Hito wa dare mo hitori botchi de Kodoku na tabi wo tsuzukete ikiru Anata ni tadoritsuku hi made Sou omotte ita

Osada na horyzoncie otoczona była wałem ziemi imitującym mur. Przypominało to nieco umocnienia z dawnych czasów, lecz najwyraźniej mieszkańcy uznali, że to wystarczy do obrony przed dzikimi zwierzętami i bandami zbójeckimi. Dookoła były pola uprawne, jeszcze nieobsiane, nie licząc tych upraw, które sadzono przed zimą. Trudno więc było określić, czy to wioska czy miasteczko.
Już z daleka było słychać krzyki świadczące o jakiejś awanturze. Coś się działo na głównym placu tuż przed wieżą kościoła. Jednak przez tłum z daleka trudno było dostrzec serce całego zamieszania. Nikt też nie zauważył dwójki zakapturzonych jeźdźców, którzy galopem pokonali drewnianą, lichą bramę i zmierzali do centrum.
Im bliżej, tym wyraźniej było widać stos drewna usypany na ognisko. Wątpliwe, żeby miało być to radosne świętowanie, skoro tuż obok okładano kamieniami młodą, rudowłosą dziewczynę w cienkiej, zaplamionej krwią szacie. Wszystkiemu ze spokojem przyglądało się dwóch księży, co stawiało osadę bliżej miana miasteczka. Wsie rzadko kiedy mogły pozwolić sobie na dwóch duszpasterzy.
Vivian pogoniła klacz, roztrącając tłum pierzchający ze strachem spod końskich kopyt. Zatrzymała się dopiero przy dziewczynie, powstrzymując tym samym dalsze kamieniowanie. Isabel dołączyła do niej po chwili i sprawnie zeskoczyła z siodła. Gdy wyciągnęła rękę do rudej, ta skuliła się ze strachu.
– Co tu się dzieje? – warknęła Vivian.
– Wymierza się sprawiedliwość pomiotowi szatańskiemu – odparł burkliwie starszy z księży.
Cienie uznały, że był proboszczem tutejszej parafii, ten drugi zaś musiał być wikariuszem.
Klacz zatańczyła niespokojnie, lecz Vivian powstrzymała ją przed ruchem.
– Jak dla mnie to tylko młoda dziewczyna – stwierdziła.
– Dowody świadczą, że to czarownica – odpowiedział proboszcz. – Z diabłem tańcuje, uroki rzuca i krzewi bałwochwalstwo. Do grzechów się przyznać nie chce. Tylko ogień może zniszczyć to plugastwo.
– Proszę, proszę, święta inkwizycja się znalazła – zakpiła Vivian.
Na szczęście nie przyszło jej żyć w czasach, gdy wszelka odmienność była wiązana z mocami piekielnymi. Znała jednak te historie. Nikt nie był bezpieczny, nawet potencjalni egzorcyści i Cienie. Pamiętała spotkanie z wieszczką sprzed kilku lat. Od niej usłyszała, że istniał jeszcze jeden Anioł Lucyfera, lecz niedane mu było zrobić czegokolwiek w sprawie wojny z Earlem. Święta Inkwizycja posłała go na stos.
– Kim jesteście, że negujecie boskie prawa? – zapytał proboszcz.
– Isabel, kogóż tam mamy? – Walker go zignorowała.
– Pobitą, zagłodzoną dziewczynę – odparła Wiedźma. – Ani śladu po czarach i urokach.
– Tak myślałam. Nie śmierdzi czarownicą. Stos do rozbiórki.
Isabel pomogła usiąść dziewczynie, dzięki czemu można było w końcu zobaczyć jej szafirowe oczy. Nawet pomimo czerwonych, zapuchniętych powiek były piękne. Rzadko zdarza się taka uroda wśród najniższej warstwy społecznej.
– To czarownica – upierał się proboszcz. – Diabłom wynosi żywność, na kogo spojrzy, tego czaruje. Mężczyzn bałamuci.
