Uciekać najdalej Może nie znajdą mnie Uciekać przed siebie Łatwiej niż walczyć, wiem Zagłuszyć sumienie Znowu odwrócić wzrok Zapomnieć kim jestem Karnie wyrównać krok

Niebo na wschodzie nieśmiało zaczęło się rozjaśniać. Najpierw granat przeszedł w błękit, potem w szarawą biel i blady róż. Gwiazdy bladły, tylko połówka księżyca nadal wisiała nad lasem, nic sobie nie robiąc z budzącego się dnia. Pierwsze poranne trele budziły las do życia, skoro umilkli już jego nocni mieszkańcy. Nie był to najpiękniejszy widok, drzewa dopiero się zieleniły, pierwsza tegoroczna trawa nieśmiało kiełkowała na połaciach ocieplonych słońcem. Wiosna jeszcze nie całkiem zapanowała nad tym terenem, odrzucając ostatnie wspomnienia długiej, śnieżnej zimy.
I tylko jeden szczegół nie pasował do tego idyllicznego wręcz obrazka – odgłos walki i towarzyszący mu mdlący zapach śmierci.
Postać w czarnym płaszczu śmigała pomiędzy przeciwnikami, na styk unikając ciosów i zadając własne. Te były bardziej celne. Dwa bogato zdobione sztylety pokryły się szkarłatną barwą gęsto pokrywającą metaliczne ostrza.
Nie puszczając rękojeści z dłoni, złapała za najbliższą gałąź i podciągnęła się na niej, unikając ciosu. Ułamek sekundy później stała już na konarze poza zasięgiem przeciwników i łapała oddech. Walka trwała zbyt długo i choć zabiła już kilku wrogów, wciąż pozostawało tylu, by stanowić zagrożenie. Nadal nie mogła uwierzyć, że wpadła w pułapkę. Skąd wiedzieli, którędy będzie jechać?
Drzewo zatrzęsło się pod wpływem działań przeciwnika. Musiała złapać się innej gałęzi, by nie spaść. Przy okazji upuściła sztylet. Broń wbiła się w ziemię u jej stóp.
– Cholera.
Drzewo zatrzęsło się znowu, a jej brakowało już sił do walki. To trwało zdecydowanie zbyt długo i przez myśl przeszło jej, by salwować się ucieczką. Tylko czy była w stanie? Nie miała pewności.
Przeskoczyła na najbliższe drzewo, jednak źle wymierzyła oparcie i gałąź złamała się pod jej ciężarem. Zaskoczona krzyknęła, upadając. Odturlała się o kilka metrów, lecz pogoń była tuż za nią. Wątpiła, czy zdoła wstać i się obronić. Lecz czy mogła się poddać? To nie było w jej stylu.
Potężna łapa chwyciła ją za płaszcz i pociągnęła do góry. To był koniec ucieczki. Spojrzała twardo na swoich oprawców, choć czuła potworny strach przed śmiercią. Przecież było jeszcze tyle do zrobienia. Nie zniżyła się jednak do proszenia o litość. Jeśli odejść, to z honorem.
– No, no, no. Co my tu mamy? – zapytał jeden z przeciwników, ściągając jej kaptur z jasnych włosów. – Liga ma ładne kobiety.
– Trzeba ją zabić, a truchło wykorzystać – odparł inny.
– Mam lepszy pomysł – odezwał się kolejny oparty nonszalancko o drzewo. – Suka może nas jeszcze zabawić.
Na jego nieco podłużną twarz wpełzł nieprzyjemny uśmiech, który nie wróżył nic dobrego. Zadrżała, mając złe przeczucia wobec tego.
– Co masz na myśli?
– Mały zakładzik – wyszczerzył zęby. – Niech ucieka. Jeśli przez godzinę nie zostanie przez nas schwytana, dostanie nagrodę. Jeśli zaś ją złapiemy, nagroda przypadnie nam. Co ty na to, suczko?
