Lubię słuchać Ciebie, wiesz, przy winie i przy ciastkach. Kiedy jesteśmy tylko my

Pięć zmysłów: wzrok, słuch, węch, smak i dotyk. Człowiek używa wszystkich w większym bądź mniejszym stopniu, o ile nie są trwale uszkodzone. U każdego jeden z nich jest bardziej wyczulony, lecz w zdecydowanej większości największą rolę odgrywa wzrok. To dzięki niemu można dostrzec przeszkody, niebezpieczeństwo, ruch i mimikę drugiej osoby. Pokazuje nam świat ze wszystkimi jego kształtami i kolorami. Gdy zaczyna słabnąć, stajemy się nieporadni i wymagamy pomocy kogoś innego. Pojawia się też frustracja, że przecież wcześniej to było takie proste.
Cienie trenowały na równi wszystkie swoje zmysły. Byli przygotowani na każdą ewentualność, gdyż ich przeciwnik był sprytny i podstępny. Wykorzystywał każdą najmniejszą szansę, a to stanowiło o życiu bądź śmierci. Dlatego Cienie wyostrzały swe zmysły do granic możliwości. W większości byli ludźmi, więc robili tyle, ile ludzie mogą zrobić, ale też posiłkowali się różnymi sposobami, które zacierały chwilowo te granice. Jednak zawsze pamiętali, że pozostają ludźmi niezależnie od sytuacji.
Vivian dzięki krwi Noah miała dużo bardziej wyostrzone zmysły. Nie umykał jej żaden szczegół, choć czasami bodźców było zbyt wiele i wyłowienie tego najbardziej interesującego sprawiało trudność. Jednak nauczyła się zwracać największą uwagę na to, co stanowiło jej cel, ale przy okazji nie wyłączać się na otoczenie. Inaczej mogłaby marnie skończyć.
W tej chwili czarna opaska blokowała dostęp do zmysłu wzroku. Pozostałe wyostrzyły się jeszcze bardziej niż normalnie, więc nie potrzebowała oczu. Doskonale wyczuwała otoczenie, choć musiała walczyć z chęcią sięgnięcia do pamięci. Wiedziała bowiem, że przeszkody zostały przestawione, a niektóre nadal zmieniały swoje położenie, aby w chwili nieuwagi zwalić ją z nóg.
Gdzieś tu czaił się przeciwnik również pozbawiony możliwości korzystania ze wzroku. Odkąd odskoczyli od siebie po ostatnim starciu, nieustannie krążył po całym pomieszczeniu. Wykorzystywał skrzypanie ruchomych przeszkód, by ukryć odgłos swoich kroków i oddechu. Żaden inny dźwięk nie padł z jego strony przez kolejne minuty.
Była już zmęczona. Od ponad dwunastu godzin pojedynkowali się i nadal nie było jednoznacznego zwycięzcy. Szala przechylała się raz w jedną, raz w drugą stronę, a oni po równo zbierali razy i parowali ataki. Oboje musieli wznieść się ponad swoje umiejętności, by zwyciężyć.
Usłyszała go sekundę przed tym, jak spadł na nią cios. Tyle wystarczyło, by uniosła drewniany miecz do odparcia ataku. Nie przewidziała jednak, że to pułapka. Silny kopniak w tylną stronę kolana sprawił, że na ułamek sekundy straciła równowagę, a kawałek drewna na linach uderzył ją w brzuch, pozbawiając oddechu. Upadła kilka metrów dalej, gwałtownie łapiąc powietrze w płuca. Usłyszała jednak nacierającego przeciwnika i świst strzały wyrzuconej ze ściany. Odturlała się, chcąc wciągnąć go pod ostrzał. Uniknął tego na styk, pozwalając sobie na westchnienie ulgi.
Wstała, ale nie ruszyła do ataku. Cofnęła się, wyczuwając kolejne przeszkody. Na jej usta wpłynął złośliwy uśmiech, gdy plan w jej głowie nabrał kształtów.
