I wish I knew what it was like To care enough to carry on I wish I knew what it was like To find a place where I belong, but

Wrzask poderwał wszystkich do góry. Niektórzy sennie przecierali oczy, nie wiedząc, gdzie się znajdują. Inni chwycili za broń przekonani, że to jakiś atak, ktoś biegał we wszystkich kierunkach ogarnięty paniką. Dopiero po chwili każdy z nich zrozumiał, kto tak wrzeszczy w środku nocy.
Dziewczyna głaskała go po siwych włosach. Szeptała uspokajające słowa, lecz strach nie odpuszczał. Gdyby mógł, wymazałby ten obraz z głowy. Choć widział w życiu już wiele różnych okrutnych rzeczy wprawiających innych w obłęd, to jedynie to doprowadziło go do takiego stanu. Niby abstrakcyjne, jednak wizje nigdy się nie myliły. Musieli zareagować.
Do pomieszczenia wpadło kilka osób zaniepokojonych wrzaskiem przerażenia w środku nocy. Nigdy dotąd nic takiego się nie wydarzyło. Owszem, mężczyzna przywoływał ich za każdym razem, gdy coś ujrzał, ale nigdy nie odbywało się to w ten sposób. Cóż to musiała być za wizja, skoro obudził wszystkich dookoła?
– Co takiego ujrzałeś, widzący? – zapytał lider.
– Zabijcie czarnego anioła – wyszeptał tamten. – Zabijcie ją jak najszybciej.
Nic więcej nie powiedział, choć nie było to zbyt precyzyjne. Kolejne odstępstwo od zwyczajowego rytuału przepowiadania. Jednak dopytywanie się niczego nie zmieni. Widzący powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia. Pozostało im rozwikłanie zagadki czarnego anioła.
Nie trwało to długo. Tożsamość przeciwniczki została ustalona. Tak potężne stworzenie byłoby ogromną pomocą w ich planach, lecz skoro widzący rozkazał się jej pozbyć, lepiej będzie to uczynić. Inaczej mogliby wszystko stracić. Szkoda zachodu dla jednej dziewczyny.
– Wyślijcie najlepszych łowczych. Kto ją zabije, zostanie hojnie wynagrodzony – polecił lider. – Nie dajcie jej uciec.
Wielu tych śmiałków już nie powróci, lecz nie zamierzali odpuścić, aż dopadną celu i pozbawią życia czarnego, zbuntowanego anioła. Nic jej już nie ocali.

Instynktownie odskoczyła przed ciosem i wyprowadziła własny. Usłyszała uderzenie, jęk bólu i niewybredne przekleństwo. Uśmiechnęła się pod nosem, wymierzając kolejny atak. Przed tym też się nie obronił. Usłyszała, jak uderza plecami o jedną z kolumn i zachichotała. To było zbyt proste.
– Może powinnam walczyć tylko jedną ręką? – zaproponowała.
– Wątpię, czy to by mi pomogło – odparł Andrew.
Nie musiała widzieć, żeby wiedzieć, że się krzywi. Zaśmiała się tylko i ściągnęła opaskę z oczu.
– Może rzeczywiście nie jestem zbyt dobrym partnerem dla ciebie – stwierdziła. – Masz za dużo braków, zwierzaczku.
– Jestem tu dopiero od kilku miesięcy – przypomniał. – Poza tym nie wiem, czy muszę być na tym samym poziomie co ty.
– Nie lekceważ swojego szkolenia – odparła poważnie. – Wiem, że nie zależy ci na życiu tak bardzo, by walczyć o nie z całych sił. Rada nie zaufa ci całkowicie, jeśli nie zmienisz swojego podejścia.
– Zebrało ci się na mędrkowanie – prychnął.
Vivian wybuchła szczerym śmiechem. Sama dostrzegła, jak to brzmi w uszach chłopaka. Nieważne, że znała to z własnego doświadczenia.
– I co ci tak wesoło?
– Zaczynam rozumieć Arte, gdy się ze mną męczył w tym okresie – odparła.
– Ty miałaś dla kogo żyć.
– Lecz nie potrafiłam tego docenić. Czasami widzimy, ale nie dostrzegamy prawdy zbyt zaślepieni własnymi przekonaniami. A potem jest już zbyt późno.
– Żałujesz?
– Czego?
– Że byłaś taka uparta.
– Trochę. Przez strach zraniłam wiele osób, które próbowały mi pomóc. Dość niewdzięczna ze mnie bestia, co nie uważa, że jest coś niestosownego w śmierci w walce.
– Sądziłem, że to czas przeszły – zauważył.
