Have to save To save my beloved There is no escape Because my faith is horror and doom

Cios był silny. Ramiona zadrżały jej, kiedy intuicyjnie obroniła się przed atakiem i odskoczyła. Gdyby nie doświadczenie wielu lat i gruntowne szkolenie jej ciało zostałoby rozszarpane. Nie wątpiła w to. Doskonale znała siłę przyjaciela.
Przed nią bowiem stał Arte. Jego oczy błyszczały czerwienią w mroku, dostrzegała kły wystające spomiędzy warg, a postawa wampira wypełniona była chęcią walki. Teraz był jej przeciwnikiem. Nie partnerem sparingowym, nie wygłupiającym się przyjacielem, ale prawdziwym, śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zagrożeniem dla niej, którego nie mogła zignorować.
W jej serce wkradł się strach. Takiego scenariusza nie przewidziała. Sądziła, że w najgorszym przypadku będzie musiała ich wyciągnąć, nie zaś z nimi walczyć. To było ciężkie. Wiedziała, że Arte bierze to na serio i zabije ją, jeśli go nie doceni. Widziała to w jego spojrzeniu i to ją sparaliżowało. Nie chciała robić mu krzywdy, ale wyglądało na to, że nie miała wyboru. Nie powinna się wahać, nie mogła. Powinna potraktować to jak każdą inną walkę na śmierć i życie. Ukryć serce, oczyścić się z emocji, przestać myśleć o innych rzeczach niż zadanie do wykonania. Cień pokonuje wszelkie przeciwności i wraca do domu żywy – tego ją nauczyli. Czytaj dalej

Ogłoszenie

Rozdziału dzisiaj nie będzie. Nie wyrobiłam się z nim na czas przez kilka różnych czynników. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. W przyszłym tygodniu sytuacja powinna się już unormować i rozdział powinien pojawić się normalnie. Przepraszam, że musicie jeszcze poczekać. Pozdrawiam.

Bądź moją walentynką

Chodzenie po mieście początkiem lutego narażało człowieka na wiele niebezpieczeństw. Owszem, było zimno, ulice pokrywała warstwa śniegu, błota lub lodu – po co odśnieżać – a w każdej chwili jakiś nieudolny kierowca mógł stracić panowanie nad kierownicą i wpaść na człowieka. To wszystko było chlebem powszednim mieszkańców. Gdy jednak jest się jeszcze Cieniem na czynnej służbie, kolejnym zagrożeniem jest praca. Nocne polowania to nie spacerek w śniegu, lecz narażanie życia i zdrowia w służbie większej sprawy. Największe jednak zagrożenie czaiło się w czymś innym – niewinnych, czerwonych sercach z papieru.
14 luty – Walentynki – święto wymyślone przez jakiegoś głupca dla jeszcze większych głupców nakręcane przez komercjalizację i rynek. Co roku gdzie by się człowiek nie ruszył, tam atakowały go czerwone dekoracje: serduszka, pluszaki i pełno innego badziewia, które w rzeczywistości miało tylko pobudzić rynek. Czysta ekonomia. Nawet do kawiarni nie można pójść, bo otaczają człowieka wszystkie walentynkowe bzdury. Czytaj dalej

Close your eyes So many days go by Easy to find what’s wrong Harder to find what’s right

Vivian stała na dachu jednego z budynków w miasteczku. Był to chyba kościół, ale na to nie zwracała uwagi, ważne, że górował nad pozostałymi zabudowaniami i pozwalał jej rozejrzeć się po okolicy.
Szukała śladów obecności demona. Gdy tu przybyli, żadne z nich nie czuło zagrożenia, Arte był tym najbardziej zaskoczony, gdyż wyczuwanie takich istot było wpisane w bycie wampirem, a tu nic. Miasteczko było czyste niczym łza. Zupełnie nie pasowało do opisów z dokumentów, które otrzymali od Rady. Przez to też Vivian stała się bardziej podejrzliwa. Życie nauczyło ją, że jeśli coś jest zbyt idealne, to jest to pułapka. Właśnie dlatego postanowiła się rozejrzeć, kiedy towarzysze zorientują się, jak sprawa wygląda wśród mieszkańców.
Był też inny powód – konflikt pomiędzy Arianne a Arte. Wampir nie zamierzał przepraszać czy wyrażać skruchy z powodu zabicia hrabiego von Bornoe, który zaatakował ją na statku, a jej mistrzyni nie chciała uznać jego zachowania. Od tamtego zdarzenia nie minęło wiele czasu, ale żadna ze stron nawet nie próbowała zmienić atmosfery czy spróbować się pogodzić. Vivian chciała od tego odpocząć, ale też dać im możliwość do porozmawiania w cztery oczy. Nie stawała pomiędzy nimi, bo było to zbyteczne, sami musieli rozwiązać tę sytuację. Czytaj dalej

