It’s too late now to stop the process This was your choice, you let it in This double life you lead Is eating you up from Within

Nigdy nie sądził, że pewnego dnia dopadnie go ten stan. Brał z życia garściami, dzieląc czas pomiędzy swoją jasną i ciemną stronę. To było zabawne. Raz człowiek, raz Noah. Raz włóczęga, raz morderca. Wiedział, że nie może przesadzić, by móc wrócić. Wszystko zmieniło szaleństwo Przyjemności w czasie wydarzeń na starej Arce. Zmienił się. Stał się bardziej Noah niż stary on. Powrót okazał się niemożliwy. To nie tak, że nie było innego życia poza wędrówkami i cienką kawą w kamieniołomie. Sheryl wciągnął go do własnego życia, gdzie również czuł się jak ryba w wodzie. To było zabawne. Jednak z czasem uczucie przyjemności bladło. Dopadło go znużenie. Nie miał ochoty grać przeciętnego człowieka. Polowanie na egzorcystów również go nie nęciło. Był znużony.
To uczucie stało się powodem wieczornych wędrówek po różnych miejscach. Szedł przed siebie, czasami zwracając uwagę jakiegoś człowieka. Głównie kobiet. Lecz ta uwaga nie potrafiła przynieść mu satysfakcji. To tylko jeszcze jedna gra, która już go nie bawiła.
Dziś wszystko się zmieniło. Monachium – miasto, jakich wiele. Bywał tu wielokrotnie, czasami ze zleceniem od Milenijnego, czasami z własnych powodów. Nie przyzwyczajał się nigdy do miejsc, nie było to konieczne. Dzięki Arce mógł dotrzeć wszędzie, każdego dnia budzić się w innej lokalizacji. Czemu więc miałby wybierać tylko jedno albo kilka?
Nie samo Monachium miało znaczenie, ale osoba, która przemierzała jego ulice. Nie miał wątpliwości, że to ona, choć nie czuł tego od ponad dwóch lat. Tak, jakby wyszła spod bezpiecznej zasłony. Była tu, potwierdzając, że nie umarła. Nie mógł nie skorzystać z takiej okazji. Był ciekawy. Znużenie opuściło go w ciągu chwili. Ta noc miała być interesująca. Wręcz nie mógł się doczekać i musiał się mocno pilnować, żeby tego po sobie nie pokazać. Pozwolił sobie na odrobinę nonszalancji i cierpliwość. Wiedział, że nie ucieknie. Stanie przed nim jak zawsze bardziej bezczelna niż powinna, dumna i nieugięta. Nigdy nie obawiała się starcia. Czekał dwa lata, kilka minut jeszcze go nie zbawi.
Teraz patrzył na nią stojącą na dachu niczym pomnik. Starała się to ukryć, lecz wiedział, że jest potężna. Jakaś struna w nim zadrżała w swoistym pożądaniu. Chciał z nią walczyć, zdominować ją w starciu i zwyciężyć. Podziwiał też jej piękno. Mimo wszystko była urodziwą kobietą. Teraz bardziej dojrzałą, pewną siebie. Nie przerażonym dzieckiem. To go ciekawiło. Co się wydarzyło, że się tak zmieniła? Gdzie obawy i strach przed samą sobą? Czyżby opanowała bestię? A może ona ją? Tylko jak wydobyła własną świadomość spod szaleństwa bez pomocnej ręki Milenijnego? Pełna sekretów. Takiej jej jeszcze nie znał.
– Dawno się nie widzieliśmy, królewno – odezwał się pierwszy.
Nie odpowiedziała od razu. Nie ruszyła też do ataku, czego chyba oczekiwał. Dawniej by tak zrobiła. Teraz czekała na niego pierwszy ruch. A może zastawiła już pułapkę?
– Nie bądź taka oschła, królewno – rzucił. – Nawet się nie przywitasz?
– Nie zamierzasz mi chyba powiedzieć, że się stęskniłeś – odparła chłodno.
– Ranisz moje uczucia, królewno. Nie widzieliśmy się tak długo, a ciebie to w ogóle nie poruszyło.
– Skończ, Mikk. W ogóle mnie to nie bawi.