Vivian ściągnęła płaszcz i rzuciła go Isabel, by okryła drżącą dziewczynę. Uśmiechnęła się prześmiewczo.
– Człowiek Kościoła nie powinien wierzyć w czary – powiedziała. – A tym bardziej pobłażać swojej chuci i oskarżać o to dziewczynę.
Proboszcz zrobił się czerwony ze złości na tę jawną kpinę. Mierził go sam widok dwóch uzbrojonych kobiet i gotów był oskarżyć również je o spiskowanie z ciemnymi siłami.
– Jesteście niewymownymi – odezwał się wikary. – Tylko oni potrafią jednoznacznie powiedzieć, czy oskarżony miał kontakt z czeluściami piekielnymi. Nie słyszałem jednak, by w ich szeregach pojawiały się kobiety.
Vivian spojrzała na Isabel. Pierwszy raz słyszała, żeby ktoś nazywał Cienie mianem „niewymownych”. Wiedźma tylko uśmiechnęła się lekko.
– Im mniej o nas wiadomo, tym lepiej – odparła. – Nasze działania nie powinny zaburzać normalnego życia.
– To niedopuszczalne! – wrzasnął czerwony ze złości proboszcz. – Obraza majestatu Najwyższego! Tak zdradzieckie stworzenie, zaprzedające rodzaj ludzki szatanowi w skórze węża, miałoby służyć jako niewymowni? Bluźnierstwo. Samo ich istnienie jest grzeszne. Pełne niepohamowanej żądzy…
Zamilkł, gdy ostrze Czarnej Róży znalazło się na jego gardle. Vivian miała dość słuchania tych bzdur. Średniowiecze dawno się skończyło, choć proboszcz chyba tego nie zauważył.
– Jeszcze jedno słowo i ręka mi się omsknie – zagroziła. – Przypomnij sobie, plebanku, że na świat również wydała cię kobieta. To stworzenie, które nazwałeś plugawym dziełem szatana.
– Ksiądz Mark się zagalopował – odezwał się wikary. – Nadal to niezwykły widok uzbrojonych, podróżujących niewiast, które mają dar dawania nowego życia. Samo przynosi skojarzenia z dość niepochlebnymi czynami.
– Nie ocenia się po pozorach – zauważyła Vivian.
– Grzech to, lecz natura człowieka skora jest do grzechu.
– Dość elokwentny jesteś jak na wiejskiego księdza – przyznała, chowając broń. – Jednak tego ciemnogrodu nie powstrzymałeś.
– Czyny tej panny wielce wskazywały na konszachty z siłami piekielnymi. Nie o jej wygląd się rozchodzi, lecz o to, co się ostatnio wydarzyło. Wymyka się z jedzeniem, bydło zaczęło padać bez konkretnej przyczyny, słyszano, jak mówi niby do siebie, niby do ducha jakiego.
– Co z tym bałamuceniem? – uniosła brew.
– Sama spójrz w jej oczy. Czas jej już za mąż, a każdemu odmawia – odparł wikary.
– Prawdziwa czarownica narobiłaby większych szkód – odparła Isabel. – Zwierzęta wam padają, bo jedzą trujące zielsko, które się tu w pobliżu zalęgło. Widziałam po drodze.
– Rzeczywiście wśród pierwszych traw wzeszło jakieś nowe zioło – odezwał się ktoś z tłumu.
– Naprawdę wam nie wstyd? – zapytała Vivian, rozglądając się po zgromadzonych. – Zamiast poszukiwać prawdziwej przyczyny trzymacie się jakiś zabobonów. To, co chcieliście zrobić, to morderstwo. Wszyscy bylibyście winni.
Miała nadzieję, że tyle wystarczy, by wybić im z głów powtórkę z rozrywki. Teraz, gdy tu były, na pewno nikt się nie ośmieli. Jednak po ich wyjeździe szaleństwo mogło zacząć się na nowo. Potrzeba było rozsądku, nie strachu przed nieznanym i straszenia diabłem. To miało tylko odwrotny do oczekiwanego skutek.
