Czy ta walka kiedyś skończy się Trwa od świtu, aż po nerwów kres Nieprzerwana wojna, nikt nie słyszy jej ze środka mnie

Czasami pomiędzy zwycięstwem a porażką pojawia się niewielka różnica. Wystarczyłby jeden krok w inną stronę i byłoby całkiem inaczej. Trudno powiedzieć, jakie emocje powinny towarzyszyć takiemu doświadczeniu. Nie było to przecież jednoznaczne i tylko fart bądź niefart świadczyły o wyniku.
Tak samo było i tym razem. Tylko niewielka część Cieni wykonała swoje zadanie, reszta nie zdążyła niczego zrobić. Czy byli za słabi? Nie, przyczyna była inna, choć chwilowo trudno było określić, jaka dokładnie. Jednak udało im się na jakiś czas powstrzymać działania Bractwa Purpurowych Tygrysów. Można było to uznać za zwycięstwo. Dość gorzkie, ale nadal zwycięstwo. Zdobyli cenny czas, by zebrać ponownie siły i uderzyć. Wiedzieli, że przeciwnik też go potrzebuje, by wrócić do swoich planów. Zwycięży ten, kto przygotuje się szybciej.
Vivian miała swoją wojnę na głowie. Starcie z Tyki Mikkiem nie poszło tak, jakby sobie tego życzyła. Nawet nie chodziło o to, że przekaże zdobyte informacje dalej. Nie przeszkadzało jej to. Może nawet wzbudzi obawę w Noah, bo Tyki nie zobaczył zbyt wiele z jej potęgi. Zadbała o to. Mógł podejrzewać, że jest teraz na poziomie Nii z jej ostatnich chwil życia, skoro odzyskała pamięć z czasów Trzech Dni Ciemności, ale pewności nie miał. To może przynieść strach i uznanie jej za groźnego przeciwnika. Może nawet groźniejszego niż Czarny Zakon razem wzięty.
Co innego ją zirytowało. Naprawdę chciała go zabić, choć to również nie dręczyło jej tak bardzo jak poczucie, że nie może uciec przed przeznaczeniem Anioła Lucyfera. To ją coraz bardziej przyciągało. Przez dwa lata była od tego wszystkiego względnie odcięta. To gdzieś istniało, wiedziała o tym, lecz zajmowały ją całkiem inne sprawy. Nowe życie jako Cień, trening, nowe zadania. Nie miało znaczenia, że była Aniołem Lucyfera. Była po prostu sobą. Może nie szła zbyt pewnie, może nadal wykluczała się w niektórych kwestiach, ale szła swoją drogą. Nikt jej nie mówił, co powinna zrobić. Nikt od niej nie wymagał decyzji, których nie chciała podejmować. Nikt nie przypominał, że jej dni są policzone. Stworzyła sobie azyl, bezpieczny świat, w którym nikt nie mógł jej zranić, ale wszystko dookoła próbowało ją z niego wyrwać.
– Zrobił ci coś ten manekin?
Pytanie nie powstrzymało Vivian przed uderzeniem w tors lalki. Nawet nie spojrzała na intruza zbyt pochłonięta sekwencją ruchów. Trenowała tak od kilku godzin, sama nie wiedziała, od ilu już, bo straciła poczucie czasu w tej nierównej rozgrywce.
– Zabił mi kota – zironizowała.
– Nie masz kota.
Odwróciła się gwałtownie do szczerzącego zęby wampira. Nie była w nastroju na pogaduszki.
– Czego chcesz? – warknęła.
– Powinnaś się rozluźnić i napić. Nieudanej misji już nie zmienisz.
– Nie mam ochoty. Odejdź.
Chciała, żeby sobie poszedł i zostawił ją w spokoju. To nie był dobry moment, nie miała ochoty na towarzystwo. Zwłaszcza jego. Z furią kopnęła manekina, który złamał się pod wpływem ciosu. Drzazgi poleciały we wszystkie strony, niemal raniąc ich oboje.
– Kurwa.