Wykrzywił usta w podkówkę, choć był tym rozbawiony. Jeszcze przed chwilą miał pewne wątpliwości, czy to na pewno ona. Nie do końca chciał uwierzyć zmysłom, bo przed oczami miał nieco inną kobietę niż przy poprzednim spotkaniu. Teraz jednak zdobył pewność, że o to stoi przed nim Czternasta Noah, Vivian Walker.
– Jak zwykle jesteś okrutna – stwierdził. – I pewnie nie powiesz mi, gdzie się podziewałaś przez te dwa lata?
– Martwiłeś się? – zironizowała.
– Owszem. Wszyscy byliśmy zaniepokojeni. W końcu jesteś problematycznym dzieckiem, królewno. Poprzednim razem, gdy puściliśmy cię luzem, wydarzyły się straszne rzeczy.
– Ach tak? – udała zdziwienie. – Nie przypominam sobie.
Uśmiechnął się uprzejmie, choć włożył w ten gest tyle fałszu, ile tylko posiadał. Wiedział, że kłamie. Musiała już odzyskać pamięć Zemsty wraz z tym utraconym przez nich elementem. Wraz ze wspomnieniem jej zdrady.
– Rozmijasz się z prawdą, Nio.
Zmarszczyła brwi na to miano. Tylko utwierdził ją w przekonaniu, że wszystko już pamięta. Pytanie, czy pozostali Noah również odzyskali pamięć związaną z Aniołem Lucyfera. To może wszystko skomplikować.
– Nie jestem Nią. Nigdy nią nie będę – powiedziała zimno. – Miesza ci się rzeczywistość, Mikk?
– Nie wypieram swego poprzedniego wcielenia, królewno. Ty też nie powinnaś. Tak jest łatwiej.
Przewróciła wymownie oczami. Albo próbował ją sprowokować albo naprawdę w to wierzył. Obie opcje wprawiały ją w obrzydzenie. To dość niskiego poziomu zagranie. Nie pasowało do niego.
– Nie wierzę w reinkarnację – powiedziała pewnie. – Każdy ma tylko jedno życie do przeżycia.
– Lepiej uczyć się na błędach poprzedników.
– Owszem.
Tupnięciem aktywowała pułapkę, którą założyła przezornie w trakcie krótkiego starcia z akumami. Mikkowi udało się odskoczyć przed bezpośrednim trafieniem, lecz cylinder spadł na ziemię.
– To było nieładne, królewno – zauważył z naganą w głosie.
– Czyż nie mówiłeś, że powinnam uczyć się na błędach Nii? – uśmiechnęła się złośliwie.
– Miałem na myśli coś innego.
– Przykro mi, że się zawiodłeś – odparła nieszczerze. – Jednak nie zamierzam puścić cię wolno, Joido.
Tyki przez chwilę zastygł w zaskoczeniu. Powróciła do niego scena z ostatniego spotkania Nii z Joidem, kiedy dziewczyna go zabiła. Użyła tych samych słów. Nic jej nie powstrzymało przed unicestwieniem własnej rodziny. Mściła się za ludzi, którymi nie powinna się w ogóle przejmować. Byli przecież niczym.
Tę chwilę wykorzystała, by zaatakować. Czarna Róża o włos minęła jego twarz, gdy się odchylił. Vivian prychnęła z niezadowoleniem i cięła ponownie, tym razem po skosie. Ten atak zablokował na ciemnej materii, której używał jako ostrzy.
– Może powinniśmy to jeszcze przedyskutować? – zaproponował.
– Skończyliśmy rozmawiać – odparła chłodno.
Trzymała nerwy na wodzy, lecz przy okazji stała się godnym przeciwnikiem dla Tykiego. Dorównywała mu w starciu, trzymając gardę wysoko. Dawniej z łatwością się z nią bawił, nie znała jego pełnego potencjału bojowego, sama polegała jedynie na Zemście. To ona sprawiała, że stawała się potężna i niebezpieczna. Nawet Czarny Zakon to wiedział i nie uzupełniali jej braków w wyszkoleniu w obawie, że się zbuntuje i narozrabia. Teraz była inna. Nie potrzebowała Zemsty, by stać się zagrożeniem. Sprawiała, że Tyki zaczął patrzeć na nią inaczej – jak na przeciwnika, z którym chciał się zetrzeć.