– Wiem, co chcesz zrobić – usłyszała.
– Tch.
W mgnieniu oka znalazła się tuż przed nim i zaatakowała zajadle. Miała dość pułapek i zabawy w chowanego, stanowczo bardziej wolała bezpośrednią walkę. Chciała też zakończyć pojedynek i przypieczętować wygraną.
Wymieniali się ciosami. Góra, dół, bok, obrona, atak. Zwarli się, szczerząc do siebie zęby, czego oczywiście nie widzieli. Vivian szarpnęła bokken do góry, o mały włos nie trafiając go w nos. Kopnęła w kolano przeciwnika, jednocześnie wykorzystując je do odbicia się. Zrobiła niepełne salto w tył, nogami wytrąciła jego miecz z trajektorii. Własny podrzuciła, by mieć wolne ręce. Wiedziała, że ten manewr jest ryzykowny, ale podjęła się go. Odbiła się mocno na rękach, wracając do poprzedniej pozycji. Pewnie chwyciła powracającą rękojeść i uderzyła z góry.
Już go nie było. Mocny cios w plecy powalił ją na ziemię. Wiedziała, przesunął się pod nią gotowy do kontrataku. „Nieźle” – przeszło jej przez myśl. Mimo bólu odwróciła się na wznak i nogą zablokowała cios. Drugą dosięgła jego brzucha, wydzierając z niego stęknięcie. Nie zdążyła się jednak podnieść, nim zadał cios łukiem i trafił ją w prawy nadgarstek. Puściła broń z bokkenem przystawionym do gardła.
– Trup – usłyszała.
– Chyba osłabłam po ostatnim – stwierdziła, ściągając opaskę.
Arte odrzucił miecz, szczerząc kły. Mimo zmęczenia czuł się świetnie. Tylko fartem ograł Vivian, dała mu porządnie w kość. Przez to też rozluźnił się zbyt wcześnie i dostał w głowę ruchomą przeszkodą.
– Cholera – warknął.
Walker wybuchła śmiechem. Widziała już wcześniej, co się szykuje, ale nie zamierzała mu mówić.
– Orient, głupi wampirze.
– Ty mała…
Rzucił się na nią i zaczął łaskotać. Vivian nie mogła się od niego uwolnić. Dławiła się śmiechem, próbując go od siebie oderwać. Dopiero kopniak w podbrzusze odrzucił Arte na tyle, by mogła złapać oddech.
Leżeli obok siebie wykończeni walką, ale usatysfakcjonowani. Nie mogli powstrzymać uśmiechu, który wpełzł na ich twarze i nie zamierzał zbyt szybko zniknąć.
– Kąpiel i spać? – zapytał Arte.
– Napiłabym się wina – stwierdziła.
– Nie chce mi się iść do Kruka.
– Roger na pewno ma jakąś niepotrzebną mu butelkę – wyszczerzyła zęby. – I ciastko na pewno też.
Arte roześmiał się w głos, uznając, że są nienormalni. Po tylu godzinach walki powinni paść na twarze i spać przez kolejne czternaście godzin, a woleli wino i ciastka. Jakby mało było im atrakcji tego dnia.
– Najpierw kąpiel – uznał. – Nie wpuszczę cię brudnej do łóżka.
– Pff. Myślisz, że się będę prosić.
– Przypominam, że to moje łóżko.
– Co z tego? – wzruszyła ramionami. – Przecież uwielbiasz ze mną spać.
– Normalnie nie mogę ci się oprzeć, moja panno.
– Durny, stary wampir – prychnęła.
– Tylko nie stary – zaperzył się. – Jestem w kwiecie wieku.
– Raczej wieków – zakpiła.
– Odezwała się ta, co ma jeszcze mleko pod nosem – prychnął.
– Jeszcze jestem młoda i piękna – zaśmiała się.