– Vivian, nie możesz…
– Nie mów mi, co mogę, a co nie! – wrzasnęła na niego. – Nie masz prawa.
Arte skrzywił się wymownie. Nie zrobił nic, co mogłoby ją zdenerwować, a nie zamierzał tolerować wyżywania się na nim za inne problemy.
– Tak nie będziemy rozmawiać, moja panno – powiedział poważnie.
– Nie będziemy rozmawiać w ogóle – prychnęła i zamierzała wyjść.
Nieukierunkowana złość krążyła w jej żyłach, odrzucając wyrzuty sumienia wobec przyjaciela. Nie powinna go tak traktować, a przede wszystkim nie powinna go w ogóle do siebie dopuszczać. To był tylko piękny sen, który znów kończył się jak zwykle. Dla niej istniała jedynie samotność. Chroniła ją jak ramiona matki przed kolejnymi upadkami i rozczarowaniami. Zresztą dla niego też byłoby lepiej, gdyby się do niej nie przywiązywał. Od początku miała nad sobą wyrok śmierci. Jedynie odraczała go o kilka krótkich chwil.
– Poczekaj.
Arte złapał ją za nadgarstek, nie spodziewając się tak ostrej reakcji z jej strony. Wyrwała rękę, drugą zaś wymierzyła mu cios w twarz. Ledwo udało mu się uchylić.
– Zwariowałaś? – warknął. – Przesadzasz. Ostro przesadzasz.
– To mnie nie dotykaj.
Dźgnęła go palcem w pierś ze wściekłym wyrazem twarzy. Powietrze w sali jakby zgęstniało, a kobieta miała ochotę przyłożyć wampirowi tylko za to, że przyszedł w nieodpowiednim momencie.
– O co ci w ogóle chodzi? – zapytał. – Rzucasz się na człowieka, jakby próbował rozerwać cię na strzępy. Złościsz nie wiadomo na co i tłuczesz biednego manekina. Wyjaśnij mi, co?
– To nie twoja sprawa.
– Jasne – prychnął. – Zamykaj się wśród własnych demonów. Proszę bardzo.
– Jakbyś cokolwiek o tym wiedział.
– Sama to sobie robisz. Po raz kolejny. Wciąż i wciąż. Pieprzona masochistka.
Tego było dla niej za wiele. Rzuciła się na niego ze wściekłym wrzaskiem i uderzała na oślep. Pragnęła, by poczuł tą samą rozpacz co ona, by cierpiał tak jak ona, by przestał się wymądrzać. Doprowadzał ją do szału, do tego przypominał w tym tak bardzo Kandę, że jej wściekłość była jeszcze większa. Nie chciała myśleć, pamiętać o Japończyku, który też zawsze z niej kpił, gdy była słaba. A przecież nic nie rozumiał.
Początkowo Arte jedynie unikał ciosów, ale Vivian nie poddała się tak szybko, jak się spodziewał. Zamierzał wyciągnąć z niej powód takiego zachowania, ale najpierw spuścić jej porządny łomot. Może wtedy zacznie się normalnie zachowywać.
Dość niespodziewanie skontrował cios w splot słoneczny i sam trafił Vivian w ramię. Obróciła się pod jego wpływem nieco zaskoczona, lecz szybko przyjęła taki obrót sprawy. Uniknęła kopniaka w brzuch, zsunęła się niżej i podcięła wampira. Nie upadł, zachwiał się tylko, co wykorzystała, by uderzyć go pięścią w podbródek. Cios odepchnął Arte do tyłu, odbił się na rękach i obiema nogami kopnął Vivian w brzuch. Plecami uderzyła o kolumnę, tracąc na moment oddech. Wykorzystał to, by uderzyć ponownie. Odskoczyła niezgrabnie, nie utrzymała równowagi i opadła ciężko na podłogę. Żądza mordu wampira wyczuwalna w powietrzu sprawiła, że odczołgała się od niego. Dopiero po chwili zorientowała się, co robi i przestała. Jednak było już za późno – pokazała mu swoją uległość.
