So when you’re feelin’ crazy and things fall apart: listen to your head, remember who you are. You’re the one. You’re the unbreakable heart.

Śmierć najbliższych zawsze była nieprzyjemnym wydarzeniem w życiu. Ile byśmy dali, żeby nigdy nie przyszła albo chociaż odwlec moment, gdy ta świadomość będzie nieodwracalna? Człowiek nigdy nie jest gotowy na ostatnie pożegnanie. Przecież ciągle jest czas. Ludzka wyobraźnia jest na tyle ograniczona, że nie zna pojęcia „życia po śmierci”. Mierzymy się z tym, gdy jest już za późno i musimy stanąć przed faktem dokonanym. Nie ma możliwości odwrotu czy opóźnienia. Żadnej ucieczki przed świadomością, że część naszego życia odeszła bezpowrotnie. Nikt nie podchodzi do tego spokojnie. Zawsze pojawiają się emocje, a wiele z nich prowadzi do głupich decyzji. Czasami świat się kończy wraz z odejściem bliskiej osoby.
Vivian westchnęła po raz kolejny, słuchając o następnym przypadku „zmartwychwstania”. To aż nadto śmierdziało podstępem, żeby dać się nabrać, a jednak ludzie w to wierzyli. Wiedziała, dlaczego. Pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby było trudniej niż zaakceptować fakt, że wróciła pomimo śmierci.
Nie mogła powiedzieć, że nie rozumie. Gdy zginął Squalo, była bliska skuszenia się na ofertę Milenijnego. Wystarczyłoby, że byłaby wtedy sama. Zresztą nie byłby to pierwszy raz, gdy o tym myślała. Mimo to nadal uważała tę decyzję za głupią i nieodpowiedzialną. Śmierć jest zawsze końcem. Nie ma taryfy ulgowej i drugiej szansy. Gdy się umarło, nie można wrócić. To nienaturalne i niebezpieczne.
W tym mieście to nie Milenijny Earl pociągał za sznurki. Ktoś go ubiegł, więc Czarny Zakon nie wysłał swoich ludzi, by to sprawdzili. Jeszcze, ale to tylko kwestia czasu, aż pojawią się pierwsi poszukiwacze. To należało do ich obowiązków.
Liga już zaczęła działać, mając na tyle precyzyjne informacje, by podjąć odpowiednie decyzje. Gdyby chodziło o działalność Milenijnego, zostawiliby to Czarnemu Zakonowi, teraz jednak to Vivian miała się zająć tą sprawą.
Stąd jej obecność w gospodzie. Minęło trochę czasu pomiędzy poinformowaniem Ligi a jej przyjazdem tutaj. Chciała zebrać dość świeże informacje, żeby zaoszczędzić czasu na poszukiwania źródła problemu. Wiele i tak już wiedziała. Pierwsze przygotowania zakończyła, teraz tylko ocenić moment ataku. Nie chciała, by walka się przeciągnęła i stała zagrożeniem. Ceniła sobie profesjonalizm.
Nikt nie zwracał na nią uwagi. Siedziała w ocienionym kącie nad kubkiem herbaty niby zatopiona w myślach, ale w rzeczywistości wyłapywała interesujące ją historie. Zresztą był to jedyny temat poruszany na sali. Całe miasto tym żyło i już powstawały nieprawdopodobne historie, które coraz bardziej mijały się z prawdą. Czasami trudno było ją odróżnić od fałszu, ale Cienie wiedziały na co zwrócić uwagę. Kwestia praktyki. Im więcej takich przypadków, tym łatwiej było im to rozróżnić i zdecydować, co będzie przydatne.
Teraz Vivian wykorzystywała to w praktyce i już analizowała zebrane dane. Inna sprawa, że jej się to w ogóle nie podobało, ale cóż, ludzie są tylko ludźmi – istotami głupimi, emocjonalnymi i popełniającymi wciąż te same błędy. Godnymi pożałowania. Może i rozumiała zachowanie ofiar, ale to, że nikt nie zadaje niewygodnych pytań podważających ten stan, już ją dziwiło. Była to raczej atrakcja niż faktyczne zagrożenie budzące niepokój. Tak jakby wszystkim dookoła wyłączył się instynkt samozachowawczy.
