Eien nante nai to iikitte shimattara Amarini mo sabishikute setsuna idesho Daremo ga hontou wa shinjitai kedo Uragirarereba fukaku kizutsuite shimau mono

Demon, diabeł, czort – pojęcia, które czasami stosuje się wymiennie, choć ich zasięg jest trochę inny. Wszystkie jednak dotyczyły istot, które doprowadzają ludzi do upadku. Ściągają klęski i nieszczęścia. Gdy zdarzy się coś złego, człowiek tłumaczy to sobie ingerencją takiej siły. Wiara pozwala oswoić to, co dotąd było obce. Niewielu jednak zna prawdziwą genezę pojawienia się mocy piekielnych.
Wszystko zaczęło się od buntu Lucyfera i jemu podobnych. Każda religia i mitologia ukazuje to w trochę inny sposób, lecz serce tych wydarzeń jest dokładnie takie samo. Buntownikom odebrano skrzydła i strącono ich w otchłań po dziś dzień nazywaną piekłem. Lucyfer stał się władcą tego piekielnego świata, Władcą Ciemności. Wraz z pozostałymi diabłami zaczął uprzykrzać życie ludziom, którym pokazali, że jest też inna droga niż ta, którą otrzymali od swego Stworzyciela. Chrześcijanie nazywają ten moment wygnaniem z Raju i grzechem pierworodnym.
Jednak nim Lucyfer został strącony z Niebios, przywłaszczył sobie odrobinę „Tchnienia Stworzenia”. Legenda mówi, że w czasie walki z Pierwszym Archaniołem obrońca Niebios utoczył Lucyferowi osiem kropel krwi. W ramach zemsty Pan Piekieł użył „Tchnienia”, aby powstało z tych kropel ośmiu – demony o wielkiej sile i pragnieniu zniszczenia wszystkiego dookoła. Na więcej „Tchnienia” nie wystarczyło, co uchroniło świat przed kompletną destrukcją. Jednak ośmiu posiadało wystarczającą potęgę, aby siać strach i zniszczenie.
Były to lata ciemne. Pełne klęsk, kataklizmów i śmierci. Ośmiu szalało wśród ludzi, niszcząc każdy przejaw woli walki. Zamienili świat w klatkę pełną niewolników, których życie nic nie znaczyło. Tysiące ginęło na jedno mrugnięcie demonów najwyższego poziomu. Nikt i nic nie mogło się z nimi równać. Świat stał na granicy zniszczenia.
Ulitował się Stworzyciel i posłał w bój Pierwszego Archanioła. On jeden wśród zastępów anielskich posiadł potęgę pozwalającą zmierzyć się z ośmioma. Zażarty bój trwał trzydzieści nocy i trzydzieści dni. Legendy mówią, że nigdy później ludzie nie widzieli takiej bitwy i nawet zmagania z Trzynastoma nie przyniosły tak wielu zniszczeń. Świat należało zbudować od początku.
Ośmiu ostatecznie zostało pokonanych i zrzuconych do najniższego kręgu Piekieł, skąd nawet Lucyfer nie mógł ich ponownie wezwać. Spętani niebiańskimi łańcuchami mieli już nie powrócić. Odtąd nazywano ich również demonami najniższego kręgu, zaś Pierwszy Archanioł przyjął miano Niszczyciela Czasu.
Świat został odbudowany, ale skazy pozostały. Lucyfer pomimo zamknięcia bram piekielnych nadal miał wpływ na ludzi, a to osłabiało moce niebiańskiego zastępu. Łańcuchy Pierwszego Archanioła miały tracić swe zdolności, lecz bardzo powoli. Gdy ostatecznie opadną, ośmiu ponownie napadnie na świat i doprowadzi go do zagłady.
Były jeszcze poślednie demony narodzone z ludzkich serc. Życzenie śmierci, zazdrość, zawiść, nienawiść, rozpacz. Uczucia były potężną mocą, która tworzyła istoty zdolne do niszczenia i zatruwania. Strącone w piekielną otchłań wciąż nawoływały i wykorzystywały słabość ludzkich serc, szukając między wymiarowych szpar mogących zaprowadzić je znów do świata ludzi. Nawet jeśli uznają ich za panów, zawsze będą służyć jedynie Lucyferowi, szerząc dzieło zniszczenia.