– I tak ze mną nie wygrasz – odezwał się, stając nad nią. – Nie w tym stanie. Stałaś się kłębkiem nerwów zamiast Cieniem.
Spuściła spojrzenie, czując własną niemoc. Nadal była wściekła, ale nie miała już sił do walki. Mogła jedynie przeklinać własną bezsilność.
– Nie jestem Cieniem – powiedziała cicho. – Jestem tylko Aniołem Lucyfera. Niczym więcej.
– Jedno drugiego nie wyklucza.
– Nie rozumiesz.
– To mi wytłumacz, do jasnej cholery! – wybuchł. – Nie czytam ci przecież w myślach.
Milczała. Nie wiedziała, od czego ma zacząć, co jest ważne, jak to ująć w słowa. Była kompletnie rozbita i przerażona tym wszystkim. Jak miała się przyznać, że sobie nie radzi?
Arte miał ochotę nią potrząsnąć, żeby zaczęła mówić, ale w tej sytuacji mogłoby to przynieść odwrotny skutek. Już wystarczająco dużo gorzkich słów pomiędzy nimi padło. Więcej nie trzeba. Kucnął tuż obok niej.
– Maleńka, nie zrozumiem, jeśli mi tego nie wyjaśnisz – powiedział łagodnie.
– Egzorcyści, Tyki Mikk… Mam pętlę na szyi – szepnęła. – O niczym nie mogę decydować, niczego nie mogę zmienić. Anioł Lucyfera skazany na śmierć.
– Tak nie jest. Nikt nie może cię do niczego zmusić. To ty podejmujesz decyzje. Nikt inny. Nie pozwól im myśleć, że cokolwiek mogą.
– Nie mam siły.
– Teraz tak ci się tylko wydaje. Nie pozwól im decydować o sobie. To oni powinni się obawiać, drżeć przed tobą i mieć nadzieję, że to ich stronę wybierzesz.
Spojrzała na niego wilgotnymi oczyma. Była przytłoczona tym wszystkim. Tylko dlatego się tak zachowała. Wszystko na jej drżących barkach to nieco za dużo dla jednej małej, przerażonej dziewczynki, która chce jedynie żyć.
– Nie powinieneś być tak blisko mnie – powiedziała. – Odejdę, będziesz cierpiał.
– O mnie się nie martw. Od początku wiedziałem, że nie zostaniesz tu długo. Nie jesteś typem osoby, która zapuszcza korzenie na zawsze w jednym miejscu – uśmiechnął się.
– Jak możesz być tak spokojny? – zapytała z wyrzutem. – To wszystko jest kłamstwem?
– Nie, maleńka. Jestem szczery wobec ciebie. Od samego początku do samego końca. Po prostu wiem, że nie mogę cię powstrzymać. Skrzywdziłbym cię.
– Ale ty…
– Poradzę sobie. Może nie będzie łatwo, ale tak już jest. Wszystko ma swój początek i koniec. Zresztą nikt nie powiedział, że musisz umrzeć w czasie tej wojny.
– Tego nie wiesz.
– Właśnie. Nie znamy zakończenia. Równie dobrze możesz posłać Noah do diabła i urodzić Kandzie gromadę ślicznych, małych aniołków, których będę ojcem chrzestnym – zażartował.
– Wszystkich? – uśmiechnęła się blado.
– A co się będę powstrzymywał? Zresztą nigdzie nie znajdziesz lepszego ode mnie kandydata.
– Jesteś głupi – powiedziała przez łzy.
– Wiem, wiem. Mówiłaś mi to nieraz, a teraz chodź tutaj.
Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Potrzebowała tego, by poczuć się lepiej i odpędzić demony rozrywające jej duszę. Miał własne, wiedział, czym to skutkuje. Nie powinna tego przeżywać.
– Mam dość tej wojny – szepnęła. – Tej walki w głowie. Niepewności o każdy dzień. Czy to się kiedyś skończy?
Nie odpowiedział, bo nie chciał dawać jej nadziei, która może się nie spełnić. Zresztą każde takie zapewnienia mogła przyjąć jako kłamstwo. Nigdy nie wierzyła, że wszystko pójdzie tak, jak to sobie zaplanowała. Miała zbyt wiele gorzkich doświadczeń.