Trudno było powiedzieć, od kogo wszystko się zaczęło. Całą sprawę zauważono dopiero przy trzeciej czy czwartej „zmartwychwstałej” osobie, więc dojście do początku mogło być utrudnione. Jednak schemat zawsze był ten sam: niespodziewana, gwałtowna śmierć, pogrzeb i powrót umarłego. Praktycznie żadne kryteria nie miały tu znaczenia. To mógł być każdy: dorosły, dziecko, kobieta, mężczyzna. Każdy, kogo rodzina opłakiwała i radowała się z jego powrotu. Co dziwne, powracający ani o krok nie odstępowali swych rozradowanych bliskich. Tak jakby chcieli spędzić z nimi jak najwięcej czasu. W ramach rekompensaty? Nikt nie był w stanie tego określić w jednoznaczny sposób, bo i też nikt nawet nie próbował zdobywać informacji u źródła. Przecież nie godziło się wypytywać o śmierć i powrót osoby, która tego doświadczyła, już teraz, skoro bliscy ją odzyskali. To jak rozdrapywanie świeżej rany. Stąd wszystkie te niesamowite opowieści, które Vivian musiała przesiać.
Gdy uznała, że usłyszała już dość, podniosła się z miejsca i wyszła z gospody. Wiedziała, gdzie mniej więcej ma się kierować. Szkoda było czasu na siedzenie i dumanie, skoro całą sprawę można załatwić w ciągu jednej nocy. Zastanawiało ją tylko jedno – dlaczego ludzie wciąż utrzymywali, że wszyscy „zmartwychwstali” nadal są ze swoimi bliskimi. Trochę to się wykluczało z wiedzą o prawdziwości zjawiska. Dowie się jednak, gdy ruszy do akcji. Musiała być przygotowana na każdą ewentualność.
Przez chwilę pojawiły się obawy. Nawet nie o przebieg starcia, bo na swoich umiejętnościach mogła polegać. Powracały jednak do niej myśli dotyczące egzorcystów i Noah. Nadal się tego nie wyzbyła całkowicie. Ciągle łapała się na myśli „co jeśli”. Chciała to wreszcie zakończyć, lecz wciąż brakowało jej sił i zdecydowania, by coś z tym zrobić. Impulsu, który sprawiłby, że ruszyłaby przeciwko Noah i zakończyła tę farsę.
Teraz jednak nie miało to znaczenia. Była w tym miejscu i miała robotę do wykonania. Nic więcej się nie liczyło. Była Cieniem. Musiała o tym pamiętać.
Wyszła na obrzeża miasta, gdzie według opowieści miejscowych mieszkała ostatnia ofiara. Z daleka wyczuła obecność demona. Ślad był świeży, więc w opowieści nie było kłamstwa. Dotarła do swojego celu.
Domek był niewielki, drewniany, ale schludny. Na parapetach nawet rosły w donicach kwiaty, choć teraz, w zimie, pozostała tylko przysypana śniegiem ziemia. Mimo to całość wyglądała naprawdę ładnie – mały skrawek raju. Na pierwszy rzut oka trudno było powiedzieć, że wydarzyło się tu coś mrocznego i złego. Jednak było to tylko złudzenie. I nie chodziło wcale o śmierć, która przyszła zbyt wcześnie.
Vivian obeszła domek, szukając wszystkich możliwych dróg wyjścia. Nie miała ochoty uganiać się za celem, a sama też potrzebowała więcej niż jednej możliwości. Dopiero wtedy postanowiła wejść. Wytrychem otworzyła drzwi z tyłu budynku i cicho wślizgnęła się do środka. Oczy szybko przyzwyczaiły się do mroku, więc przeszkody nie były dla niej problemem. Szła pewnie, wiedząc, dokąd się kierować. Aura demona była wyraźna, niemal ją otaczała, jednak ślad był do odróżnienia. Był tutaj. Pewnie nawet nie spodziewał się jej wizyty.
– Witaj, łowczyni.
Zdrętwiała i odwróciła się powoli. Dawno nie dała się tak łatwo podejść od tyłu. Przez moment nawet poczuła strach o własne życie. Niczego nieświadoma stała się łatwym celem i nie miała pewności, czy udałoby się jej odeprzeć pierwszy atak, a ten mógł być kluczowy.