– Jeszcze przez chwilę – ostrzegł. – Czas cię dopadnie, maleńka.
– Zapewne tego nie dożyję – odparła swobodnie. – Pójdę przodem.
Wstała i opuściła „plac zabaw”, jak tę salę zawsze nazywały Cienie. Arte westchnął. Nagle cały dobry humor ich opuścił, a przecież nie chciał powiedzieć niczego złego. Chyba powinien pomyśleć, zanim zacznie mówić o takich kwestiach, skoro Vivian tak do tego podchodzi. Niby nie robiła mu wyrzutów, ale czuł wyraźnie zmianę w jej nastroju. Dla niej to nie był temat do żartów.
Rada ostrzegała go, że dni Anioła Lucyfera zostały policzone, nim jeszcze Vivian się urodziła. To było coś, na co nikt nie miał wpływu. Był na to gotowy. Chyba. Żył już bardzo długo, więc widział, jak ludzie rodzą się, dojrzewają, starzeją się i umierają. Wszystkich dookoła niego to dotyczyło. To był powód jego oddalenia się od ludzi. Wiedział, że jeśli z kimś się zaprzyjaźni, będzie świadkiem umierania tej osoby. Ludzie są śmiertelni, bo na tym polega człowieczeństwo. Pogodził się z tym, prawda?
A jednak dopuścił do siebie ostatnią osobę, którą powinien. Anioła Lucyfera. Od początku wiedział, że ta przyjaźń ma określony czas. Mogli odwlekać dzień jej powrotu na pole bitwy pomiędzy egzorcystami a Milenijnym Earlem, ale to się stanie. Za miesiąc, za rok, nieważne. Ten dzień nadejdzie i prawdopodobnie zakończy jej życie. Oboje to przeczuwali. Nie mogli tego zmienić. Pozostało im jedynie wykorzystać czas, który pozostał.
Czekała w jego pokoju ubrana jedynie w białą koszulę. Powolnymi ruchami rozczesywała wilgotne po kąpieli włosy. Niemal całkowicie jej odrosły po tym, jak je ścięła dwa lata wcześniej. Sięgały prawie do pasa i nadal były gęste i mocne. Błyszczały zdrowiem, będąc jej najpiękniejszą ozdobą.
W tej chwili nie wyglądała jak wojowniczka i decydujący gracz, ale jak zwyczajna dziewczyna. Młoda kobieta jakich wiele na świecie. Miała swoje marzenia, może plany, słabości i lęki. Chciała kochać i być kochaną. Nic więcej. Ludźmi kierowały proste pragnienia, a ona była jednym z nich. Krucha, delikatna, ulotna. Wystarczyłby jeden cios, by zatrzymać jej serce i zatrzymać życie. Tak łatwo byłoby ją zniszczyć.
– Mam coś na twarzy? – zapytała.
– Nie. Czemu?
– Bo się na mnie gapisz, jakbyś widział mnie pierwszy raz w życiu.
– Vivian, na placu zabaw…
– Daruj – weszła mu w słowo. – To teraz nieważne. Daj to wino, bo uschnę.
Po chwili oboje delektowali się trunkiem, zagryzając proste, pszenne ciasteczka, które Roger piekł jako zagryzkę pomiędzy posiłkami głównie dla swoich podwładnych. Arte dostał do nich powidła, żeby były słodsze, skoro Vivian zażyczyła sobie słodkiego.
– Będziesz tęsknić, co? – zapytała.
– Kiedy?
– Gdy wrócę do Zakonu.
– Wybierasz się tam?
– Jeszcze nie zdecydowałam, ale wiem, że mnie to nie ominie. To spotkanie w Stuttgarcie mi to uświadomiło. Egzorcyści są w pobliżu, a jeśli nie oni, to poszukiwacze. W końcu wpadną na mój trop i zacznie się prawdziwy pościg. Im dłużej będę uciekać, tym bardziej oni będą przekonani, że mam powód i ich zdradziłam, a to może skończyć się tragicznie.