Długo płakała w jego ramionach. Były to łzy niepewności, strachu, poczucia bezsilności i tęsknoty za bezpieczną kryjówką. Ciągłe zagrożenie nie pozwalało normalnie żyć, nie powstrzymywało myśli o tym, co złe. Musiała być tym zmęczona. Potrzebowała oddechu, odskoczni od tej ponurej codzienności, która ją gnębiła. Czasami było to zbyt trudne. Świadomość bycia kluczowym graczem nie pozwalała na beztroskę. Wciąż miała to gdzieś z tyłu głowy i nie mogła wyrzucić. Zapomnieć choć na chwilę. Czuła się spętana, choć najbardziej ceniła sobie wolność. Czy kiedykolwiek będzie wolna i zdąży się nacieszyć tym darem?
W końcu zmęczona płaczem i walką zasnęła z policzkiem opartym o jego tors. To nic, że z jej przyczyny miał mokrą koszulę, a nogi zdrętwiały mu nieco przez niewygodną pozycję. Nie przejmował się tym, dopóki miał pewność, że kryzys minął. Nie chciał jej widzieć rozbitej i przerażonej. Jeśli mógł ją ochronić, choćby tymczasowo, chciał zrobić ku temu wszystko, co było w jego zasięgu.
Zaniósł Vivian do jej pokoju, upewniając się, że śpi spokojnie. Zamierzał przy niej posiedzieć, lecz najpierw chciał zrobić coś pilniejszego i równie ważnego jak towarzyszenie kobiecie teraz, gdy czuje się tak bezbronna.
Musiał poczekać, nim Rada Starszych go przyjęła. Aż tak mu to nie przeszkadzało, wiedział zresztą, że nic z tym nie zrobi. Pewne zasady były nie do przeskoczenia nawet dla niego. W końcu się doczekał.
– Co cię do nas sprowadza, Arte? – zapytała Minerwa.
– Mam samolubną prośbę – odparł.
Czarnowłosa przewodnicząca Rady spojrzała na niego uważnie. Arte nigdy o nic nie prosił, dotąd zdawał się samowystarczalny. Tylko jeden powód nasuwał jej się w tej chwili na myśl.
– Jaka to prośba?
– Chciałbym, aby Rada wysłała Vivian w teren na dłuższy czas. Jest rozbita po spotkaniu z egzorcystami i członkiem Klanu Noah. Zbyt wiele o tym myśli, a to ją zniszczy.
– Wiesz, że to nie jest rozwiązanie?
– Wiem, że to ją zajmie tylko na jakiś czas. Że to tylko środek zaradczy, ale ona tego potrzebuje. Proszę, pozwólcie jej ruszyć w teren.
Skłonił się nisko, wyrażając w ten sposób pokorę. Był poważny w swych zamiarach. Nie mógł pozwolić Vivian na tkwienie w tym błędnym kole. Nie teraz, gdy wszyscy czują, że zbliża się czas rozwiązania.
Skrzydła, co już nie polecą. Błazen śmieje się kpiąco. Szykuje zagładę. Uderzy, gdzie się nie spodziewają. Kochana upadnie głowa. Łzy ukochanej przez Boga zaleją wszystko – odezwała się niespodziewanie Astarel.
Arte podniósł się gwałtownie i popatrzył na widzącą. Tylko kilka razy widział, jak przepowiada. Zawsze czuł wtedy strach.
– Co to znaczy, pani Astarel? – zapytał cicho.
Kobieta nie odpowiedziała. Odwróciła się do Zwierciadła, jakby czegoś w nim szukała. Wampir zazgrzytał zębami ze złości, ale wiedział, że niczego nie wyegzekwuje od widzącej. Nie pozwalała na to całkowicie pochłonięta własnym światem.
– Astarel, co pokazało Zwierciadło? – zapytała Minerwa.
– Śmiech błazna i ukochaną przez Boga nad ciałem, lecz jest coś jeszcze, czego nie widzę.