Pierwszy Archanioł nie zostawił ludzi samym sobie. Uczył ich, jak się efektywnie bronić. Wiedział bowiem, że nie może wciąż robić tego za nich. Ludzie powinni nauczyć się samodzielności i życia zgodnie z własnym sumieniem. Tym najzdolniejszym o prawych sercach podarował talenty od Stworzyciela, obiecał również, że talenty pozostaną wśród ludzi, aby mogli je wykorzystywać przeciwko demonom. Wiele wieków później nazwano je magią i zaczęto prześladować ludzi obdarzonych talentami. Aż nadeszła epoka rozumu i przestano wierzyć w istnienie talentów.
Zgromadzeni wokół Pierwszego Archanioła ludzie stworzyli grupę. Stała się ona zaczątkiem organizacji znanej później jako Liga Cieni. Żyli we własnym gronie, szkolili się w używaniu talentów i ruszali w niełatwy bój przeciwko demonom.
Powstała jeszcze jedna grupa czyhająca na porządek świata. W historii zapisali się jako Trzynastu, zaś księgi Kronikarzy określali ich mianem Klanu Noah, powiązując ich z biblijnym Noem i Wielkim Potopem, który oni zwali Trzema Dniami Ciemności. Legenda mówi, że narodzili się jeszcze przed zatrzaśnięciem bram piekielnych, będąc bezpośrednimi potomkami samego Lucyfera. Dzięki temu żyli o wiele dłużej niż przeciętni ludzie, przez co zaczęto mówić, że są oni nieśmiertelni. Otrzymali od swego ojca wiele darów, a ich narodziny przyniosły światu kolejne grzechy i pokusy.
Przewodził nimi Milenium Earl, Hrabia Tysiąclecia. Wraz z pozostałą dwunastą obrócił świat w proch, co nazwano później Potopem, ukrywając prawdziwe wydarzenia. W tamtym czasie jednak doszło do bitwy Trzynastu z wybranymi przez Boski Kryształ, Innocence, ludźmi pod wodzą Niszczyciela Czasu. Zwycięstwo egzorcystów było gorzkie. Zginęli wszyscy, świat stał się ruiną, a Millenium Earl miał powrócić i ponownie zniszczyć świat.
Ludzie nie zostali pozostawieni samym sobie. Kostka została rozdzielona i ukryta, jej fragmenty miały czekać na prawowitych egzorcystów. Niszczyciel Czasu także pozostawił potomnym swe geny, aby mieli dość sił stawić czoła Earlowi. Sześcian z proroctwem powrotu Milenijnego stał się kamieniem węgielnym Czarnego Zakonu, który zrzeszał egzorcystów. Nadzieja nie umarła.
W całej tej historii zabrakło jednego, kluczowego elementu. Niewiele ksiąg opisuje postać Czternastej, najbardziej ukochanego dziecka, które otrzymało czarne jak smoła skrzydła na wzór utraconych przez Lucyfera. Ukochała ona szczególnie ludzi i pragnęła ich ocalić. Stała się buntowniczką. Na jej lament Stworzyciel odpowiedział Kostką, którą rozdzieliła, dając ludziom broń. Sama zaś stoczyła bój ze swym rodzeństwem, ulegając jedynie Pierwszemu tuż przed jego klęską.
Nazwano ją Aniołem Lucyfera niosącym Zemstę i Zniszczenie – dwa geny wplecione w jej jestestwo. Pomimo swej natury otrzymała łaskę Stworzyciela i stała się Kluczem. Wraz z Niszczycielem Czasu miała powrócić, by ostatecznie rozprawić się z Trzynastoma.

Podróż z Berlina do Monachium nie była zbyt długa. Kilka godzin jazdy pociągiem. Gwar pozostał poza przedziałem pierwszej klasy, a opowieść Changa wypełniła większość czasu. W Lidze nie przekazywano wszystkich tych informacji ze szczegółami. Owszem, historia była ważnym elementem ich tożsamości, ale większy nacisk kładli na umiejętności. Co komu po historii, skoro zginie w czasie pierwszego zadania?