Szybko przeliczyła szanse. Były niewielkie, ale zawsze pozostawała nadzieja, że uda jej się zmylić pościg i zniknąć w gęstwinie. Lepsze to niż śmierć, bo wątpiła, żeby była szybka i bezbolesna. Musiała coś przedsięwziąć. Tylko czy spełnienie oczekiwań wrogów to mądry ruch? Miała inny wybór?
Kiwnęła głową, zgadzając się na taki układ, choć podejrzewała, że będzie tego żałować. Klamka zapadła. Pomysłodawca sięgnął po kawałek liny i związał jej ręce na plecach.
– Będzie zabawniej – stwierdził.
Nic nie odpowiedziała, skupiając się na zebraniu sił i obserwacji najbliższego terenu. Trochę nie odpowiadało jej, że wstał już dzień i pomiędzy drzewami pojawiły się plamy światła. Słońce nie było jej sprzymierzeńcem.
– Uciekaj. Masz minutę.
Nie czekała. Wiedziała, że żadne zasady jej nie chronią, więc wpadła nieco niezgrabnie pomiędzy drzewa przy akompaniamencie ich drwiącego śmiechu. Doprowadzili ją do takiego stanu, że myślała już tylko o przetrwaniu. I nie była go pewna.
Potykała się co chwilę na wystających korzeniach, kępach młodej trawy, ślizgała po niepewnym podłożu. Za sobą słyszała nieśpieszne kroki pogoni. Bawili się z nią, kpiąc z jej pragnienia życia. Wciąż jednak byli w zasięgu spojrzenia. Wiedzieli, że ze związanymi z tyłu rękoma będzie jej trudniej coś wymyślić. Wydawało się, że z góry jest skazana na porażkę.
Rzuciła się w bok, gdy huknął strzał. Kula wbiła się w drzewo, kilka drzazg wleciało w powietrze. Kluczyła coraz bardziej, lecz tylko traciła przewagę. Słyszała ich obelgi pod swoim adresem. Miała coraz mniejsze szanse. Wiedziała, że przyjdzie jej tu zginąć.
Nie potrafiła określić, ile czasu minęło na takim igraniu. Jednak w końcu zabawa w strzelanie do ruchomego celu im zbrzydła. Z każdą chwilą byli coraz bliżej, a ona nie miała już siły na dalszą ucieczkę. Mimo to nie zatrzymała się, potykając na każdym kroku. Wciąż tliła się w niej nadzieja, że jakoś się wymknie.
Dopadli ją. Czyjaś noga podstawiła jej haka, upadła boleśnie na ziemię, rozbijając sobie nos i zdzierając skórę z policzka. To był koniec. Lada chwila jej życie się zakończy.
Nikt nie zwrócił uwagi na zbliżający się tętent końskich kopyt. Ona była zbyt przerażona, oni zbyt zajęci wymierzeniem bolesnych ciosów. Nikt nie był przygotowany na to, że ziemia po ich stopami wybuchnie i oprawcy zostaną rozrzuceni na wszystkie strony. Jeden miał pecha, nabijając się na ułamaną jeszcze przed zimą gałąź. Dwóch innych straciło przytomność.
Zakapturzony jeździec zatrzymał ostro gniadą klacz, która stanęła dęba, wyhamowując. Błysnęła katana o czarnej rękojeści, opadła na podnoszącego się przeciwnika z szybkością pantery. Nawet nie jęknął, gdy ostrze rozorało jego ciało aż do pępka. Inny mężczyzna dostał sai prosto w serce i upadł na plecy. Kula nie zrobiła jeźdźcowi żadnej krzywdy, minęła zakapturzoną głowę o milimetry. Strzelec zaś uniknął pierwszego cięcia z góry, lecz tego pod skosem nie zdążył. Kręgosłup trzasnął pod wpływem miecza. Pozostałych wrogów czekał podobny los.
Sznur wiążący nadgarstki blondynki został przecięty, a ona sama dostrzegła twarz swojego wybawcy.
