.
Blondyn uśmiechnął się pod nosem. Nadal niezmienne pozostawał pod jurysdykcją Leverriera, ale otoczenie Walkera go zaakceptowało i już nie traktowali z taką ostrożnością jak dawniej. On sam też ich bardziej poznał i wiedział, czego się spodziewać, choć to nie zmieniało jego obiektywizmu wobec powierzonego mu zadania.
Chwilę później Komui został sam z feralnym raportem. Musiał go zmienić tak, by nikt nie miał wątpliwości. Mimo wszystko sprawa go martwiła. Wiele rzeczy działo się za jego plecami, przez co nie znał wszystkich szczegółów. A niby był dowódcą. Na wiele nie miał wpływu. Generałowie mieli swoje sprawy, do których go nie dopuszczali. Leverrier robił swoje, nic nikomu nie mówiąc wcześniej niż to absolutnie konieczne. Czasami wydawało się, że każdy ciągnął w swoją stronę, choć byli sojusznikami. W tej całej rozgrywce najmniej znaczyli egzorcyści, choć to od nich zależał wynik tej wojny.
Sam nie był lepszy. Wiedział o tym i nie odwracał się od tego, by nie wyjść na hipokrytę. Grał w tę polityczną grę tylko po to, aby uchronić Lenalee i pozostałych egzorcystów. Tylko tyle mógł dla nich zrobić. Kto inny o nich zadba? Codziennie narażali życia, mogli nie wrócić, a góra traktowała ich jedynie jak narzędzia potrzebne do wygrania walki z Milenijnym. Zapominali, że to nadal ludzie, w większości dzieciaki, które musiały zbyt szybko dorosnąć. Mieli uczucia, lęki, słabości. Chcieli żyć jak inni, ale poczucie obowiązku im na to nie pozwalało. Mieli walczyć z akumami, Klanem Noah i Milenijnym Earlem. Niczego więcej świat od nich nie chciał i niczego nie dawał w zamian. Jeśli ktoś nie zadba o ich interesy, staną się jedynie mięsem armatnim.
Komui był gotowy na poświęcenie siebie dla egzorcystów. Dla Lenalee zawędrował tak wysoko w hierarchii Zakonu, by być obok niej i zmyć samotność z jej serca. Stworzył jej dom, a potem także pozostałym. Zasługiwali na to. Bronił ich, kiedy było to konieczne, choć mogły mu za to grozić poważne konsekwencje. Pamiętał, ile razy zasłaniał sobą Vivian, gdy znów coś nabroiła. Egzorcyści nie musieli o tym wiedzieć. Nie robił tego nawet, by usłyszeć „dziękuję” z ich ust. Wystarczającym podziękowaniem była ich akceptacja tego miejsca jako domu, w którym mogli odpocząć i się rozluźnić. To mówiło więcej niż słowa. Był tu dla nich i zamierzał być do samego końca. Póki mu starczy sił.
Nadal nie mógł zmusić się do pracy, gdy do gabinetu zajrzał generał Tiedoll. Komui był tym nieco zaskoczony, bo starszy egzorcysta do niedawna był w kolejnej ze swych podróży i dość długo się nie odzywał.
– Ciężki dzień? – zagaił Tiedoll.
– Wiele dni jest ostatnio ciężkich – przyznał Komui.
Opowiedział mężczyźnie o ostatniej misji, mając nadzieję, że generał rozwieje jego wątpliwości. W końcu wiedział o wiele więcej o Lidze Cieni niż on.
– Widzę, że było to dość ciężkie zadanie. Dobrze, że wrócili cali do domu.
– Owszem. Tylko zastanawiam się, czy to rzeczywiście była egzorcystka.
– Takiej pewności mieć nie możemy.
– Dawniej Liga Cieni przekazywała nam informacje o kolejnych egzorcystach, prawda?
– Owszem. Kiedyś nasza współpraca była bardzo bliska. Liga wspierała Czarny Zakon, nie wtrącając się w nasze walki przeciwko akumom. W końcu sami też mają wiele własnych obowiązków, którymi należy się zająć.
– Możliwe jest, by teraz mieli własnych egzorcystów?
Tiedoll zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią. Jednak zanim coś powiedział, Komui zadał kolejne pytanie:
– Co się wtedy wydarzyło? Nikt nie udzielił mi tej informacji.