– Więc chcesz tam wrócić?
– I tak, i nie. Nie wiem. Po prostu jestem związana z innocence, więc i z Zakonem. Ten świat mnie wzywa. Nie ucieknę przed tym.
Wyłożyła się wygodnie na łóżku wampira, nogi opierając o ścianę. Oczy utkwiła w czerwieni wina jakby nieobecna.
– Gadam głupoty – uznała.
– Lubię słuchać, gdy gadasz głupoty – odparł.
– Bądź poważny, Arte – fuknęła.
– Jestem. Od Stuttgartu minęło już trochę czasu, a ty nadal o tym myślisz. Trochę mnie to martwi, bo wiesz, chciałbym powiedzieć ci: „Olej ich. Teraz masz nas. Tu cię nikt nie skrzywdzi”.
– Czemu mi tego nie powiesz?
– Bo wiem, gdzie należy twoje serce. Od początku wiedziałem, że pewnego dnia odejdziesz i nigdy nie wrócisz. Nie mam pojęcia, czy jestem na to gotowy, ale muszę to zaakceptować. Taka jesteś i nie potrafię cię zmienić.
– Zmieniłeś mnie – przyznała. – Nigdy wcześniej nie otworzyłam się tak na drugą osobę. Nawet na Kandę. Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
– I jedynym – zauważył.
Zaśmiała się.
– Tak, jedynym w swoim rodzaju. Dziękuję ci za to, ale tak szybko się mnie nie pozbędziesz.
– Nie zamierzam. Jestem egoistą i dopóki nie będę musiał, to cię nie puszczę do Zakonu. Niech dobie Kanda usycha z tęsknoty – zażartował.
– Jakoś nie sądzę, żeby za mną płakał – wzruszyła ramionami.
– Ja będę.
– Głupi jesteś i tyle.
Rano czekała ich dość szybka i niespodziewana pobudka. Nie tylko zresztą ich. Niemal wszyscy Łowcy Demonów i Mroczni Zabójcy zostali wezwani na zebranie z Radą. To oznaczało tylko jedno – przygotowania do zlikwidowania Purpurowych Tygrysów zostały zakończone.
Jesienią całkiem przypadkiem trafiła na nich Vivian w czasie swojej misji. Szykowali coś dużego i pochwycili ją, używając do tego najętego od alchemika Garspare’a półdemona. Egzorcystka wykorzystała głód wiedzy alchemika i uzyskała od niego zarówno informacje, jak i wolność. To wiele znaczyło i dało Lidze kolejne punkty zaczepienia w tej sprawie.
Teraz nastał czas działania. Już od jakiegoś czasu mówiło się o tym w jadalni bądź łaźni, ale dotąd były to raczej posłyszane strzępki lub opowieści o misjach związanych z sektą. Żadne oficjalne informacje, a Rada Starszych nie podejmowała wiążących decyzji.
– Z pewnością domyślacie się powodu tego wezwania – odezwała się Minerwa, gdy wszyscy zamilkli. – Purpurowe Tygrysy. Tak nazywają siebie ludzie, którzy próbują otworzyć ścieżkę ośmiu demonom spętanym przez Pierwszego Archanioła. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Naszym zadaniem jest ich powstrzymać, zanim skończą przygotowania. Niestety są oni sprytniejsi niż wcześniejsze grupy i przez dłuższy czas nie mogliśmy ich namierzyć. Działają oni w niewielkich grupkach liczących najwyżej pięć lub sześć osób. Są też rozsiani na większym terenie. Granice ich wpływów na zachodzie kończą się w Monachium, zaś na wschodzie w Wilnie. Zostaniecie podzieleni na zespoły dwu i trzyosobowe, kilka osób dostanie indywidualne rozkazy. Niestety nie mamy tylu ludzi, by móc rozdzielić pracę inaczej.
– Nie lepiej wciągnąć w to Łowców Czarownic i Wampirów? – padło pytanie.