– Gdzie możemy się zatrzymać? – zapytała Isabel. – Tej dziewczynie należy opatrzyć rany. Musimy z nią też porozmawiać.
Nikt nie kwapił się do udzielenia gościny dwóm uzbrojonym nieznajomym i dziewczynie, którą oskarżono o czary.
– Na plebani jest sporo miejsca – odezwał się wikary.
Proboszcz chciał zaoponować, ale jedno ostre spojrzenie Vivian go uciszyło.
– Dziękujemy.
Plebania rzeczywiście była dość przestronna. O wiele za duża na dwóch księży – ich gospodyni mieszkała osobno ze swoją rodziną. Nie kręciła nosem na gości, chyba nawet była im rada, bo zaczęła przygotowywać jedzenie bez konieczności proszenia ją o to kilkukrotnie.
Vivian wykorzystała dostęp do telefonu i skontaktowała się z Radą. Przekazała im wieści dotyczące Purpurowych Tygrysów i swoje podejrzenia. Było jej ciężko oskarżać kogoś ze współpracowników o współpracę z wrogiem, ale w tej chwili była to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń. Zwłaszcza że Isabel nie była jedynym Cieniem zaatakowanym w ostatnim czasie. Większości udało się wyjść cało z opresji, ale mieli też ofiary śmiertelne. Śledztwo trwało, lecz było bardzo utrudnione. Cień zdrajcy sprawiał, że nawet Rada nie miała pewności, komu mogą zaufać.
W tym czasie Isabel zajęła się ranami rudowłosej dziewczyny. Skrzywiła się, widząc, jak bardzo jest zagłodzona i wyziębiona. Najwyraźniej przez kilka dni próbowano zmusić ją do przyznania się do winy. Do tego dwa złamane żebra, wybity palec i mnóstwo siniaków. Z jednej strony to okrucieństwo mierziło Wiedźmę, z drugiej i tak miała wiele szczęścia. Gdyby w pobliżu był jakiś samozwańczy łowca czarownic, zrobiłby jej dużo poważniejszą krzywdę. I pewnie nieodwracalną.
– Jak ci na imię? – zapytała, przemywając kolejną ranę.
– Tris.
– Masz tu jakiś bliskich?
– Tylko starą ciotkę, ale wyrzekła się mnie, gdy zostałam oskarżona o czary. Ale ja naprawdę nie jestem czarownicą.
– Wiem – uśmiechnęła się Isabel. – Umiem to rozpoznać. Gdybyś była prawdziwą czarownicą, osobiście pozbawiłabym cię życia.
– Naprawdę się tym zajmujecie?
– To raczej moja działka. Vivian częściej zajmuje się demonami, lecz tym nie powinnaś się martwić. Skup się na zregenerowaniu sił, a potem porozmawiamy o tym duchu, z którym podobno rozmawiałaś.
Tris zbladła. Przez chwilę bezskutecznie próbowała wydusić z siebie jakąś odpowiedź. Isabel trochę to zaskoczyło, nie takiej reakcji oczekiwała.
– W porządku, Tris?
– Dlaczego to was interesuje?
– Kogoś szukamy. Możliwe, że to ta osoba.
– Co chcecie z nim zrobić?
– Na początku porozmawiać. Nie martw się, nie chcemy zrobić nikomu krzywdy.
Tris kiwnęła bez przekonania głową. Isabel nie wypytywała jej o więcej w tej chwili. To może poczekać, aż dziewczyna poczuje się lepiej. Teraz ważne jest jej opatrzenie i nakarmienie.
– Jak sytuacja? – zapytała, gdy Vivian do nich dołączyła.
– Nijak. Mam tylko więcej złych wiadomości, których nie chcesz słyszeć.
– Jak tak dalej pójdzie, nie będziemy mogli normalnie wypełniać swoich obowiązków.