Generał westchnął. Te wspomnienia były bardzo bolesne dla bezpośrednio zaangażowanych w całą tę historię. Nie było to sprawiedliwe, a rozkazy z góry jasno określały sytuację – Liga przestała być sprzymierzeńcem, a stała się niepożądana. Zakaz mówienia o niej dotyczył wszystkich bez wyjątków, więc również kontakty musiały zostać zerwane.
– Ta wiedza nie jest ci potrzebna, Komui – odparł Tiedoll. – Lepiej, żebyś nie wiedział i skupił się na swoich obowiązkach wobec egzorcystów.
– Generale…
– Nie, Komui. Nie pytaj o to więcej. Leverrierowi wystarczy sama wiadomość o kontakcie młodych egzorcystów z Ligą. Lepiej nie dostarczać im problemów, które ich nie dotyczą.
– Rozumiem.
– Co zaś tyczy się możliwych egzorcystów w Lidze, Lenalee mogła się pomylić. Pamiętaj, że akumy są dla Cieni demonami, dość specyficznymi, ale nadal demonami. Nie zdziwiłbym się, gdyby znaleźli na nie sposób. Z wieloma problemami już sobie radzili, więc i tu nie widzę przeszkód. Może wcale nie muszą używać innocence do walki z akumami.
– Jeśli tak jest, to się może nie spodobać Allenowi – zamyślił się Komui.
– Prawdopodobnie.
Dusze zamienione w akumy były uwalniane tylko z pomocą innocence. W innym przypadku zostawały zniszczone. Młody Walker posiadający zdolność ich widzenia poprzysiągł sobie, że będzie uwalniać te dusze. Nawet z istnieniem Trzecich Egzorcystów długo nie mógł się pogodzić. A teraz jeszcze to. Może lepiej mu o tym nie wspominać.
– Powinniśmy skontaktować się z Ligą? – zapytał Komui. – Na pewno mogliby rozwiać te wątpliwości.
– Nawet gdybyśmy chcieli, jest to niemożliwe. Odkąd Cienie wyprowadziły się z Paryża, nie wiemy, gdzie mają siedzibę. Nawet członkowie Centralnej Administracji stracili z nimi kontakt. Poza tym to nie jest potrzebne.
– Nie jest potrzebne?
– Nie. Gwarantuję ci, że jeśli wśród Cieni są jacyś egzorcyści, krzywda im się nie dzieje. Zaś Liga sama się z nami skontaktuje, jeśli będą tego chcieli.
– Czyli to w porządku tak to zostawić?
– Tak. Nie ma potrzeby przyśpieszać czegokolwiek. Musimy skupić się na swoich obowiązkach.
Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas o podróży Tiedolla. Nie miał tym razem szczęścia. Nie znalazł ani nowego innocence ani użytkownika, który zdołałby połączyć się z kryształami, które generał miał przy sobie. Było tak już od jakiegoś czasu, co trochę zaczęło niepokoić. Wiele fragmentów oryginalnej Kostki nie zostało jeszcze odnalezionych, a oni nadal nie wiedzieli, które innocence jest Sercem. Jeśli go nie znajdą, będą żyć w jeszcze większym strachu o każdy kolejny dzień. Trudno też było uznać jakieś powody takiej sytuacji. Pozostawały im domysły.
Tiedoll miał niemal całkowitą pewność, że Cieniem, którego spotkali Kanda i Lenalee, była Vivian. Czarna katana go nie zmyliła. Wiedział, jaką broń sprawił jej Christian Katsumoto, gdy ukończyła szkolenie ninja. Najwyraźniej połączyła ostrze ze swoim innocence, by ochronić siebie i egzorcystów przed akumami. Przypadek sprawił, że ich drogi się przecięły, ale Vivian nie zdecydowała się ujawnić swojej tożsamości. Nie winił jej za to. Sam ją przecież pchnął do Ligi, by była bezpieczna. Najwyraźniej radziła sobie dobrze do tej pory. To go cieszyło. Teraz tylko do niej należała decyzja, czy powrócić do Czarnego Zakonu, bo ta wojna na pewno się o nią upomni. Pewnego dnia nie będzie miała wyboru. Jednak wierzył, że do tego czasu stanie się na tyle silna, by nie dać się stłamsić. Możliwe, że była jedną z tych, którzy mogli ich ocalić. To jednak przyszłość, na którą nie mieli wpływu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s