– Wygląda na to, że zdążyłam na czas, Isabel.
– Vivian.
Walker odwróciła się błyskawicznie i rzuciła drugim różanym sai, które wbiło się w rękę ostatniego żyjącego napastnika.
– Nawet nie próbuj – warknęła.
Mężczyzna zamarł z przerażenia. Przecież nie wydał ani jednego dźwięku, gdy sięgał po ukrytą broń, a ta piekielna dziewucha zauważyła. Kim ona była?
Isabel roztarła obolałe nadgarstki. W kilku miejscach skóra była zdarta do krwi, co tylko potwierdzało, jak bezlitośni byli napastnicy. Była też poobijana, ale obyło się bez poważniejszych ran. Co prawda straciła również broń i konia z jukami, ale przynajmniej żyła.
– Dziękuję ci, Vivian. Ocaliłaś mnie.
– Drobiazg. Pokaż te ręce.
Z torby przytroczonej do siodła wyjęła zioła i świeże bandaże. Chciała przynajmniej powierzchowne rany Isabel opatrzyć, zanim dotrą do jakiegoś bezpiecznego miejsca. Poza tym była jeszcze jedna sprawa, którą musiała się teraz zająć.
Gdy skończyła opatrunek, wstała i podeszła do ostatniego z napastników. Choć bardzo się starał, nie mógł wyszarpnąć widełek z ręki i drewna. Jedynie dołożył sobie bólu.
– Purpurowe Tygrysy, ta? – zapytała, podkładając mu ostrze katany pod gardło.
– Nic ci nie powiem – odparł.
– Mówisz? Zobaczymy.
Delikatnie nacisnęła ostrze, rwąc skórę do krwi. Nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, więc postanowiła zrobić to inaczej. Jej skóra na moment przybrała szary odcień, na czole pojawiły się stygmaty.
– Jesteś wrogiem, więc nie będę miała wyrzutów sumienia, używając ich mocy – stwierdziła. – A teraz odpowiedz na pytanie. Skąd wiedzieliście, gdzie się zasadzić?
Mężczyzna milczał uparcie. Pozwolił sobie na złośliwy uśmiech, który szybko zgasł, gdy poczuł, jak jego lewa noga wykręca się nienaturalnie. Wrzasnął boleśnie i ze strachem, bo nie miał pojęcia, co się dzieje. Przecież ta kobieta nawet go nie dotknęła. Niespodziewanie przestało.
– Rozwiązało ci to język? – zapytała. – Mogę tak cały dzień, jeśli trzeba.
– Pieprz się – wydyszał.
Vivian westchnęła. Już teraz widziała, że więcej się natrudzi, niż dowie. Szkoda czasu na próżną zabawę. Kark mężczyzny sam odskoczył w bok, ohydny trzask wypełnił ciszę, a ciało opadło.
– Zbierajmy się stąd.
Pomogła Isabel wstać i wsiąść na konia. Sama zajęła miejsce za nią.
– Możemy poszukać moich noży? – zapytała blondynka.
– Nie musimy.
Zawróciła klacz i ruszyła galopem pomiędzy drzewa. Kilka minut później ich oczom ukazał się uwiązany koń, którym podróżowała Isabel przed walką.
– Skąd on tutaj?
– Błąkał się niedaleko. Wtedy domyśliłam się, że masz kłopoty i zaczęłam cię szukać. Potem wpadłam na pierwsze trupy.
– Więc miałam prawdziwe szczęście – uznała Isabel. – Sądziłam, że sobie poradzę, ale było ich zbyt wielu. Zasadzili się na mnie w dwóch pobliskich miejscach. Ci, których zabiłaś, byli z tej drugiej grupy.
– Skąd wiedzieli? – zastanawiała się głośno Vivian. – Nie odkryliśmy szpiega. Rada kogoś przeoczyła?