Kontrolowała sytuację. Przynajmniej tak sądziła, gdy niespodziewanie Tyki zapadł się pod ziemię. Przeklęła szpetnie. Jego umiejętność dotykania tylko tego, czego chce. Zawsze było to problemem, choć dotąd nie używał tego przeciwko niej. Najwyraźniej stał się ostrożny.
Pojawił się ponownie, wyłaniając się z budynku za jej plecami. Zatrzymała jednak jego atak. Zniknął znowu.
– Chyba nie spełnisz dziś swojej groźby, królewno – powiedział, pojawiając się na dachu, na którym wcześniej stała.
Chciał ją sprowokować do bezsensownej gonitwy po całym placyku, ale nie pozwoliła na to. Znała tę zagrywkę, a teren jak najbardziej mu sprzyjał. Nie dostanie tej satysfakcji.
– Jesteś tego pewny? – zapytała z uroczym uśmiechem.
W pierwszej chwili pomyślał, że blefuje. Jednak w tym geście była zbyt poważna groźba, żeby ją zignorować. Nie miał pojęcia, co szykuje. Nie znał jej możliwości.
Vivian wyrwała jedno pióro z własnych skrzydeł, krzywiąc się lekko. W żadnym wypadku nie było to miłe uczucie, jednak nie zwracała teraz na to uwagi. Zmięła je w dłoni, niszcząc delikatne połączenia, po czym zdmuchnęła to, co z niego zostało, w powietrze. Pióro rozpadło się na drobne cząstki porwane przez wiatr. Nic się jednak nie wydarzyło.
– Chyba tylko przysporzyłaś sobie bólu, królewno – stwierdził Mikk.
– Nie byłabym tego taka pewna – nadal się uśmiechała.
– Co masz na myśli?
– Zobaczysz.
Dopiero teraz zaatakowała ponownie. Tyki zamierzał wtopić się w budynek, gdy dachówki nie chciały ustąpić. Zaskoczony nie zdążył skontrować i Czarna Róża rozcięła mu ramię. Odskoczył pewny, że utrzyma się w powietrzu. To nie nastąpiło i runął na ziemię w towarzystwie wybuchu śmiechu Vivian.
– Co zrobiłaś, królewno? – zapytał, podnosząc się z ziemi.
– Nadałam otoczeniu właściwości innocence. Mojego innocence – poprawiła się. – Jesteś w pułapce, Tyki.
– Robisz nieładne rzeczy, królewno. Tak się bawić nie będziemy.
Nim do niego doskoczyła, przywołał bramę Nowej Arki i uciekł. Przez moment miała szansę ruszyć w pościg, ale zrezygnowała. To był teren Noah, jej całkowicie obcy. Tyki miałby tam przewagę, przy czym mogłaby się natknąć na jeszcze kogoś, a to do szczęścia nie było jej potrzebne. I tak była świadoma, że Mikk nie zostawi opowieści o tym spotkaniu dla siebie. Do tej pory Noah nie mieli pojęcia, gdzie jej szukać. Wiedzieli tylko, że nie ma jej w Czarnym Zakonie. Czy znali Ligę? Tyki niczym się nie zdradził, że zakwalifikował jej strój jako mundur Cieni. Może nie zwrócił uwagi, może stwierdził, że sama wybrała czerń, by nie wzbudzać uwagi wśród nocy. Nie miała pewności, czy nie zwróciła uwagi Milenijnego na Ligę. Dowie się, gdy wróci do Berlina. Earl dowie się na pewno, a to może go sprowokować do poszukiwań. Była mu potrzebna do realizacji jego planów, ale też stanowiła zagrożenie. Nie wątpiła, że wie już o działaniach Nii, więc z całą pewnością ją podejrzewa o podobne zamiary. Poza tym do tej pory przez cały czas mu się opierała i nie wyglądało, by miała zmienić stanowisko.