Drugi raz zaskoczyło ją to, jak blisko demon stał. Maksymalnie dwa metry. Jakimś sposobem uśpił jej czujność, a przecież była ostrożna. Wystarczyłby jeden krok i byłaby martwa.
– Pewnie zastanawiasz się, dlaczego wcześniej mnie nie wyczułaś, choć za tobą szedłem.
W ciemności zabłysły czerwone oczy i białe zęby w przerażającym uśmiechu. Okpił ją. Spojrzała na niego z gniewem, choć ten był skierowany raczej na samą siebie. Przecież mogła zauważyć tę zmianę. Zasadzkę, bo niewątpliwie tym był ten dom. Nie lubiła takich sytuacji, gdy jej życie zależało od innej osoby. A tym bardziej od wroga.
– Całe miasto jest otoczone moją barierą, więc ktoś taki jak ty mi nie umknie – wyjaśnił. – To ciekawe doświadczenie być celem Nocnych Łowców.
Vivian skrzywiła się z niesmakiem. Zawaliła na całej linii, już na początku misji. Wcześniej nie popełniała takich błędów. Wszystko przez rozkojarzenie. Tak bardzo chciała wrócić w teren, by nie myśleć o przeznaczeniu Anioła Lucyfera, a nie była do tego przygotowana.
– Wiesz, co cię teraz czeka – odpowiedziała chłodno.
– Sądzisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? – zapytał.
– Przekonajmy się.
Płynnym ruchem sięgnęła po Czarną Różę i zaatakowała. Gdyby demon się nie cofnął, straciłby głowę. Odskoczył pod okno. Padło na niego światło księżyca i przybrał nowy wygląd. Vivian puściła się za nim, by zadać kolejny cios, lecz zawahała się, gdy zobaczyła długie, białe włosy i szare, nieco kpiące spojrzenie. Ten widok ją zmieszał i wywołał oślepiającą falę gniewu. Dała się ponieść temu uczuciu i zaczęła atakować bezmyślnie. Machała mieczem, jakby po raz pierwszy miała go w ręce. Demon nie miał żadnych problemów, by odskakiwać. Śmiał się w najlepsze, jak szybko doprowadził ją na skraj wytrzymałości. Kpił sobie z niej, traktując, jakby była niczym. To tylko bardziej ją rozzłościło.
Niespodziewanie ręka demona wystrzeliła do przodu i zacisnęła się na gardle Vivian. Nie zdążyła złapać powietrza i płuca bardzo szybko zaczęły palić. Opanowała ją niemoc, choć wiedziała, że ma jeszcze tylko krótką chwilę na próbę uwolnienia się.
– Czas umierać, łowczyni. Zrobię ci ten zaszczyt i pozwolę umrzeć z ręki człowieka, którego straciłaś.
Wypuściła z dłoni katanę i poddała się. Może tak będzie lepiej. Umrze i nie będzie musiała się obawiać. Nie będzie musiała wybierać i tracić. Wszystko przestanie mieć znaczenie. To nie będzie już jej zmartwienie. Umrze i zostawi za sobą wojnę z Milenijnym. Skończy się to straszne uczucie zagubienia.
Patrzyła w szare oczy demona. To chyba był dobry widok na chwilę przed śmiercią. W końcu za nimi tęskniła. Były jej bliskie, choć wtedy kłamała. Była niesprawiedliwa w swych czynach i choć pragnęła wybaczenia, wątpiła, by je kiedykolwiek zyskała.
Wydawało jej się, że w jego oczach widzi dezaprobatę. Wygięła usta w gorzkim uśmiechu. Wiedziała, że byłby nią zawiedziony. Nie dałby jej się poddać z tak błahego powodu. Nawrzeszczałby na nią, że robi takie podstawowe błędy i zachowuje się jak idiotka. Przecież poświęcił życie, by ją ochronić, choć starcie ze śmiertelnym wrogiem wzbudzało w nim strach. A teraz ona z taką łatwością wyzbywała się życia, którego bronił. I to dlaczego? Bo czuła, że świat jej się zawalił po raz kolejny? Bo stała przed wyborem, którego nie chciała dokonać? Ogrom przeznaczenia był dla niej zbyt wielki? Przecież urodziła się do tego. Córka Noah obdarzona mocą innocence. Anioł Lucyfera mogący zniszczyć bądź ocalić wszystko, co było jej drogie i to, czego nienawidziła. To oczywiste, że się bała. Kto by się nie bał, mając apokalipsę w żyłach? Obie strony konfliktu obawiały się jej i próbowały trzymać w ryzach, a przecież miała własną wolę. To do niej należał wybór i wcale nie musiała dokonywać go już teraz. Nieważne, że egzorcyści niemal ją odkryli. Nieważne, że Tyki się z nią starł i uciekł, by opowiedzieć innym o tym spotkaniu. Teraz i tak nie mogli jej nic zrobić.