– To nie powinno być możliwe. Współpraca z Tygrysami oznacza złamanie przysięgi. W głowie mi się nie mieści, żeby ktoś miał zrobić coś takiego.
– Popraw mnie, jeśli się mylę, ale przysięgę składają tylko Cienie. Pozostałych pracowników to nie dotyczy.
– Ci ludzie są wieloletnimi współpracownikami. Poza tym tylko wąska grupa wie o naszych celach. To powinno być niemożliwe. Do tego ustalenie drogi nie jest takie proste.
– Chyba że wiedzieli, skąd nadjeżdżałaś – zauważyła Vivian. – Choć to nadal wygląda źle. Jeśli naprawdę mamy zdrajcę, wszyscy są w niebezpieczeństwie. Purpurowe Tygrysy mogą łatwo wejść do kwatery głównej i rozpocząć rzeź.
Isabel zadrżała na samą myśl. Byli w dużo gorszej sytuacji, niż sądzili. Nie pamiętała, aby coś takiego zdarzyło się kiedykolwiek w Lidze. Już samo to, jak bardzo zagrażali im zwykli ludzie, potrafiło wzbudzić obawy. Nie mieli przecież żadnych specjalnych umiejętności, jedynie wiedzę i prawdopodobnie jakieś demony na podorędziu.
– Nie mów tak nawet, bo wykraczesz.
– Trochę za późno.
W milczeniu dotarły do najbliższej, przydrożnej gospody. Było już późne popołudnie i w okolicy zaczęły krążyć pogłoski o masakrze w lesie. Niektórzy twierdzili, że to robota wilczej watahy, inni widzieli w tym nieczyste siły, ale najczęściej mówiło się o bitwie. Wszyscy wyglądali zwycięskiej bandy, więc dwie sylwetki Cieni ledwo zostały przyuważone. Lepiej dla nich, bo nikt nie zadawał zbędnych pytań.
Dopiero teraz Vivian mogła zająć się ranami Isabel. Siniak na twarzy paskudnie opuchł i musiała zrobić jej odpowiedni okład, skoro nie zgodziła się, aby Walker użyła innocence.
– Powinnaś oszczędzać siły – powiedziała w odpowiedzi. – Nie jesteśmy jeszcze na miejscu, a trudno powiedzieć, co się może wydarzyć.
Musiała przyznać jej rację. Nie miały pewności, czy Tygrysy nie są na ich tropie lub nie czają się jeszcze w jakimś miejscu. Należało uważać na dalszą drogę, a później w czasie powrotu.
Nie miały szczęścia. W gospodzie nie było telefonu, więc nie mogły poinformować Rady o niespodziewanych okolicznościach, jakie napotkały. Opóźnienie misji nie było aż tak istotne jak ostrzeżenie innych Cieni przed zasadzkami. Nieświadomi mogą zginąć z ręki czającego się po rowach wroga. Jeśli miały szansę temu zapobiec, musiały zrobić ku temu wszystko, co w ich mocy.
– Powinnyśmy tu zostać na noc? – zapytała Vivian.
Stała przy oknie i obserwowała podwórze gospody. Była nieco niespokojna przez sytuację, w jakiej się znalazły. Nie wiedziała, skąd nadejdzie kolejny atak, a miały do wykonania swoją robotę. Wszystko było przeciwko nim.
– Straciłyśmy trochę czasu – zauważyła Isabel. – A ja czuję się lepiej po kąpieli i sutym posiłku. Może po prostu zmieńmy trasę.
Wyciągnęła mapę okolicy i zaczęła ją analizować. Droga, którą sobie wyznaczyły, teraz mogła być pod strażą wroga, a lepiej byłoby uniknąć walki na tyle, na ile to możliwe.
– Musiałybyśmy nadłożyć spory kawałek drogi – westchnęła po kilku chwilach.
Vivian podeszła do stołu i spojrzała na nową trasę. Uśmiechnęła się, dostrzegając inną możliwość.
– Nie, jeśli przetniemy las – wskazała.