Wieści dotrą też na pewno do egzorcystów, lecz wątpiła, by w to uwierzyli. Do tej pory Noah z pewnością próbowali przekonać Zakon, że żyje i się ukrywa. Nie osiągnęli jednak przewidywanego efektu. Czemu mieliby wierzyć wrogowi? Z pewnością w takich sądach egzorcyści byli ostrożni. O nich nie musiała się martwić. Tyki mógł wymyślać historie, nic mu to nie da.
Był jeszcze jeden powód jej rezygnacji z pogoni. Nadal miała zadanie do wykonania. Nie wiedziała, jak sobie radzi Chang, a nie chciała stracić kolejnego towarzysza. Ruszyła więc przeciwko Purpurowym Tygrysom.

Kryjówka sekty wydawała się dosyć pusta w porównaniu z poprzednim razem. Zniknęli ludzie oraz ciężka atmosfera. Changowi się to nie spodobało. Czyżby jego cele zdołały zbiec? Oznaczałoby to, że zadanie zostało zaprzepaszczone. Nikogo nie winił. Tak się czasami zdarzało, a tym razem misja była bardziej skomplikowana, więc tak mogło się zdarzyć. Co prawda wszystko stanie się teraz trudniejsze, lecz nie mieli nad tym kontroli.
Przez chwilę pomyślał o Vivian. Niepokoił się, czy da sobie radę. Niby zdawała się być pewna siebie, ale nadal miała obawy. Nie musiała o tym mówić. Miał nadzieję, że nie została ranna w tym starciu, choć pewnie chciała chronić głównie swoją dumę. To było do niej podobne.
Porzucił myśl o towarzyszce, gdy usłyszał ruch. Najwyraźniej nie był tu sam, jak sądził dotąd. Przystanął, nasłuchując. Jednak dźwięk się nie powtórzył. Nie czuł też jakiejkolwiek obecności. Czyżby się pomylił? To się czasami zdarzało, był tylko człowiekiem, więc popełniał błędy. Chwilę później ruszył dalej. Musiał sprawdzić budynek i chociaż spróbować dowiedzieć się, dokąd ruszyły Tygrysy. Może uda się ograniczyć straty w czasie zadania.
Ostrożnie skręcił w kolejny korytarz, gdy ponownie usłyszał ruch. Tym razem tuż za sobą. Nie zdążył się odwrócić, gdy poczuł pętlę na szyi. Instynktownie kopnął piętą kolano napastnika, ten syknął boleśnie, lecz nie rozluźnił uchwytu. Chang nie dał się panice, choć wiedział, że nie zostało mu wiele czasu. Niedługo płuca zaczną domagać się dostępu do tlenu i nie będzie mógł się efektywnie bronić. Zamiast szarpać się z pętlą, jedną ręką sięgnął za siebie. Szybko poczuł opór drugiego ciała i wbił w nie palce. Powtarzał tę czynność, kierując się ku górze. W końcu podziałało. Ręce trzymające pętle zwiotczały, co pozwoliło Changowi się uwolnić. Odwrócił się, łapiąc głębszy oddech. Przeciwnik właśnie padał jak kłoda, więc złapał go i delikatnie ułożył pod ścianą. Dopiero teraz pozwolił sobie na przyjrzenie się napastnikowi. Rozpoznał strój mężczyzny. Szybkim ruchem wycofał paraliż jedynie do częściowego, by mieć pewność, że przeciwnik nie zaatakuje go ponownie.
– Co tu robi jeden z ninja Katsumota? – zapytał cicho.
Odpowiedziało mu jedynie milczenie. Chang ściągnął maskę mężczyźnie. W mroku dostrzegł jasnobłękitne oczy, nieco azjatyckie rysy i cień blizny na lewym policzku.
– Pracujesz dla tych, którzy się tu zbierali? – zapytał ponownie Chang.
– Jesteś Cieniem – odparł tamten po cichu.
– Owszem. Odpowiesz mi na moje pytania?
– Wybacz. Jestem po twojej stronie. Również szukam tych ludzi. Jestem Christian Katsumoto.
– Czemu ich szukasz? – zapytał Chang, cofając całkiem paraliż.