Ciało poruszyło się samo. Srebrne sai znalazło się w jej dłoni, która bezwiednie zadała cios. Demon stęknął z zaskoczeniem. Nie spodziewał się, że na wpół umarła łowczyni zdoła zaatakować osobę, którą kochała.
– Jesteś przerażająca, łowczyni – powiedział, nim puścił jej gardło.
– Jestem Aniołem Lucyfera – odparła na bezdechu.
Opadła na kolana, chciwie łapiąc oddech. Demon na jej oczach przybrał inną postać – mężczyzny o brązowych włosach. Oczu nie widziała, bo były już zamknięte. Nie miała pewności, czy to koniec. Zwykle demony rozsypywały się lub znikały w czeluściach piekielnych. Ten wydawał się inny.
Gdy uspokoiła oddech, obejrzała dokładnie ciało, trzymając broń w pogotowiu. Była gotowa na niespodziewany atak. Drugi raz nie popełni tego samego błędu.
W nos uderzył ją nieprzyjemny zapach rozkładu. Przysłoniła twarz, lecz smród był coraz wyraźniejszy. Do tego na ciele pojawiły się rany, których nie zadała i widoczne ślady rozkładu. Teraz zrozumiała. Demon nie przybierał w pełni postaci zmarłego, ale opętywał martwe ciało. To dzięki temu mógł kontrolować kilka jednocześnie, a to oznaczało, że miał drogę ucieczki. Z pewnością go zraniła, ale nie zabiła. To zadanie jeszcze się nie skończyło.
Usłyszała ruch i odskoczyła przez lecącym nożem. Narzędzie uderzyło o podłogę z hałasem. Vivian podniosła się błyskawicznie i odwróciła. W drzwiach stała około trzynastoletnia dziewczynka podobna do trupa. Najwyraźniej córka tego mężczyzny. Miała na sobie długą, białą koszulę nocną, więc prawdopodobnie obudziła się, słysząc odgłosy walki.
– Morderca! – krzyknęła dziewczynka. – Zabiłeś mi ojca!
Rzuciła się na Vivian z pięściami. Kobieta schowała broń i unieruchomiła małą napastniczkę. Nie było to takie trudne.
– Spójrz – rozkazała, przyciągając ją do trupa. – Twój ojciec jest martwy od kilku dni.
– Nieprawda! Wieczorem jedliśmy kolację!
– To było jedynie złudzenie. Twojego ojca już nie ma.
Mała zalała się łzami, zawodząc. Vivian puściła ją i dziewczynka opadła na kolana przy ciele. Smród nawet jej nie przeszkadzał. Rozpaczała nad swoją stratą.
Vivian westchnęła. Ten płacz był jak zaproszenie dla Milenijnego. Byłaby zdziwiona, gdyby nie wykorzystał sytuacji, która nastała w tym mieście. Egzorcyści i tak będą musieli tu przybyć, by ograniczyć liczbę ofiar do minimum.
– Masz jeszcze jakąś rodzinę? – zapytała.
Dziewczynka pokręciła głową. Nie było to zbyt optymistyczne. Samotni byli dużo łatwiejszym celem, a to przecież tylko mała dziewczynka.
– Ktoś się może tobą zająć?
Minęła dłuższa chwila, nim mała odpowiedziała:
– Może sąsiadka, pani Dorothea.
– Dobrze. Rano pójdziesz do niej i z nią zamieszkasz. Ewentualnie poproś, żeby pomogła ci znaleźć nowy, bezpieczny dom. A jeśli pojawi ktoś, kto zaproponuje ci powrót ojca, odmów mu. Zmarli nie mogą wracać. To nienaturalne.
– Ale przecież tata wrócił.