– To niebezpieczne. Możemy trafić na okoliczne bagniska albo zabłądzić.
– Już tu kiedyś byłam – przyznała. – Wiem, którędy jechać, by było bezpiecznie.
– Jesteś pewna?
– Co prawda minęło kilka lat, ale nie powinnam mieć większych problemów z pokonaniem tego lasu.
Nie powiedziała towarzyszce wszystkiego, uznając, że na razie ta wiedza nie będzie jej potrzebna. Poza tym nie miała pewności, czy jej się to spodoba, a nie chciała nadkładać całego dnia tylko po to, by uniknąć bandy popaprańców.
– Ufam ci, Vivian.
– O zmierzchu ruszamy.
Isabel czuła niepokój, odkąd tylko wjechały w las. Normalnie takie zachowanie było niemądre i groziło poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. Ufała jednak, że Vivian wie, co robi. Może i czasami była lekkomyślna, ale chyba nie naraziłaby towarzyszki na niebezpieczeństwo. Zdążyła już trochę dorosnąć i dojrzeć jako Cień.
Wilcze wycie odezwało się nadspodziewanie blisko. Konie potrząsnęły gniewnie łbami, lecz Cienie utrzymały je w ryzach. Isabel spojrzała na niewzruszoną dźwiękiem Vivian, która zatrzymała klacz, gdy znów usłyszały wilcze nawoływania, po czym uniosła dłonie do ust i sama zawyła.
– Co ty robisz? – zapytała Isabel.
W tle usłyszały odpowiedź. Wataha zbliżała się do nich i coraz ciężej było utrzymać wystraszone konie na wodzy.
– Zaufaj mi – rzuciła tylko Vivian.
Wymieniła z wilkami jeszcze kilka nawoływań. Te były już bardzo blisko, co skłoniło Isabel do sięgnięcia po nóż.
– Odłóż broń. Zostaw to na mojej głowie.
– Ale…
– Spokojnie. Nie zrobią nam krzywdy.
Z mroku wyłoniły się sylwetki jeźdźców. Otoczyli Cienie zwartym kręgiem, zaś jeden z nich wysunął się naprzód. Dość łatwo było dostrzec, że są uzbrojeni, nawet się z tym nie kryli. Ich płaszcze wykonane zostały z wilczych skór.
– Czy nie mówiłaś, że już nie wrócisz? – zapytał jeździec.
– Nie wróciłam, lecz las jest moją drogą.
– Las należy do nas.
– Przybyłam prosić o przewodnika.
– Czemu nie podróżujecie traktem? Czyżby to na was czekali tamci mężczyźni?
– Ilu ich jest?
– Ze trzydziestu będzie. Rozbili się przy trakcie w trzech grupach na długości stai. Są dobrze uzbrojeni, lecz nie wyglądają na żołnierzy. Kim są?
– Wrogami – odparła krótko.
– Dobrze płacą za twoją głowę?
– Wątpię.
– Mają też pustą klatkę.
– Wypuścili coś?
– Gdyby tak było, las by nam o tym powiedział. Nie podejdziemy bliżej bez pewności, że zwyciężymy.
– Mądra decyzja.
– Nie objechałaś lasu.
– Szkoda mi czasu na walkę i długie podróże. Dasz nam przewodnika, Tars?
Mężczyzna wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. Przez chwilę mierzył Vivian spojrzeniem. Konie niespokojnie parskały, napięcie było doskonale wyczuwalne. Jeden zły ruch i jeźdźcy rzucą się na Cienie z bronią.
– To kosztuje. Wiesz o tym.
– Pieniądze nie stanowią problemu.
– Nie chcę pieniędzy.
Vivian skrzywiła się krótko. Nie pozostawiał jej jednak zbyt wielkiego wyboru, jeśli chciała uniknąć kłopotów.
– Wolałabym nie tracić czasu – zauważyła.
– Kilka chwil nie zrobi różnicy.
– Tutaj?