Vivian nie należała do osób, które szczególnie ceniły przeszłość. Może ze względu na swoją własną pełną porażek i cierpienia. Nie ufała też proroctwom i obietnicom dawnych dni. Jakim prawem ktoś z dalekiej przeszłości mógł kazać coś zrobić współczesnym albo pozostawiać im problemy? Buntowała się przeciwko temu przez całe życie. Była córką Czternastego Noah, więc wszyscy automatycznie patrzyli na nią przez pryzmat Nei i reszty bandy Milenijnego. Do tego dawna historyjka o zbuntowanej Czternastej, której potomkini stanie się Kluczem do Serca Innocence. Miano Anioła Lucyfera naprawdę jej ciążyło. Czuła się spętana przez coś, nie było jej udziałem.
– Nie wyglądasz na zachwyconą – zauważył Chang.
– W końcu jestem niejako bohaterką tej historii – odparła. – Nie wiem, jak jest z ośmioma, ale historię o Klanie Noah mam wyrytą w pamięci. Gadanie o wolności ze strony niebios jest trochę wyświechtane.
– Nie wierzysz w to.
– To nie jest kwestia wiary. Trudno zaprzeczyć, że niebo istnieje, skoro Earl skądś dusze na akumy bierze i mamy piekło. Dwie strony medalu, równowaga i te sprawy – westchnęła. – Po prostu wolałabym, by mnie to nie dotyczyło. Nie tak bezpośrednio.
– Nie chcę stawiać sądów, zwłaszcza pochopnych, ale sądzę, że zaprzeczasz wierze, bo nie dostałaś odpowiedzi, gdy tego oczekiwałaś.
Vivian zaśmiała się gorzko. Coś w tym było.
– Kiedy powiesz porzuconemu dziecku, że istnieje jakaś Miłość, która wysłuchuje wszystkich próśb, błaga ono o odmianę losu. Potem czeka je gorzkie rozczarowanie rzeczywistością. Chciałam w coś wierzyć, ale jedynie wiara w samą siebie dała siłę, by iść dalej. Żadne bóstwo nie odpowiedziało.
– Poczucie zdrady zawsze zostawia głębokie blizny – stwierdził. – Paradoksalnie ci, którzy są najbliżej prawdy, nie chcą się na nią otworzyć.
Vivian nie odpowiedziała. Słyszała to po raz kolejny. Każdy, kto poznał egzorcystów, dochodził do tego wniosku. Góra traktowała ich jak ofiarę w świętej wojnie, oni sami dalecy byli od idei męczeństwa. Robili, co im kazano, do tego byli stworzeni. Zbyt wiele zła i tragedii widzieli, by wierzyć, że istnieje Stwórca pełny miłości i miłosierdzia. Dla nich istniała tylko wojna.
A jednak szukali powodu do wiary w coś. We własne możliwości, w swój świat, w bliskich. Potrzebowali powodu, by nie oszaleć. By nadal wykonywać swoje obowiązki. By zagoić ranę, która powstała przez zdradę ideałów, które próbowali im wmówić. Szukali powodu, by żyć.
Cienie były podobne, choć im nikt nie kazał stawać pod sztandarem świętej wojny. Mieli swoje obowiązki do wykonania wobec przysięgi, którą złożyli po ukończeniu szkolenia i niczego więcej od nich nie wymagano. Cała reszta należała do nich.
Trochę dziwnie było wrócić znów do Monachium. To miasto kojarzyło jej się ze Szkołą Ninja Katsumoto i Christianem. Nie planowała jednak odwiedzin. Nie tylko ze względu na misję do wykonania, ale przede wszystkim nie chciała rozdrapywać starych ran. Ciężko jej z myślą, że za chwilę musiałaby wyjechać. Szkoła Ninja zawsze będzie bliska jej sercu, to miejsce, gdzie czuła się dobrze. Gdzie została zaakceptowana. Nie nauczyła się pożegnań, więc wolała nie ujawniać swojej obecności. Tak było lepiej.