– Łowcy Czarownic mają swoje zadanie do wykonania – odpowiedział Sigrue. – Zaś dla Łowców Wampirów lepiej będzie nadal zajmować się ich dziedziną.
– Należy też zostawić sobie rezerwy w razie niepowodzenia – dodała Minerwa. – Musicie być ostrożni. Wiedzą o naszym istnieniu i mogą być świadomi naszego zainteresowania ich działalnością. To stwarza dodatkowe ryzyko. Może dojść do walki. Jest to nawet więcej niż prawdopodobne.
Nikt nie miał co do tego wątpliwości. Jeśli wróg wiedział o ich istnieniu, z pewnością był gotowy do walki. Tym bardziej sytuacja wyglądała na niebezpieczną. To nie było coś, co Liga Cieni robiła codziennie. Musieli być cały czas gotowi na nieoczekiwane.
– Zdajemy sobie sprawę, że czas dojazdu do tych miejsc jest różny, a komunikacja może być utrudniona, dlatego została ustalona data ataku. Wszystkie grupy mają zostać wtedy zlikwidowane. Nie mamy pewności, czy nie ma jeszcze jakiś punktów, ostrzeżenie zaś pozostałych grup byłoby klęską tej misji, więc proszę, abyście wszyscy trzymali się planu. Chyba że sytuacja będzie wyjątkowa i zagrażająca waszemu życiu.
– Pamiętajcie, od tej misji mogą zależeć losy nas wszystkich i świata – zagrzmiał Aschled. – Jeśli ośmiu powróci na ziemię, zniszczą wszystko. Wątpliwe, żebyśmy ich powstrzymali z naszą siłą. Dlatego musimy nie dopuścić do ich ucieczki z dna piekieł.
Wszyscy dostali dokumenty swoich misji. Wiedzieli, znali ryzyko, więc nikt nie pozwolił sobie na żarty. Należało do tego podejść poważnie, ale też bez dodatkowych nerwów. Co prawda słowa Aschleda wywołały obawy, skoro sprawy tak wyglądały, lecz Cienie wiedziały, jak działać, by do tego nie dopuścić. To był sens ich istnienia. Owszem, wiele razy musieli stawać do walki i wykonywać wyroki, gdy już doszło do tragedii. Nie byli jednak wszechwiedzący i nie potrafili być w wielu miejscach jednocześnie. Chcieli czy nie, mieli ludzkie ograniczenia. To nigdy nie była równa walka, ale wciąż robili tyle, ile mogli, a czasami nawet więcej.
Odprawa się skończyła. Pierwsze Cienie już ruszyły do swoich celów. Reszta zaś rozeszła przygotować się do wyjazdu. Wszystko miało zostać zsynchronizowane w czasie tak, aby żaden szczur nie uciekł z pułapki i nie powiadomił pozostałych.
Vivian zeszła do jadalni, podczytując przekazane dokumenty. Do wyjazdu miała trzy godziny. Jej celem były okolice Monachium, gdy ukrywała się niewielka grupka Purpurowych Tygrysów. Towarzyszyć miał jej Chang, z czego się cieszyła. Dotąd dobrze dogadywała się z Chińczykiem, choć nadal nie wiedziała, na czym bazuje jego styl walki. Do tej pory współpracowali tylko raz, ale wtedy nie widziała niczego, gdyż jej rolą było granie przynęty. Teraz będzie miała okazję stanąć do walki u jego boku. Nie martwiła się o to, bo mu ufała.
Ciekawiło ją co innego. Nie znała historii o ośmiu demonach, więc będzie musiała kogoś o nią dopytać. Jednak tytuł Pierwszego Archanioła, którego użyła pani Minerwa, nie był jej obcy. Był znajomy i wprawiał jej serce w niespokojny rytm. Nie wiedziała dlaczego.