– Nie o to im chodzi? – zasugerowała Vivian. – Wykończyć nas psychicznie? Cwani są.
– Tym bardziej trzeba znaleźć rozwiązanie.
Vivian rozglądnęła się po pokoju.
– Gdzie ta dziewczyna?
Isabel odwróciła się, ale nie dostrzegła Tris na krześle, na którym rudowłosa jeszcze chwilę temu siedziała. Zniknęła też jej sukienka, a okno było otwarte.
– Uciekła – stwierdziła z zaskoczeniem Isabel.
– Jak to uciekła? Nie miała powodu.
– Ten duch, o którym mówił wikary… To może być nasz cel. Gdy o tym wspomniałam, zdenerwowała się. Pewnie poszła go ostrzec.
Vivian przeklęła szpetnie. Z jakiegoś powodu dziewczyna wzięła je za zagrożenie, choć ją uratowały. Cóż, najwyraźniej została tak zaszczuta w czasie oskarżenia, że obawiała się wszystkich. Chyba nie można jej winić.
– Idziemy. Szykuj się – podjęła decyzję Walker.
Okazało się, że ucieczka Tris była trochę bardziej problematyczna, niż się początkowo wydawało. Dziewczyna zabrała konia i na jego grzbiecie uciekła z wioski. Na szczęście nie dbała zbytnio o to, by zatrzeć za sobą ślady. Za bardzo się śpieszyła, by o tym pomyśleć.
W ten sposób, czy tego chciała czy nie, poprowadziła Cienie do kryjówki swego tajemniczego przyjaciela. Była to grota. Wyglądała na naturalną, może kiedyś zamieszkała przez jakieś zwierzę. Teraz jednak do środka prowadził trop pozostawiony przez Tris.
Konie zostawiły na zewnątrz, spokojnie pasły się na trawie. Kobiety zaś weszły do jaskini, nie czyniąc żadnego niepotrzebnego hałasu. Ciemności im nie przeszkadzały, oczy przyzwyczaiły się dość szybko do zmiany warunków, a na końcu korytarza dostrzegły błysk ognia. Nierozważnie było zostawiać takie znaki, gdy wiedziało się, że jest się przez kogoś poszukiwanym.
Ściszone głosy były pełne emocji. Wyglądało na to, że doszło do sprzeczki, a każda ze stron miała swoje argumenty, których nie chciała odpuścić.
Cienie weszły w krąg światła. Przez chwilę nadal nie zostały zauważone przez kłócącą się parę. Chłopak był niewiele starszy od Tris. Włosy miał w kolorze piasku, oczy szare, cerę nieco ziemistą, jakby przemęczoną. Jego ubranie też nie wyglądało najlepiej – w kilku miejscach podarte, poplamione ziemią i krwią. Wyglądał na uciekiniera.
– Kim jesteście? – zapytał, zasłaniając sobą Tris.
Chwilę później w jaskini pojawiły się dwa wiry powietrzne. Oba ruszyły w kierunku Cieni.
– Nie chcemy… – zaczęła Isabel.
Musiała uskoczyć. Vivian prychnęła z niesmakiem. Wyglądało na to, że nie mają wielkiego wyboru co do sposobu załatwienia tej sprawy, a naprawdę chciały uniknąć kłopotów.
– Rozmowy odłóż na później – mruknęła Walker.
Sięgnęła po jedno z sai i odskoczyła przed wirem. Ten jednak pomknął za nią, co zmusiło ją do kolejnych uników. Zresztą Isabel miała ten sam problem. Nawet nie mogły zbliżyć się do pary dzieciaków.
Vivian przystanęła i wykonała nieznaczny ruch ręką. Wir, który za nią podążał, odbił się od niewidocznej ściany. Na usta egzorcystki wpłynął zadowolony uśmiech. Chłopak natomiast zbladł. Chyba nie sądził, że ktoś sobie poradzi z taką zasłoną.