– W wiosce. Nie jestem zwierzęciem.
Nie odpowiedziała, choć słowa cisnęły się jej na usta. Wolała go nie denerwować, skoro był w dobrym humorze i zażądał tylko takiej ceny. Zawsze mogło być gorzej. Podejrzewała, że wyczuł interes dobry dla niego w tej sytuacji, a nigdy nie był skory do targów. Co prawda nadal miał u niej dług wdzięczności, ale to nie dawało jej takiej przewagi, jaka mogłaby skłonić go do wykonania każdej prośby.
Isabel zbliżyła się do Vivian, gdy tylko ruszyli dalej. Nie podobało jej się to.
– Kim oni są? – zapytała szeptem.
– Okoliczni zbóje nazywani wilkami. Nie martw się, mają swój honor.
– Skąd ich znasz? Byłaś jedną z nich?
Vivian zaśmiała się krótko.
– Byłam ich łupem. Puścili mnie tylko z powodu długu wdzięczności, po tym jak zabiłam uzurpatora. Dobierał się do mnie, choć nie byłam jego zdobyczą – wyjaśniła.
Wiedźma już o nic więcej nie zapytała. Czasami lepiej nie wiedzieć, a nie chciała też w jakiś sposób sprowokować watahy do nierozsądnych czynów.
Wioska w rzeczywistości była zbieraniną szałasów skrytymi pomiędzy drzewami. Łatwo było ją przeoczyć, gdy nie wiedziało się, czego szukać.
– Twoja koleżanka może odpocząć tam – wskazał Tars. – Szałas jest pusty i nikt jej nie będzie przeszkadzać. Przyjdź za chwilę do mnie. Wyruszycie o brzasku.
– Zależy nam na czasie.
– O brzasku – powtórzył.
Vivian tylko prychnęła. Już zapomniała, jaki Tars potrafi być uparty. To nadal zapewniało mu pozycję alfy w watasze.
Klacz uwiązała do drzewa przy wydzielonym szałasie i ją rozkulbaczyła. Isabel zrobiła to samo, choć rozglądała się niespokojnie.
– Naprawdę chcesz to zrobić? – zapytała.
– To nic wielkiego – wzruszyła ramionami Vivian. – Nie patrz na mnie jak na ofiarę.
– Nie podoba mi się to.
– Spróbuj odpocząć. O brzasku ruszamy.
Zostawiła ją w wejściu do szałasu, kierując się do tego należącego do Tarsa. Nie przywiązywała do tego aż tak wielkiej wagi. Zresztą tylko na osobności alfa wykazywał się rozmownością i zamierzała to wykorzystać.
– Ciepło – stwierdziła, gdy wsunęła się do środka.
– Trochę wygody we własnym leżu nie zaszkodzi.
– Nie ma wilczycy.
– Pochowałem ją zeszłej wiosny.
– Przykro mi.
– Tak musiało być. Gdy skończymy, chętnie dowiem się czegoś więcej o tych zbrojnych.
Nie zdążyła odpowiedzieć, gdy pchnął ją na miękkie skóry. Przyjęła jego zasady, choć myślami krążyła wokół całkiem innej postaci.
O brzasku przewodnik zarządził wyjazd z rozgorączkowanej przygotowaniami do wyprawy wioski. Na pytanie Isabel o cel nikt nie odpowiedział i niedługo później zostawili to za sobą. Przewodnik nie był rozmowny, Vivian zaś drzemała w siodle. Nic nie zakłóciło ich podróży.
– Wyjście z lasu – poinformował przewodnik około południa. – Alfa kazał przekazać, żebyś się tu więcej nie pokazywała.
– Słyszałam za pierwszym razem – odparła spokojnie Vivian. – Dzięki za pomoc.
Mężczyzna nic nie powiedział. Kilka chwil później zniknął pomiędzy drzewami, jakby nigdy go tu nie było. Cienie natomiast wyjechały na trakt. Ich cel był już blisko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s