W końcu zrozumiała. To było pierwsze miano Niszczyciela Czasu. Pierwszy Archanioł, ten, który zatrzasnął bramy piekielne, ograniczając ruchy Lucyfera. Ten, którego pokochała Czternasta Noah, Anioł Zemsty i Zniszczenia, ulubienica samego Pana Ciemności, Anioł Lucyfera. Ten sam, który nawiedzał ją w snach i irytował całym swoim jestestwem.
O tych spotkaniach wiedziało dosłownie parę osób i to jedynie w Lidze. W Zakonie nie mówiła nikomu. Musiałaby wtedy przyznać się też do czegoś, czego nie chciała zdradzić żadnej osobie. Byłoby to zbyt zawstydzające. Zaczęłyby się również pytania, na które nie umiała odpowiedzieć. Może nawet nie chciała. Bała się odpowiedzi i przyszłości, jaką ze sobą niosły.
– Coś się tak zamyśliła nad tym jedzeniem? – usłyszała.
Naprzeciwko usiadł Arte ze szklanką czerwonego płynu. Nigdy się z tym nie krył, choć niektórych to odrobinę obrzydzało. Vivian początkowo też nie potrafiła tego znieść, ale z czasem się przyzwyczaiła.
– Nie pojechałeś jeszcze?
– Mam jeszcze chwilę do pociągu – odparł. – Więc? Coś taka zamyślona?
– Pierwszy Archanioł to Niszczyciel Czasu.
– I? – uniósł brew w niezrozumieniu.
– Nic. Po prostu to trochę zaskakujące. Dotąd Niszczyciel Czasu kojarzył mi się jedynie z wojną z Earlem.
– Nie znasz historii o ośmiu? – zapytał Chang popijający w pobliżu herbatę.
– Nie. Co prawda w czasie szkolenia mistrzyni wspominała o ośmiu niebezpiecznych demonach, których nie wolno sprowadzać do naszego świata, ale nie wdawała się w szczegóły.
– Prawdopodobieństwo ich pojawienia się jest niewielkie – stwierdził Arte. – A ty masz na głowie inne problemy niż ośmiu.
– Opowiem ci tę historię w czasie podróży – obiecał Chang.
– Będę wdzięczna.
– Kiedy skończysz, przygotuj się do drogi. Spotkamy się w sali wejściowej.
Vivian uśmiechnęła się do niego, nim odszedł. Potem zabrała się za jedzenie. Później będzie musiała skupić się na swoim zadaniu, więc takie przyziemne sprawy należało załatwić teraz.
– Pierwszy Archanioł w starożytnych czasach był obrońcą ludzkości – powiedział Arte. – Mówi się, że to on stworzył Ligę Cieni, choć to tylko legenda.
– W każdej legendzie jest ziarnko prawdy – odparła w zamyśleniu.
– Przychodzi do ciebie we śnie, nie?
– Tak naprawdę niewiele o nim wiem. Praktycznie nic.
– No to najbliższą rozmowę będziecie mieć arcyciekawą – wyszczerzył się wampir i wstał. – Pociąg mi ucieknie.
– Uważaj na siebie.
– Ty też, moja panno.
– Nie jestem twoją panną, stary wampirze.
Wyjątkowo Arte zamiast się oburzyć, zaczął się śmiać. Pomachał jej i opuścił jadalnię, by ruszyć w drogę do swojego celu. Cienie miały w najbliższym czasie sporo pracy.

5 thoughts on “Lubię słuchać Ciebie, wiesz, przy winie i przy ciastkach. Kiedy jesteśmy tylko my

  1. prz_ pisze:

    Robi się ciekawie…

  2. Erin Kinomoto pisze:

    Świetne opowiadanie! Przeczytanie „Córki Jednego z Nich” i dotarcie do tego momentu zajęło mi tydzień. Już dawno nie czytałam opowiadania, które by mnie aż tak wkręciło! Niecierpliwię czekam na następny rozdział bo robi się ciekawie (*w*)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s