– Zabawa skończona, młody.
Ruszyła na niego, ale nie zaatakowała ostrzem. Złożyła dłonie w prostej inkantacji, która odepchnęła chłopaka na najbliższą ścianę i zablokowała mu ruchy. Stracił panowanie nad wirami, które zniknęły.
Tris rzuciła się w stronę Vivian, ale Isabel zdążyła ją złapać. Nie pozwoliła się jej wyrwać.
– Zostawcie go! Zostawcie!
– Uspokój się – poleciła Isabel. – Mówiłyśmy, że nie chcemy zrobić mu krzywdy.
Chłopak próbował się uwolnić, ale nie miał szans. Spojrzał wściekle na Vivian.
– Nawet nie próbuj – ostrzegła go. – Nie wyrwiesz się spod tej bariery, choćbyś nie wiadomo jak próbował.
– Uwolnijcie Tris – zażądał.
– Uwolnimy was oboje, gdy tylko będę miała pewność, że nie będziecie znowu fikać. To niepotrzebne, a nie przyszłyśmy z wami walczyć. I tak byś nie wygrał – uśmiechnęła się Vivian.
Chłopak przyglądał jej się przez chwilę, jakby szukał innego wyjścia niż poddanie, ale w końcu rozluźnił mięśnie.
– Tylko nie róbcie krzywdy Tris – poprosił.
– Jejku, co z tą dziewuchą? – westchnęła Vivian, patrząc na rudą. – Dopiero ocaliłyśmy ją przed stosem. Może trochę zaufania, co?
Tris już się nie wyrywała. Spuściła głowę ze wstydem. Rzeczywiście zawdzięczała tym kobietom życie. Gdyby nie one, płonęłaby właśnie na stosie i nic nie mogłaby zrobić. To strach nią kierował.
– Szukacie Vincenta – odpowiedziała cicho. – Nie wiem, co od niego chcecie.
– Nie zamierzamy go skrzywdzić – odparła Isabel. – Skąd ten strach? Dlaczego Vincent się ukrywa?
Żadne nie odpowiedziało. Najwyraźniej w tym wszystkim było coś, o czym nie wiedziały. Vivian wycofała pieczęć blokującą.
– Przysłała nas Liga Cieni z propozycją dla Vincenta, aby do nas dołączył – wyjaśniła. – Lecz nie zabrałybyśmy go siłą.
– Nie jesteście od tamtych? – zapytał chłopak.
– „Tamtych”?
– Tych drugich. Też noszą takie długie płaszcze, choć w innym kroju. Chcieli, żebym im pomagał, a gdy się nie zgodziłem, próbowali mnie schwytać.
– Purpurowe Tygrysy – stwierdziła Isabel.
– Na to wygląda. Ciekawe, jak go namierzyli – mruknęła Vivian.
– Mają człowieka, który dla nich wróży – powiedział Vincent. – Czy jakoś tak.
– Znasz jeszcze jakieś szczegóły? – zapytała Isabel.
– Wiem tylko, że się do czegoś szykują. No i tu w pobliżu mieli się na kogoś zasadzić.
– To na pewno oni.
– I mają widzącego – skrzywiła się Isabel.
– Widzącego? To widzącym może być mężczyzna? – zapytała Vivian. – Sądziłam, że to domena kobiet.
– To prawda, ale czasami rodzą się widzący. Zwykle nie wytrzymują naporu daru i umierają w wieku dziecięcym. Jeśli ten jest dorosły, to może być problematyczny. To też oznacza, że nie ma zdrajcy.
– Dlatego Rada dotąd nikogo nie znalazła.
– Jest źle.
Cienie analizowały sprawę w oparciu o nowe fakty. Teraz wszystko układało się w zgrabną całość. Stąd wiedza przeciwnika o ich poprzednim ataku, zasadzka na Isabel i ta druga, którą szczęśliwie ominęły.
– Czemu Liga mnie szukała? – zapytał Vincent, odrywając je od rozważań.