– Trudno zmienić wieloletnie przekonania. Nadal tak uważam, ale za każdym razem, gdy ruszam w bój, pamiętam, że muszę wrócić do domu. Do mojego miejsca i ludzi, którzy mnie akceptują, choć jestem Aniołem Lucyfera.
Milczeli w drodze do jadalni. Vivian zdawała się odprężona po krótkim sparingu z Andrew, jakby słowa, które padły, nie uderzyły w jej najczulsze punkty. Ktoś, kto nie znał Walker, pewnie by się na to nabrał. Jednak Andrew dostrzegł, że rozmowa o tym nie przyszła kobiecie łatwo. Myślał nad jej słowami, chcąc odpowiedzieć w odpowiedni sposób.
Zmienił o niej zdanie po tym, co opowiedział mu mistrz, gdy go zapytał o Walker. Zaczął dostrzegać, że ten pozór niezainteresowania, jakim niekiedy obdarzała różne sprawy, ukrywa, jak bardzo jej zależy. Wiedział też, że nigdy nim nie gardziła.
– Wciąż masz wybór – powiedział, gdy usiedli przy stole. – Jakby to były szachy, byłabyś królową.
– Jakoś mnie to nie pociesza – odparła. – Zwłaszcza w sytuacji, kiedy obie strony konfliktu krzywią się na moją obecność na szachownicy.
– Brzmisz, jakbyś nie umiała ich sobie podporządkować, a w to nie wierzę.
– Może coś w tym jest, potworku.
Nie miał pojęcia, czy mówi poważnie czy żartuje. Ten pozornie lekki ton nie pasował do tak poważnego tematu. Nie rozumiał, po prostu nie rozumiał. Zachowanie Vivian było dla niego jedną wielką zagadką.
Uśmiechnęła się, gdy zobaczyła zamyślenie na jego twarzy. Nie trudno było zauważyć, o czym tak intensywnie myślał.
– Skup się na sobie, Andrew. Anioła Lucyfera i resztę tego bagna zostaw – poradziła mu. – Inaczej możesz tego żałować.
– Wątpię, skoro nie zależy mi na życiu.
– Są gorsze rzeczy niż śmierć, a jeszcze o nich nie wiesz. Zbyt mało przeżyłeś, potworku.
Zebrała puste naczynia i odeszła, pozostawiając go w zadumie. Może on jej nie rozumiał, lecz ona jego już tak. Wiedziała, jak to jest żyć bez żadnego konkretnego powodu, kiedy na niczym człowiekowi nie zależy i niczego nie pragnie w obawie, że i tak to straci. Było to dość rozpaczliwe i godne pożałowania życie. Gdyby tylko znaleźć jakiś cel…
Pamiętała tamte czasy zbyt dobrze. Była tylko dzieckiem, a jej świat został rozbity przez wojnę, której nie rozumiała, i ludzi, którzy postanowili decydować za nią. Uczepiła się jednej myśli, choć wiedziała, że niewiele jest w tym sensu. Goniła za ułudą, poddawała się, żegnała z życiem, rozpaczliwie łapała wyciągnięte dłonie. Czasami kosztowało ją to zbyt wiele, ale po prostu chciała żyć. Tak po ludzku i normalnie. Jak każdy.
Dopiero odpowiedni ludzie obok sprawili, że miała prawdziwy, sensowny powód do dalszego istnienia. Nadal była egoistką, ale to ci ludzie dookoła byli jej powodem do życia. Chciała ich chronić z własnej, egoistycznej potrzeby posiadania kogoś obok. Bo nikt nie chce być sam. Nawet przeklęty Anioł Lucyfera, który ściąga śmierć na tych, którzy są zbyt blisko.
To jednak musiało zejść na boczny tor, a sama nauka Andrew należała do jego mistrza. Jej nie wolno było ingerować, a nawet nie było teraz na to czasu.
Rada wezwała niemal wszystkie Cienie, tym razem ze wszystkich kast, co nie zdarzało się zbyt często. To tylko pokazywało wagę najbliższych wydarzeń. Prawdopodobnie to kwestia ich być albo nie być, a konflikt z Purpurowymi Tygrysami można było nazwać wojną. To nie nastrajało pozytywnie.
– Pominę wszelkie wstępy – odezwała się Minerwa, gdy ostatnie Cienie przybyły na miejsce. – Kryjówka Purpurowych Tygrysów została odkryta i należy ją zniszczyć z uwzględnieniem ich widzącego i przywódców. Inaczej znów się podniosą.
– Prawdopodobnie wiedzą już, że zaatakujemy – dodał Sigrue. – Będą gotowi do walki, więc nie lekceważcie ich.