Darenimo iezuni Hitori de nakaeta nayameru Kotomo arudarou

Vivian obudziła się w pustej kajucie, czując, że mdłości ustąpiły. Rozejrzała się, ale nikogo nie dostrzegła. Najwyraźniej Arianne i Arte pozostawili ją w spokoju, żeby przespała chorobę morską nie niepokojona przez nikogo.
To było dziwne. Vivian nigdy wcześniej nie miała dolegliwości związanych z podróżowaniem po wodzie. Zresztą w obecnym stanie równowagi w ogóle nie chorowała, lekkie osłabienie organizmu było najgroźniejszym, co mogło jej się przytrafić, nie licząc ran, a gdy tylko statek wypłynął z portu, zaczęła czuć się gorzej. Nie wiedziała dlaczego. Chorować zaczynała, kiedy równowaga organizmu była zachwiana, a przecież nic takiego się nie działo, nie czuła tego. Cały czas utrzymywała harmonię pomiędzy mocami, więc nie wiedziała, jak to interpretować.
Teraz czuła się lepiej. Najwyraźniej zioła i trochę snu zrobiły swoje i objawy ustąpiły. Obróciła się na plecy, analizując swój stan. Nadal była trochę osłabiona, ale kołysanie nie wprawiało już jej żołądka w ruch. Za kilka minut będzie mogła wstać i odnaleźć towarzyszy, a nawet wyjść na świeże, morskie powietrze. Dawno go nie czuła i było przyjemnie poczuć je znowu w płucach. Czytaj dalej

I don’t know what’s worth fighting for Or why I have to scream I don’t know why I instigate And say what I don’t mean

Dłoń przesunęła się po nagich plecach aż do pośladka. Zamruczała cicho z aprobatą i przeciągnęła się nieznacznie. Nie otworzyła jednak oczu, za dobrze jej się leżało. Palce zacisnęły się lekko na skórze, dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie.
– Ktoś tu jest niedopieszczony – zaśmiała się.
– Najwyraźniej rozpuściłaś mnie za mocno i teraz sobie pozwalam – odparł rozbawiony.
– To źle?
– Nie jestem pewny.
– Zmonopolizowałam cię.
Tak to wczoraj określił Arte w żartach, gdy wspólnie pili na dole. Pewien sens to miało, bo w „Szalonym Kruku” rzadko kiedy spędzała czas z kimś innym.
– Lubisz dominować – zaśmiał się. Czytaj dalej

They know you’re away They know how to break me They know you’re far away

W gabinecie Komuiego czekali już Lavi i Allen, obaj z dokumentami na kolanach i niezbyt zadowolonymi minami. Zresztą Kierownik też nie wyglądał na najszczęśliwszego, kawa dawno wystygła, a on jej praktycznie nie ruszył. To było dziwne i dość niepokojące. Normalnie mężczyzna byłby już po kolejnej dawce kofeiny.
– Jesteśmy w komplecie, więc nie ma sensu przedłużać – zaczął Komui. – W Paryżu grasuje seryjny morderca. Jego ofiarami są młode kobiety w wieku 20-25 lat o brązowych włosach i zielonych oczach.
Teczka wypadła Kandzie z rąk, zwracając uwagę. Podniósł ją i usiadł obok Laviego, który widocznie zbladł. Żaden z nich nie przejrzał jeszcze dokumentów, lecz dwaj egzorcyści, którzy przyszli wcześniej, wiedzieli już, że sprawa jest poważna. Czytaj dalej