Cienie i Szkoła Ninja Katsumoto współpracowały ze sobą od lat. Chińczyk wiedział, że ze strony młodego dziedzica nic mu nie grozi. Nie zaatakowałby nikogo z Cieni.
– Dostaliśmy zlecenie. W tych ciemnościach pomyliłem cię z jednym z nich, bo także kryją się pod ciemnymi płaszczami z kapturami.
– Rozumiem. Moje imię to Chang Li Sung. Obawiam się, że zdołali zbiec.
– Z pewnością są jeszcze w Monachium. Należy ich tylko znaleźć.
– To może być trudne.
– Niekoniecznie. Obserwowaliśmy ich przez kilka dni. Nie wyjadą tak po prostu z Monachium nawet, jeśli opróżnili to laboratorium.
– „To laboratorium”? – powtórzył Chang. – Chcesz powiedzieć, że mają jeszcze jedną kryjówkę?
– W samym centrum Monachium. Do tego kilku z nich ma tu rodziny i nie wygląda na to, żeby mieli wyjechać bez nich.
– To dość niespodziewane wieści – przyznał Chang. – Chyba Liga została niedoinformowana.
Normalnie przygotowanie zadania dla Cieni uwzględnia wszystkie czynniki chyba, że sprawa od początku jest niejednoznaczna, lecz to zdarza się przede wszystkim przy misjach pozostałych kast. Mroczni Zabójcy nie trafiali na takie przeszkody. To razem z niespodziewanym odkryciem jednego z Cieni źle wróżyło. Nie było teraz jednak czasu, żeby się nad tym rozwodzić.
– Mogę cię zaprowadzić – zaoferował się Christian. – To pokrywa się z moim zleceniem, więc nie powinniśmy sobie przeszkadzać.
– Dobry pomysł. Wyjdźmy stąd. Muszę zostawić wiadomość mojej towarzyszce, która zajmuje się inną sprawą. Wtedy ruszymy.
Młody Katsumoto o nic nie pytał, a jedynie kiwnął głową na zgodę. Dawno nauczył się, że sprawy Cieni nie powinny go interesować. Teraz najważniejsze było zlecenie. Prywatne interesy może załatwić później.
Wyprowadził Changa najkrótszą drogą, poczekał, aż zostawi znak tej drugiej osobie i wtedy ruszyli do drugiej kryjówki Purpurowych Tygrysów. Miał nadzieję, że teraz wszystko pójdzie już dobrze.
Weszli pomiędzy kamienice, kryjąc się w ich cieniu. Christian dość niespodziewanie wsunął się w jedną z bram i gdyby nie uwaga, Chang przegapiłby ten ruch. Podążał jednak za ninja bez żadnych obaw. Nie wyglądało na to, by Katsumoto miał go zdradzić i zaprzepaścić przyjaźń jego szkoły z Ligą. To byłoby niebezpieczne. I niezmiernie głupie.
Ninja wskazał schody do piwnicy, a potem gestem dał do zrozumienia, że to właśnie tam jest ich cel. Chang kiwnął głową na znak, że załapał. Ostrożnie zeszli na dół. Szybko okazało się, że pod kamienicą są dużo starsze podziemia, które prawdopodobnie ciągnęły się na większej powierzchni, niż można było się tego spodziewać. Może nawet pod całym miastem ciągnęła się sieć podobnych tuneli – takie historie nie były rzadkością.
Usłyszeli ich na długo przed tym, jak dotarli do odpowiedniego miejsca. Tygrysy o coś się kłóciły, z harmideru trudno było wyłowić całe zdania, ale poszczególne słowa wyrwane z kontekstu dały do zrozumienia, że chodzi o wyjazd z Monachium. Christian w istocie miał rację – niektórzy nie chcieli zostawiać rodzin w obawie, że Liga się nimi posłuży. Brali ich swoją miarą.
W pomieszczeniu przebywało siedem osób. Sami mężczyźni w różnym wieku. Chang i Christian podzieli się pracą i ruszyli. Nim członkowie sekty zauważyli, że zostali odkryci, trzech z nich padło martwych na ziemię.
– W imieniu Ligi Cieni skazuję was na śmierć – usłyszeli szept.