Nie padło już ani jedno słowo. Było to zbyteczne, skoro zadania zostały rozdzielone i każdy wiedział, co do niego należy. Czas ruszyć do akcji.
Nie tylko dowództwo sekty miało zostać zaatakowane. Kilka grup Cieni zostało wysłanych do miejsc, w których Tygrysy założyły nowe kryjówki. Im więcej przeciwników zostanie zniszczonych, tym mniejsze ryzyko, że sekta będzie nadal stanowić zagrożenie. Trudno było powiedzieć, czy uda im się zlikwidować Purpurowe Tygrysy raz na zawsze. Nie mieli informacji o każdym członku, więc ktoś może im ujść. To jednak nie oznaczało, że resztki odtworzą organizację, a na pewno nie w najbliższym czasie.
Vivian, Arte i Chang dostali zadanie zabicia widzącego. Rada miała pewność, że mężczyzna jest dobrze chroniony, może nawet przez demony, więc ta trójka po przebiciu się przez wcześniejsze przeszkody, które leżały w gestii innej grupy, miała skupić się tylko na swoim celu.
Każda drużyna podróżowała nieco inaczej, chcąc zachować pozory. Jeśli szczęście im dopisze, widzący nie poinformował jeszcze Tygrysów o zbliżającym się ataku. Poza tym nie chcieli zwracać uwagi postronnych. Kilka zakapturzonych sylwetek nikogo nie zdziwi, kilkanaście już tak.
Ruiny zamku wydawały się opuszczone i niezamieszkałe. Nikt się tu nie zapuszczał, odkąd kilku śmiałków zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach, a ich wnętrzności zostały rozwieszone przy drodze na gałęziach drzew. Od tego czasu mówiło się, że ruiny są nawiedzone i tylko desperaci tam chodzą.
Dookoła nie było żadnych śladów świadczących o rezydentach. Ścieżki musiały być dobrze ukryte bądź często zmieniane tak, aby nie wydeptać ich zbyt widocznie. Jedyne, co świadczyło o mieszkańcach, to aura tego miejsca. Sprawiała, że na plecach pojawiały się ciarki, a włosy stawały dęba. Z daleka krzyczała, że nie należy się tu zbliżać dla własnego dobra.
Cienie nie posłuchały ostrzeżenia. Gdy tylko zapadł zmrok, weszły na teren ruin, spodziewając się wszystkiego. Początkowo jednak nic się nie wydarzyło. Nie uaktywniły się żadne pułapki, nie pojawili się obrońcy. Co prawda była możliwość, że zdążyli się wynieść, nim Liga tu dotarła, ale była ona dość niewielka. Dotąd Tygrysy nie unikały konfrontacji z Cieniami, chcąc je zlikwidować co do jednego.
Dziś nikt nie odpowiedział na rzucone wyzwanie. Ruiny milczały jak zaklęte, choć w powietrzu czuć było napięcie. Grupy rozdzieliły się i ruszyły do swoich wyznaczonych zadań. Plan się nie zmieniał. Nawet jeśli Tygrysów tu nie ma. W pierwszej kolejności mieli to sprawdzić, dopiero potem mogą zastanawiać się, co dalej.
Pierwszy atak nastąpił, gdy tylko jedna z grup zagłębiła się w jakiś zrujnowany korytarz. Cienie odpowiedziały równie gwałtownie, więc przez chwilę trwała zacięta walka o dominację. Żadna ze stron nie znała litości dla przeciwnika, więc szybko w powietrzu zaczęły unosić się zapachy krwi i śmierci.
Vivian cięła wroga przez brzuch i podążyła dalej za Arte i Changiem. Ich cel znajdował się znacznie głębiej w ruinach, więc pomniejszych członków sekty mieli zostawić pozostałym. Inaczej potrwa to zbyt długo. Miała jednak wrażenie, że coś dzieje się poza ich wiedzą. Coś niedobrego, do czego nie powinni dopuścić. Właśnie to przeczucie kazało jej zabić każdego Tygrysa, który był w pobliżu. Nie analizowała tego, nie było na to czasu w ogniu walki.
Doszli do rozwidlenia dróg. Przez kilka ostatnich minut nikogo nie spotkali, uznali więc, że działania wroga skupiły się na głównych grupach. Teraz jednak to się na nich zemściło. Nie mieli bowiem pojęcia, którędy mają iść. Stare plany nic nie mówiły o tym miejscu.
– Nie powinniśmy się rozdzielać – uznał Arte. – Jest nas tylko troje.
– Czworo.
Dopiero teraz zauważyli, że ktoś za nimi podążał. Żadne z nich, nawet Vivian, wcześniej nie usłyszało obecności chłopaka.