Zatrzymali się w gospodzie na obrzeżach miasta. Plan był taki, by sprawdzić sytuację, przygotować sobie rozkład walki i jutro wieczorem zaatakować. To miała być pora, kiedy wszystkie grupy będą już na swoich stanowiskach i będzie można rozpocząć akcję. Synchronizacja ataku była bardzo ważna. Gdyby uciekli kluczowi członkowie Purpurowych Tygrysów, trzeba byłoby zacząć wszystko od początku. Tego nie chcieli.
Vivian została na czatach, gdy Chang obszedł budynek, w którym sekta miała swoją kryjówkę. Plany dostali wraz z resztą dokumentów zadania, ale i tak musieli się rozejrzeć, by wiedzieć, jak to wygląda w rzeczywistości. Zapisy nie zawsze odzwierciedlały prawdę, a oni potrzebowali każdego szczegółu, który mógł mieć znaczenie dla życia bądź śmierci.
Usiadła w cieniu komina na jednym z dachów. Było jeszcze trochę zbyt jasno, żeby ryzykować poruszanie się górą. Owszem, mało osób unosi głowę zajętych przyziemnymi sprawami, ale zawsze mógł się pojawić ktoś, kto spojrzy na dachy i dostrzeże samotną sylwetkę Cienia. To przyciągnie uwagę i zaalarmuje sektę. Należało więc tego uniknąć.
Stąd miała dość dobry widok na interesujący ich budynek i ulice w pobliżu. Była gotowa do działania, gdyby powstała taka potrzeba. Na razie jednak czekała na znak Changa, że skończył rekonesans. Gdzieś po głowie tłukła się także myśl o tym, co powiedział w pociągu. Próbowała ją od siebie odsunąć, ale uparcie wracała, więc przestała się tym przejmować. Większość jej nadal była czujna.
Chang pojawił się w zasięgu spojrzenia i dał jej dyskretny znak, że skończył. Spotkali się u wylotu ulicy i ruszyli do gospody na spoczynek.
– Coś ciekawego? – zapytała cicho.
– Nic, wszystko jest jak na planie. W środku atmosfera jest dość ciężka i cuchnie śmiercią.
– Byli tam?
– Czterech.
Vivian mruknęła coś pod nosem. Nie wszyscy, ale to był dobry moment, żeby uderzyć. Gdyby nie rozkazy, już teraz mogliby się zająć przeciwnikami i spokojnie wrócić do Berlina. To byłoby takie proste.
– Nie lubisz takich akcji – uznał Chang z lekkim rozbawieniem.
– Wiem, wiecznie się gdzieś śpieszę, jakby mnie sam diabeł gonił – odparła. – Mistrzyni zawsze mi to powtarza.
– Jesteś człowiekiem czynu. To zrozumiałe.
– Cierpliwość nie jest moją mocną stroną.
W milczeniu dotarli do gospody. Zanim jednak weszli do środka, Vivian wyczuła obecność jakiegoś niebezpieczeństwa. Pociągnęła Changa za rękaw, zmieniając kierunek. Zatrzymała się dopiero w jakimś zaułku.
– Co wyczułaś? – zapytał.
– Nie jestem pewna, ale ktoś majstrował przy pieczęciach nałożonych na pokój. Chyba już wiedzą, że tu jesteśmy – odparła.
Chang skrzywił się wymownie. Liga była ostrożna, posyłając Cienie na tę misję. Czyżby ktoś działał poza rozkazami? A może zawiódł jakiś środek ostrożności i sekta zauważyła ich ruch? Nie miał pewności.
– Tygrysy? – zasugerował.
– Możliwe. Tylko skąd by wiedzieli?
– Nie wiem. Zostawiłaś coś cennego w pokoju?
– Tylko ubranie.
– Więc się wynośmy. Trzeba skontaktować się z dowództwem, może coś wiedzą.
– Nie lepiej sprawdzić, kto to był?
– To może być pułapka. Lepiej nie ryzykować tuż przed akcją.
– W porządku. Chodźmy.
Sytuacja odrobinę się skomplikowała, ale była jeszcze do odratowania. Zbliżyli się do centrum i tam poszukali noclegu. Nie było to takie trudne, kilka pensjonatów miało wolne pokoje i nie przyciągały zbytnio uwagi. Mogli skorzystać z usług jednego z nich bez obawy szybkiego wykrycia. Najpierw jednak Chang skontaktował się z Ligą.