– To było tylko złudzenie. Żadna prawda. Jak się raz umrze, nie można już wrócić. Zrozumiałaś?
– Tak.
– I przekaż to ostrzeżenie wszystkim, którzy doświadczyli tego, co ty. Inaczej to miasto dopadnie kolejne nieszczęście.
Tylko tyle mogła zrobić dla tej małej. To i tak było dużo. Reszta zależała tylko od niej. Jeśli posłucha ostrzeżenia, pożyje dłużej. To był jej wybór.
Vivian podniosła w końcu miecz z podłogi i wyszła, pozostawiając małą z trupem. Musiała dopaść demona i pozbyć się go raz na zawsze. Drugi raz nie mogła sobie pozwolić na fuszerkę.
Zimne powietrze nocy otrzeźwiło ją nieco. Temperatura spadła trochę za bardzo, a to oznaczało, że demon coś szykuje. Czyżby chciał wykorzystać pozostałe ciała do walki z nią? Nie, to byłoby nieefektywne i on dobrze o tym wiedział. Potrzebował całej swojej siły, by z nią walczyć i mieć szanse na zwycięstwo, nie mógł trwonić jej na kontrolowanie kilku trupów. Co jednak zamierzał?
Ostrożnie ruszyła pomiędzy drzewa wyczulona na każdy przejaw pojawienia się przeciwnika. Teraz już wiedziała o barierze, czuła ją dookoła. To nie był dobry moment, teren należał do wroga, co nieco ją ograniczało. Mógł to wykorzystać przeciwko niej.
Czekał na polance nonszalancko oparty o drzewo. Na pierwszy rzut oka przypominał człowieka, jednak po drugim spojrzeniu nie trudno było zauważyć kocich rysów i przymiotów. To nadal nie była jego prawdziwa postać i raczej Vivian dziś jej nie ujrzy.
– Wstydzisz się swej krzywej paszczy czy chcesz uchodzić za człowieka? – zapytała drwiąco.
– Wiesz, że drażnienie demona to zły pomysł? – zagaił.
– To tylko zawodowa ciekawość – wzruszyła ramionami.
Prychnął na jej bezczelność. Vivian wyszczerzyła zęby w kpiącym uśmiechu i bez pośpiechu dobyła Czarnej Róży. Nie zamierzała ciągnąć dyskusji z demonem, i tak donikąd nie prowadziła. Powolnym krokiem zbliżała się do przeciwnika, obchodząc go nieco z lewej strony. Nie poruszył się ani o milimetr pewny siebie. Sądził, że wytrąci ją z równowagi swoją lekceważąc postawą, lecz nawet na to nie zważała.
Chwycił ostrze szponiastą łapą, uśmiechając się zwycięsko. Gest jednak zamarł, gdy miecz i sylwetka Cienia rozpłynęły się. Atak nadszedł z góry. Błękitny płomień chybił, gdy demon odskoczył. Rozejrzał się za przeciwniczką, lecz nigdzie jej nie było.
– Chcesz polować na grubego zwierza, łowczyni – powiedział. – Tylko czy nie okaże się dla ciebie zbyt duży?
– Tak jest najzabawniej – usłyszał jej drwinę.
– Jeszcze nie wiesz, na co się porywasz – uznał.
Rzucił się na drzewo, na którego gałęzi stała Vivian. Kobieta zeskoczyła wprawnie, robiąc salto w tył, po czym wylądowała miękko na ziemi. Tuż przed nią pojawił się demon i zamierzył się na nią. Pazury zazgrzytały na posrebrzanej stali. W powietrze uniósł się delikatny dym, prawie do przeoczenia. Vivian widziała w tym szansę na zwycięstwo.
Uchyliła się przed kopniakiem i sięgnęła po jedno z różanych sai. Wprawnie wbiła go przeciwnikowi w udo, aż zaskowytał z bólu. Jednocześnie zaczęła recytować formułę w starofrancuskim. Dym unoszący się z rany zmienił swój kolor na jasnoróżowy, a po chwili na purpurowy.
– Więc to tak – mruknęła.