Nie zdążyli nic zrobić. Cień i ninja nie okazali litości. Nie dla ludzi, którzy stanowili zagrożenie dla porządku świata.
– Wszyscy – uznał Chang.
– Owszem.
– Przynajmniej ta informacja była precyzyjna.
– Chodźmy stąd.
Wyszli z kamienicy w milczeniu. Niczym dwa ciemne duchy, które trudno dostrzec. Nikt ich nie widział, nikt nie wiedział o szybkim starciu, które być może ocaliło świat, a może tylko odroczyło wyrok.

Zakapturzona postać siedząca na gzymsie wydawała się częścią budynku. Nic w niej nie wskazywało, że jest żywa. Trwała bez ruchu jeszcze przez jakiś czas, gdy w końcu dostrzegła zbliżającą się postać w czarnym płaszczu. Gdyby nie wyczulone zmysły, trudno byłoby odróżnić ruchomą plamę czerni od ulicy skąpanej w nocy.
Vivian ześlizgnęła się z gzymsu i wylądowała na ugiętych nogach. Nie wydawała przy tym żadnego dźwięku. Oparła się o ścianę i czekała, aż Chang do niej dołączy. Wiedziała, że tu wróci, gdy tylko skończy. Tak mówił znak, który zostawił, a który tylko dla Cieni miał sens. Każda inna osoba nawet nie zwróciłaby na niego uwagi.
– Jesteś cała – bardziej stwierdził niż zapytał.
– Nic mi nie jest – zapewniła. – Wybacz, że nie mogłam ci asystować.
– W porządku. Otrzymałem pomoc od miejscowych obrońców. Zamknęliśmy sprawę.
– Cieszę się. Przynajmniej tyle się udało – westchnęła. – Noah uciekł.
Chang nie pytał o szczegóły. W jej głosie zbyt wyraźnie słychać było zawód i złość. Najważniejsze, że wróciła cała. Starcie można powtórzyć.
– Chyba sprawa jest poważniejsza, niż sądziliśmy – powiedział jedynie.
– Co masz na myśli?
– Nie dostaliśmy wszystkich informacji.
– Kret?
– Możliwe. Jednak to należy już do Rady.
Vivian kiwnęła głową. Wyglądało na to, że wiele rzeczy jednocześnie zaczynało iść źle. Najbliższe decyzje będą kluczowe dla przyszłości. Możliwe, że potwierdzą ostateczny układ sił.
– Wracajmy do hotelu i zgłośmy zakończenie zadania – zaproponowała.
– Dobry pomysł.
Tak też zrobili. Chang zadzwonił do domu, posyłając Vivian pod prysznic. Wiedział, że kobieta potrzebuje odpoczynku przede wszystkim psychicznego po starciu, którego nie mogła uniknąć. Mogła udawać, nawet przed samą sobą, ale to ją wyczerpało i pewnie wzbudziło kolejne wątpliwości.
Gdy wrócił, siedziała na parapecie okna jedynie w koszuli. Mokre kosmyki puściła wolno, pozwalając, by krople wody opadały swobodnie na ubranie i podłogę.
– Co postanowiła Rada? – zapytała.
– Mamy wracać porannym pociągiem. Liga musi się przegrupować i na nowo zebrać informacje o sekcie. Część jej członków umknęła.
– Czeka nas kolejna wojna – stwierdziła bezbarwnie.
– Niestety.
– To się nigdy nie skończy. Zawsze będzie jakaś wojna, bo ludzie się nie zmienią. Czy więc zasługują na kolejną szansę?
– Chcemy wierzyć, że tak.
Spojrzała na niego uważnie.
– Chang, kochasz świat? – zapytała.
– Mój czy ten ogólny?
– Ogólny.
– Chyba daleko mi do tego. Jednak tylko na tym świecie może istnieć świat, który pragnę chronić. Nie czujesz podobnie?
– Dobre pytanie.
Nie dodała niczego więcej. Tej nocy już żadne z nich się nie odezwało, a temat zawisł nad nimi jeszcze na wiele dni. Trudnych dni pełnych skomplikowanych wyborów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s