– To nie jest twoje zadanie, Andrew – warknęła Walker. – Co tutaj robisz?
– Straciłem mistrza z oczu i się zgubiłem – odpowiedział. – Gdy was zobaczyłem, podążyłem za wami.
– Kłamstwo. Bierzesz nas za głupców?
Vivian złapała chłopaka za przód płaszcza i pchnęła go na najbliższą ścianę. Niczego tak bardzo nie cierpiała jak nieprofesjonalizmu, którym Wolf właśnie się popisał. Rozumiała, że mógł chcieć być w centrum wydarzeń, ale miał swoje rozkazy, które złamał dla kaprysu. To mogło kosztować kogoś życie.
– I tak już nic z tym nie zrobicie – odparł Andrew. – Żadne z was przecież mnie nie odprowadzi.
– Narażasz całą misję – warknęła Vivian.
– Ma trochę racji – Arte położył dłoń na ramieniu przyjaciółki. – Potem za to odpowie. Teraz mamy robotę do wykonania.
Walker odetchnęła, uspokajając się. Zgadzała się z wampirem, teraz coś innego było do zrobienia. Głupie postępowanie ucznia zostanie ukarane, gdy z tego wyjdą.
– Teraz możemy podzielić się na grupy – stwierdziła.
– Chang, weźmiesz ze sobą chłopaka? – zapytał Arte.
– Oczywiście.
– Dobra. Wy idziecie tam, my tu. Uważajcie, mogą czekać na was jakieś pułapki.
– Wy też. Udanych łowów.
Arte ruszył przodem, ale Vivian zawahała się przez chwilę. Miała coś powiedzieć, ostatecznie jednak dała spokój. I tak żadne słowa nie dotrą do Andrew, który był jeszcze na etapie myślenia, że wie wszystko lepiej. Musi się dopiero nauczyć, że taki akt nieprofesjonalizmu może kosztować życie. Jego bądź czyjeś. Jeśli to pierwsze do niego nie dociera, drugie powinno przemówić mu do rozsądku. O ile pamięta, co to odpowiedzialność.
W milczeniu odwróciła się i poszła za przyjacielem, życząc w duchu chłopakowi, aby przetrwał. Chang nie będzie się nim zajmował, miał swoją robotę do wykonania.
Przez długi czas nadal nikogo nie spotkali. To było dziwne i zaczęli podejrzewać, że to lewa odnoga była prawidłowa. To znaczyło, że Chang i Andrew idą prosto do ich celu.
– Wracamy? – zasugerowała Vivian.
– A jeśli się mylimy?
– Cholera. Gdybyśmy wiedzieli, gdzie iść.
– Wtedy nie musielibyśmy się ciągać całą grupą. Zlikwidowanie pozostałych po śmierci widzącego byłoby kwestią czasu.
– To decyduj.
– Sprawdzimy do końca tę odnogę. Chang sobie poradzi. Zaufaj mu.
– A Andrew?
– Przyda mu się lekcja pokory. Czujesz się za niego odpowiedzialna?
– Może trochę – przyznała. – Wiesz, jak to jest, kiedy widzisz kogoś, kto idzie ku destrukcji jak ty sam jeszcze jakiś czas temu.
– Ta, wiem – odparł bez złośliwości. – Spróbuj jemu też zaufać. Głupi nie jest. Jedynie lekkomyślny.
– I tego właśnie się boję.
Wampir zaśmiał się krótko. Widział, jak bardzo Vivian dorosła przez te ponad dwa lata. Stała się prawdziwym Cieniem, który poradzi sobie w każdej sytuacji. Może czasami brakowało jej jeszcze przekonania do sprawy, ale było dużo lepiej niż na początku, gdy przybyła do Ligi. Pewnie sama nie dostrzegała tych zmian zbyt pochłonięta obawami przed własną tożsamością.
Ruszyli dalej w milczeniu. Korytarz kończył się obszerną, pustą salą. Po obu stronach wisiały pokryte kurzem gobeliny obrazujące jakąś historię. Jednak przy niemal całkowitym braku światła trudno było powiedzieć, co przedstawiają. W chwili obecnej Cienie się tym nie przejmowały. Co innego przykuło ich uwagę. Aż ich na moment zmroziło.

Chang i Andrew również nie mieli początkowo szczęścia. Cisza dookoła, ciemność i stęchły zapach ruin. Korytarz prowadził ich coraz dalej i dalej. Prosta droga jakby bez powrotu.
– Nie martwi cię to? – zapytał Andrew.