– Władasz powietrzem. Liga Cieni zbiera takich ludzi i pomaga im zrozumieć ich talenty, ale tylko pod warunkiem, że tego chcą. Daje im dom.
– W zamian miałbym walczyć z demonami?
– Mówi się, że takie talenty jak twój są zsyłane przez Niebiosa właśnie po to – odparła Isabel. – Ale to od nas zależy, czy w to wejdziemy czy nie. To trudna praca, w ciemnościach, lecz dla wielu to sposób, aby wypełnić pustkę istnienia. Do ciebie należy decyzja.
W perspektywie tego, że szukają go Purpurowe Tygrysy, lepiej byłoby go zabrać do Ligi, ale nie mogły tego zrobić. Złamałyby podstawową zasadę istnienia organizacji. Nawet w tych warunkach byłoby to niewybaczalne.
– Czy… – zaczął Vincent. – Czy w Lidze Cieni znajdzie się miejsce dla Tris?
Vivian spojrzała najpierw na ich dwójkę, potem na Isabel. Ta znajomość stała się zaczątkiem czegoś bardziej trwałego, ale w Lidze były zasady, które mogły to wykluczać. Czy powinny im coś takiego obiecywać?
– Myślę, że coś się znajdzie – powiedziała Wiedźma. – Jeśli nie w samej Lidze, to na pewno nie zostanie bez pomocy.
– Jedź ze mną – poprosił Vincent. – Nic cię tu już nie trzyma.
Tris kiwnęła głową, uśmiechając się lekko. Wyglądało na to, że te dzieciaki naprawdę mają ku sobie. Nadal była dla nich jakaś szansa.
– Dobra. Potrzebujemy dla was koni, ubrań i prowiantu – stwierdziła Vivian. – Wracamy do miasteczka, a potem ruszamy w drogę.
– Nie możemy tego załatwić po drodze? – zapytała Tris.
– Musimy przekazać przełożonym wieści, które przyniósł nam Vincent. Purpurowe Tygrysy to niebezpieczna sekta. Nie możemy pozwolić im na dalsze działania – odparła Isabel. – Nie martw się, z nami nic wam nie grozi.
Powrót do miasteczka nie potrwał długo, ale nie był tak spokojny, jak tego oczekiwali. Vivian pierwsza poczuła w powietrzu krew i sięgnęła po Czarną Różę. Coś było nie tak. Z daleka dostrzegli jakąś bandę. Na oko trzydziestoosobową. Walker skrzywiła się z niesmakiem.
– Wygląda na to, że znudziło ich czekanie – mruknęła.
– Co się dzieje? – zapytała Tris.
– Trzymajcie się z daleka. Wiedźmo.
– Nie ma wyjścia.
We dwie zbliżyły się do centralnego placu. W kałuży krwi leżał wikary, kilku mieszkańców również było martwych, inni poranieni. Za to proboszcz nerwowo wskazywał na nie.
– Tam są te dwie wiedźmy! – wrzeszczał. – Wiedziałem, że kłamią! Chroniły tę rudą zdzirę!
Vivian zmarszczyła nos, słysząc te oskarżenia. Pośpieszyła klacz i przygotowała się do walki. Nie miały wyboru, inaczej Tygrysy będą ich ścigać. Dla takich wrogów nie było litości.
– Dobrze, że sami do nas przyszliście – powiedziała głośno. – Nie musimy was szukać. W imieniu Ligi Cieni skazuję was na śmierć, Purpurowe Tygrysy.
– To my powinniśmy być wam wdzięczni – odparł jeden z nich. – Nie musimy już was szukać.
Mieszkańcy rozpierzchli się w panice, gdy obie strony starły się ze sobą. Dwóch pierwszych przeciwników Vivian zabiła z końskiego grzbietu, po czym zeskoczyła na ziemię i dobiła trzeciego. Nie mieli z nią szans, gdy wirowała z ostrzem katany pomiędzy nimi w śmiercionośnym tańcu.