– Chyba zostaliśmy przyuważeni – poinformował bez zbędnych wstępów.
Vivian oparta o ścianę obok doskonale słyszała przebieg całej rozmowy.
– Jeden z Cieni został zamordowany kilka godzin temu – padła odpowiedź. – Prawdopodobnie wyciągnęli z niego informacje o całej akcji.
– Co mamy robić? Wycofać się?
– Nie. Grupy, które są już na miejscu, mają przeprowadzić atak najszybciej, jak się da. Musimy zrobić jak najwięcej i przygotować się do drugiego starcia. Takie są rozkazy Rady Starszych.
– Rozumiem. Jeszcze dziś się tym zajmiemy.
– Uważajcie na siebie.
– Będziemy. Słyszałaś? – zwrócił się do Vivian.
– Tak. Wracajmy do ich siedziby. Jeszcze mamy szansę ich tam zastać.
Zgodził się kiwnięciem głową. Nie czekali dłużej. Musieli się tym zająć już teraz, inaczej będzie za późno. Nie pytali i nie zastanawiali się, kogo Tygrysy dopadły. To nie miało znaczenia. Nie w tej chwili. Teraz liczył się tylko cel.
Vivian zatrzymała się gwałtownie. Jej serce zaczęło niespokojnie obijać się o żebra, a ją przeszła zgroza. Wiedziała, co to oznacza. Tak długo tego nie czuła, że już zapomniała, jakie to uczucie. Jednocześnie tęskne i bolesne. Niemal przerażające.
– Vivian, co się stało?
Chang nie miał prawa wiedzieć, kto pojawił się w Monachium. Był zwyczajnym człowiekiem, którego to nie dotyczyło.
– Ktoś z Klanu Noah – odparła cicho.
– Nie daj się rozproszyć. Mamy zadanie do wykonania.
– Nie, Chang. Tak blisko ochrona, którą zapewniała mi dotąd Liga, nie zadziała. Prawdopodobnie już wie, że tu jestem. Nie mogę tego w żaden sposób zablokować. Przyjdzie po mnie, co narazi misję. Musimy się rozdzielić – powiedziała poważnie.
– Dasz sobie radę?
– Powinnam. Wybacz, że zostawiam Purpurowe Tygrysy na twojej głowie, ale nie mogę cię narażać.
– W porządku. Zajęcie się Noah to twoje zadanie. Nie mamy pewności, czy nie współpracują również z Tygrysami, więc to nawet rozsądne rozwiązanie.
– Dziękuję.
– Pamiętaj, że masz wrócić do domu – powiedział.
– Ty również na siebie uważaj. Idź już. Powodzenia, Chang.
Posłał jej lekki uśmiech i ruszył w dalszą drogę. Vivian przez chwilę patrzyła, jak zlewa się z mrokiem wieczoru. Została sama z mieszanymi uczuciami. Nie miała pewności, czy podjęła właściwą decyzję. Skoro przeciwnik wie o ich nadejściu, Chang może wpaść w pułapkę, a właśnie został pozbawiony jej wsparcia. Czuła się winna wobec Ligi. Nigdy dotąd nie zignorowała zadania, by zająć się czymś innym. Nie tak całkowicie. Czy jest to złamanie przysięgi? Niby Chang przyjął jej decyzję ze spokojem, ale zwykle nie komentował takich spraw. Mógł jednak sądzić całkiem inaczej.
Miała też obawy co do samej postaci Noah. Doskonale wiedziała, kto się tu zjawił i wiedziała, że on również już wie o jej obecności. Powinna nie dopuścić do spotkania, by nie mógł przekazać informacji o niej Milenijnemu i, co gorsza, użyć tej wiedzy przeciwko egzorcystom. Szansa, że mu uwierzą, była niewielka, ale wolała tego nie ryzykować. A jeśli już dojdzie do starcia, nie miała pewności, jak się potoczy. Owszem, miała teraz dużo więcej mocy do dyspozycji, więc prawdopodobnie przewyższała go potęgą. Do tego znała wszystkie sekrety jego specjalności, więc mogła się skutecznie bronić. Problem w tym, że nie była psychicznie na to przygotowana i nadal miała wątpliwości co do własnego istnienia. To mógł wykorzystać przeciwko niej przeciwnik.