Li Sung nie odpowiedział. Położył palec na ustach i zatrzymał się, nasłuchując. Chłopak poszedł w jego ślady, ale początkowo niczego nie zauważył. Już miał zlekceważyć zachowanie Chińczyka, gdy podłoga usunęła mu się spod nóg. Nie zdążył nawet ostrzec towarzysza, gdy runął kilka metrów w dół. Uderzenie wydusiło mu powietrze z płuc, a trzask łamanej kości wraz z falą bólu ogłuszył na kilka chwil. Nie był w stanie zorientować się w nowej sytuacji, więc nie zareagował na czas, gdy w bok wbiło się ząbkowate ostrze. Wrzasnął boleśnie i dopiero wtedy spojrzał na swych oprawców. Było ich dwóch, ledwo dostrzegalnych w ciemnościach, ale za to dobrze wyczuwalnych. Z daleka cuchnęli demonami.
– Co my tu mamy? – odezwał się jeden z nich. – Nie wydajesz się człowiekiem.
To potwierdziło, że oni również go wyczuli. Andrew był w kłopotach. Teraz nie dziwił się tak ostrej reakcji Vivian. Głupio wpadł przez swoją brawurę i teraz mógł liczyć jedynie na siebie, a nie miał pomysłu na kontratak. Ale się wkopał. A mógł posłuchać, gdy mówili mu, żeby był posłuszny.
– To nie jego nam wskazano – stwierdził drugi.
Ten pierwszy przyjrzał się dokładnie chłopakowi. W ciemności błysnęły zęby, kiedy się uśmiechnął.
– Ma na sobie pieczęć – oznajmił. – Co masz w środku, Cieniku?
– Pieprz się – syknął Andrew.
Pośpiesznie nakreślił na podłodze prostą inkantację. Uderzyła w przeciwników dość niespodziewanie. Andrew z trudem podniósł się na równe nogi i chwycił za sztylet. Miał złe przeczucia co do tego, co chcieli zrobić, a nie zamierzał dać się pożreć własnej bestii. Takiej śmierci nie chciał.
Nie był dość szybki, gdy uderzył plecami o pobliską ścianę z palcami przeciwnika zaciśniętymi na gardle. Nie zdążył złapać powietrza i teraz rozpaczliwie walczył o każdy oddech. Był za słaby, by się bronić. Bok kłuł niemiłosiernie, złamana ręka tępo pulsowała, a płuca niemal rozdzierały się od środka. Śmierć nie była przyjemnym doświadczeniem, ale przynajmniej kończyła bezsensowne istnienie. Wątpił, żeby ktoś za nim płakał. Niczego też nie zmieni. Był godnym pożałowania półdemonem bez żadnego celu w pozostałym mu życiu. Ta przyszłość w Lidze była tylko ulotnym marzeniem, do którego pozwolił się przekonać, bo jak każdy chciał w coś wierzyć. Zostało w nim coś ze zwykłego człowieka, więc dał się nakłonić, że może żyć lepszym życiem. Ten sen właśnie się kończył.
Z opóźnieniem zarejestrował, że opada na ziemię, a w płucach znów czuje powietrze. Zakrztusił się, a ból na chwilę ustąpił, pozwalając, aby adrenalina dała mu chęć do działania. Podniósł głowę tylko po to, by zobaczyć trzeciego przeciwnika. Z daleka było widać, że to całkiem inna liga. Nawet gdyby Andrew chciał, nie mógł z nim walczyć i myśleć o zwycięstwie. Nie w tym stanie.
Nie rozumiał ani słowa z dziwnego języka, w jakim mówił nowoprzybyły. Po tonie głosu rozpoznał, że to reprymenda wobec jego niedoszłych zabójców. Najwyraźniej mieli inne plany niż pozbawienie go życia.
Próbował się odsunąć, może uciec, ale nie był w stanie wstać. Zastrzyk adrenaliny był za słaby, by dać odpowiednie efekty. Nie stanie do walki, uciec też nie mógł. Dość żałosne położenie jak na młodego adepta sztuk Ligi.
Trzeci Tygrys odwrócił się w końcu do niego. Jego oczy świeciły żółtym blaskiem, choć Andrew nie wyczuwał w nim demona. To nie nastrajało pozytywnie.
– To nie potrwa już długo – powiedział.
Kolejne słowa były niezrozumiałe. Andrew pojął, że to zaklęcie, gdy poczuł ogarniającą go senność. Przez krótką chwilę próbował z tym walczyć, ale bezskutecznie. Ostatnią myślą było stwierdzenie, w jak wielkie bagno wpadł po same uszy. Wątpił, że się z tego wykaraska. Potem stracił przytomność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s