– Dobrze, zostawmy to na chwilę. Arte, jesteś pewny swej prośby?
– Tak, pani Minerwo. Vivian tego potrzebuje. Męczy się w bezczynności.
– Oboje jesteście samolubnymi dzieciakami – odezwał się zgryźliwie Aschled.
Arte tego nie skomentował, choć mógł przypomnieć, że jest najstarszym członkiem Ligi. Nauczył się jednak, że z tym człowiekiem nie należy dyskutować. To tylko wszystko przedłuży, a może nawet skomplikuje. Szkoda nerwów.
– Każdy z nas jest w jakimś stopniu egoistą – odparła Minerwa. – Taka jest ludzka natura. Przychylamy się do twojej prośby, Arte, lecz pamiętaj, że tego czasu możesz już nie odzyskać.
– Bardziej zależy mi na dobru Vivian.
– Niech i tak będzie. Możesz odejść.
Arte wrócił do przyjaciółki, która nadal spała. Chyba się nie przebudziła, co go cieszyło. Powinna odpocząć, skoro szykuje jej się wyjście w teren. Nie żałował tej prośby. Potrzebowała zmiany atmosfery, powodu do myślenia o czymś innym i adrenaliny. Może i była uzależniona od ryzyka – jak wielu innych tutaj – ale dzięki temu czuła się żywa. To było najważniejsze. Nic innego się dla niego nie liczyło.
Vivian obudziła się dość późno. Przynajmniej miała wrażenie, że przespała więcej godzin niż zwykle, choć nie pamiętała, kiedy dokładnie zasnęła. Już dawno tak nie było, że nie wiedziała, jak dotarła do łóżka. Ostatnio nie miała ku temu okazji.
Odwróciła się w pościeli i niespodziewanie napotkała opór w postaci obejmującego ją ramienia. Przez chwilę myślała, że jakimś magicznym sposobem znalazła się w „Szalonym Kruku” i kończyna należy do Akiry, lecz zaspane spojrzenie rozpoznało Arte. Wampir spał spokojnie z ramieniem owiniętym wokół jej talii i nosem w poduszce, co wyglądało dość komicznie. Uśmiechnęła się. Mimo wszystko przyjaciel jej nie zostawił. Nieważne, że go zaatakowała, pewnie zraniła i obrzuciła błotem. Miał prawo do gniewu i obrażenia się, a jednak był tutaj, gdy niemal się rozsypała. Świadomość tego sprawiała, że czuła się lepiej. Już nie tak samotnie i niepewnie. Może i ceniła niezależność, była dość samodzielna, ale jak każdy czasami potrzebowała czyjegoś oparcia. Wiedziała już, że bez ludzi dookoła dawno by się złamała i pogrążyła w szaleństwie, ciągnąc za sobą cały świat. Anioł Lucyfera szedł przez życie sam, ale tylko ludzie dawali mu powód do istnienia i argumenty potrzebne do podjęcia decyzji. Pewnie gdyby nie to, rzeczywiście byłaby jedynie pionkiem na szachownicy. Pozbawionym uczuć elementem gry pomiędzy siłami próbującymi rozszarpać świat na strzępy.
Ostrożnie oswobodziła się z objęcia przyjaciela. Miała dość leżenia, potrzebowała ruchu i jakiegoś zajęcia. Inaczej znów wpadnie w błędne koło myśli. Tego nie chciała. Cicho przygotowała sobie czyste ubranie, chcąc dzień rozpocząć od wizyty w łaźni. Zanim jednak wyszła, pocałowała Arte w czoło.
– Dziękuję – szepnęła.
– Nie ma za co – usłyszała, gdy była już w drzwiach.
Mimo to nie odwróciła się do wampira, pozostawiając go w swoim łóżku. Sam w końcu wstanie i do niej dołączy, jeśli będzie chciał. Nie muszą być nierozłączni.
Jeszcze nim skończyła kąpiel, dostała informację, że Rada Starszych pragnie ją zobaczyć. To oznaczało tylko jedno – nową misję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s