Ręką zatoczyła koło, posyłając w demona złotą kulę. Uniknął jej, lecz gdy wybuchła, był zbyt blisko. W tej osłonie Vivian posłała drugie sai w brzuch demona i tego ruchu już nie zauważył. Ryk bólu wypełnił polanę, strącając z gałęzi śnieg i strasząc nocną zwierzynę. Vivian zaś cofnęła się instynktownie.
Demona objął purpurowy obłok tak gęsty, że przez chwilę nic nie było widać. Po tym zaś w stronę Vivian pomknął czarny łańcuch. Oplótł się wokół jej nogi i pociągnął kobietę na spotkanie z przeciwnikiem. Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy, w którym zdążyła jedynie nastawić miecz. Ostrze zatrzymało się na łapie o długich, ostrych szponach połyskujących w światłach nocy.
– Pożałujesz, łowczyni – usłyszała gardłowy warkot.
– Szeptacz – powiedziała.
Demon miał kocio-ludzką fizjonomię. Do tego poprzekręcaną tak, że Vivian poczuła mdłości. Ramiona wyrastające ku górze z garbu, głowa na wysokości piersi, odwrócone tylne łapy i ogon, jakby go piorun uderzył. Dookoła zaś unosiły się kolorowe drobiny. Emocje zebrane przez szeptacza-fałszerza, jak je określały Cienie. Ten rodzaj pojawiał się niezwykle rzadko, ale gdy za długo był tutaj, stawał się zbyt potężny, by pokonać go w pojedynkę.
– Nie dasz mi rady – zagroził. – Trzeba było umrzeć z ręki ukochanego.
– Nie dam ci tej satysfakcji – uśmiechnęła się drapieżnie.
Złożyła dłonie i gwałtownie rozłożyła je na boki, wzbijając w powietrze falę gorącego powietrza. Dookoła nich zapłonął krąg ognia, w ciągu kilku chwil tworząc klatkę. Vivian zaś nie kłopotała się sięganiem po upuszczoną Czarną Różę, ale z innocence w dłoni doskoczyła do demona. Nie miał już czasu na reakcję. Srebrne ostrze wbiło się po rękojeść w jego czoło, gruchnęły kości, w powietrzu rozniósł się wrzask konającego.
– Nie dałbyś mi rady nawet tysiąckrotnie silniejszy – powiedziała chłodno. – Zlekceważyłeś mnie i to był twój największy błąd. Teraz znikaj.
Ciało szeptacza objął ogień, nie robiąc kobiecie żadnej krzywdy. Dopiero gdy pozostał popiół, płomienie zgasły, a Vivian opadła na śnieg. Nie sądziła, że ta walka pochłonie tyle jej energii, ale było warto. Najważniejsze, że to koniec.
Musiała załatwić jeszcze tylko jedną, ważną sprawę. Pozbierała broń i ruszyła w drogę powrotną do gospody, w której się zatrzymała. Karczmarz jeszcze nie spał, sala wypełniona była miejscowymi, pomiędzy którymi krzątały się dwie młode córki właściciela. Sprawnie unikały sięgających po nie rąk, choć nie obyło się bez rozbawionych śmiechów.
Nie odpowiedziała na pytanie o cel nocnego spaceru, gniewnym spojrzeniem odstraszyła gospodarza, gdy próbował nieumiejętnie podsłuchać rozmowę. Nie potrzebowała świadków.
– Misja wykonana – oznajmiła.
– Doskonale. Czeka cię już kolejne zadanie.
– Oczywiście. Lecz nim to, chciałabym prosić, aby zwrócić uwagę egzorcystów na to miasto.
– Pojawiły się akumy lub innocence?
– Nie, ale niedługo może być pełne akum, a to ich działka.
– Dobrze, zajmiemy się tym.
Późnym rankiem do miasta dotarło dwóch poszukiwaczy. Usłyszeli o dziwnym zjawisku powracania zza grobów i chcieli sprawdzić, ile w tym prawdy. Może to fenomen innocence? Dawno żadnego nie znaleźli, więc taki sukces mógłby poprawić nastrój w Kwaterze Głównej.
Minęła ich zakapturzona postać zmierzająca na stację. Pewnie nie zwróciliby na to uwagi, gdyby nie rozkaz sprawdzania takich osób po spotkaniu egzorcystów z tajemniczą kobietą w czerni. Odwrócili się, by zaczepić nieznajomego, lecz nikogo już nie dostrzegli. Może im się wydawało?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s