Nie było wyjścia. Musiała coś z tym zrobić i nie zginąć przy okazji. „Pamiętaj, że masz wrócić do domu” było jasnym przekazem. Nie może się zatracić w tej walce. Nie chodzi o to, by pokonać i zginąć, ale by pokonać i żyć. Wrócić do najbliższych. Nie chciała umierać. Było jeszcze zbyt wiele rzeczy do zrobienia, by dać się poszatkować Przyjemności.
Skręciła i ruszyła przed siebie. Zamierzała odciągnąć go od Changa jak najdalej i wtedy jakoś umknąć przy dobrej okazji. Niedługo czekała też na reakcję. Wyczuła, że ruszył w jej stronę, ale przodem posłał kilka akum. Może dla rozgrzewki, może nie zamierzał sobie brudzić rąk. To było dla niego typowe. Wolał wysługiwać się innymi – akumami bądź kpiarzami – a samemu nie robić praktycznie niczego ponad to, co było konieczne.
Sama wybrała pole walki. Niewielki placyk otoczony pustymi budynkami. Nie wyczuwała nikogo więcej, ale też nie miała całkowitej pewności, że nikt nie wejdzie pod ostrzał. Gdzieś tutaj mogli ukrywać się jacyś ulicznicy. To była idealna okolica dla nich, żeby mogli gdzieś przenocować w miarę bezpiecznie. Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tym bardziej. Czekało ja starcie.
Trzy poziomy trzecie i jedna czwórka otoczyły Vivian. Wszystkie zadowolone, że dopadły swoją ofiarę. Egzorcystka uniosła brew, czując się nieco zlekceważona. Owszem, piątki nadal były dość rzadkie, ale radziła sobie z nimi całkiem nieźle.
– Chyba ktoś mnie nie docenia – mruknęła.
Sięgnęła po Czarną Różę, pozwalając im zaatakować jako pierwszym. Owszem, mogłaby jako Noah rozkazać im zniszczyć się samodzielnie, ale niezbyt przepadała za tym sposobem. Chyba bardziej była egzorcystą i jej instynkt żądał zabicia akum z pomocą innocence. To nie było zresztą takie trudne.
– Innocence, aktywacja. Przeniesienie.
Skoczyła ku górze, a skrzydła zrobiły resztę. Ataki akum skupione na celu uderzyły o ziemię, wznosząc tuman kurzu. Nie zdążyły się przemieścić. Katana wchodziła jak w masło, przecinając przeciwników na pół.
Wylądowała na krawędzi jednego z dachów i pozwoliła kapturowi opaść z głowy. Podmuch wiatru stworzony przez wybuchy poruszył jej brązowymi włosami. Dopiero po chwili opadły na ramiona i plecy kobiety, a ona sama zaczęła bardziej przypominać wykuty posąg. Czarny anioł nad opustoszałym placem gdzieś na obrzeżach Monachium.
– Prościzna – prychnęła pod nosem.
To nawet nie była rozgrzewka, ale zyskany w ten sposób czas wykorzystał przeciwnik. Nawet się nie śpieszył. Spokojnym, rozluźnionym krokiem wszedł na placyk. Nic się nie zmienił, choć włosy miał długie i związane na wysokości karku. Nienaganny frak leżał na nim idealnie jak zawsze. Przyciągał spojrzenia.
Uniósł głowę, uważając na cylinder. Nie szukał jej długo, od początku wiedział, gdzie jest. Posłał jej uśmiech pełny zadowolenia.
– Dawno się nie widzieliśmy, królewno.

One thought on “Eien nante nai to iikitte shimattara Amarini mo sabishikute setsuna idesho Daremo ga hontou wa shinjitai kedo Uragirarereba fukaku kizutsuite shimau mono

  1. Erin Kinomoto pisze:

    Uuu Tyki powraca… Robi się gorąco. Odliczam czas do 10-tego września ♥

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s