Isabel również radziła sobie całkiem nieźle. Unikała nawet krótkich starć, zadając jedynie śmiertelne rany. Próbowała się tym samym bronić przed przeciążeniem ciała, które nadal nie doszło całkowicie do siebie po zasadzce w lesie. Przeciwnicy to zauważyli i naparli na nią mocniej.
Na pomoc przyszedł jej Vincent, z końskiego grzbietu posyłając w Tygrysy gwałtowną falę powietrza. Rozrzucił ich po całym placu, kilku niefortunnie uderzyło o ściany budynków i już nie wstało. Wyszczerzył zęby bez żalu, że kogoś zabił. Wtulająca się w niego Tris potrzebowała jego ochrony i po raz pierwszy walczył dla kogoś. To uczucie go upajało.
– Idioto, za tobą! – wrzasnęła Vivian.
Vincent odwrócił głowę, by zobaczyć ostrze włóczni pędzące w ich stronę. Strącił Tris z siodła, jednocześnie zeskakując, lecz broń trafiła go w ramię. Krzyknął z bólu. Wystraszony koń wierzgnął i niemal roztrzaskał im głów, po czym uciekł, pozostawiając ich na pastwę przeciwnika. Byli za wolni. Vincent mógł tylko zasłonić sobą wystraszoną Tris i czekać na kolejny cios.
Ten nie padł. Wróg ze zdziwieniem opuścił uzbrojoną rękę i spojrzał na wystającą z jego piersi różaną rękojeść. Nie rozumiał, kiedy ostrze wbiło się w jego serce. Trup upadł na plecy, by już się nie podnieść.
– Dureń! – krzyknęła Vivian.
Odwróciła się już do przeciwników, których pozostała garstka. Widząc swoją porażkę, próbowali się wycofać, lecz kobieta im na to nie pozwoliła. Nie zamierzała puścić ich wolno. Bezlitośnie cięła nawet w plecy byle tylko zabić i to ostatecznie zakończyło walkę.
Podeszła do pary, patrząc gniewnie na Vincenta. Chłopak przełknął nerwowo ślinę. Schlapana krwią wroga, z mieczem w dłoni wyglądała jak prawdziwy demon bądź bogini wojny. Nie miał pewności, co zrobi.
– Kiedy mówię, że masz zostać z tyłu, to masz to zrobić – warknęła. – W walce musisz zadbać o własne życie, skoro już chcesz kogoś bronić. Jeśli tego nie potrafisz, wycofaj się. Zrozumiano?
– Tak – zdołał tylko wykrztusić.
– Zaraz zajmę się twoim ramieniem – dodała już łagodniej. – Tris, jesteś ranna?
Dziewczyna pokręciła głową, ale nie odezwała się słowem. Najwyraźniej to pierwszy raz, gdy widziała taką walkę.
– Wiedźmo?
– W porządku.
– Mordercy! – wrzasnął proboszcz.
Vivian spojrzała na niego obojętnie. Dookoła mieszkańcy zaczęli wychylać się ze swych kryjówek.
– Masz coś do powiedzenia, plebanku? – zapytała. – Bo wygląda na to, że próbowałeś pomóc niebezpiecznej sekcie, która zamordowała twojego wikarego.
– Ksiądz David próbował was chronić – odezwała się jakaś kobieta. – Dlatego go zabili.
– Oby zaznał wiecznego spokoju. Pochowajcie ich poza osadą. Nie zasługują na pochówek na poświęconej ziemi – odpowiedziała Vivian. – Isabel, Tris, zajmijcie się przygotowaniami do podróży. Ja opatrzę Vincenta. Będziemy na plebanii.
Proboszcz nawet nie zaoponował pod jej spojrzeniem, które obiecywało mu śmierć, jeśli tylko się odezwie. Wolał nie drażnić tej kobiety i pozwolić jej spokojnie odjechać, gdy uzna za stosowne. Tak było dla niego lepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s