The child without a name grew up to be the hand To watch you, to shield you, or kill on demand The choice he’d made he could not comprehend His blood a grim secret they had to command

Kochanej M. z okazji urodzin. Tęsknię ❤

Sufit nie był jakoś szczególnie interesującym obiektem obserwacji. Brakowało na nim czegoś, co zwracałoby uwagę, a jednak w tej chwili spełniał swoje zadanie i pozwolił Vivian się wyciszyć. Skupiona na łuszczącej się farbie odsunęła od siebie wszystkie myśli, a tych przecież było dość sporo. Przez to miała wrażenie, że zwariuje, a nic nie pomagało. Dopiero teraz ten sufit.
Od powrotu z Rimini minął miesiąc. Pierwsze dni były najgorsze, bo jej organizm oszalał. Z trudem wypracowana równowaga przestała mieć znaczenie, gdy osiągnęła punkt krytyczny innocence. Przeciwstawne moce znów zaczęły ze sobą walczyć, co uziemiło Vivian na kilka dni w łóżku w towarzystwie miski. Nie sądziła, że ponowna utrata równowagi będzie tak brzemienna w skutkach. Nie panikowała jednak. Wiedziała, jak to będzie wyglądać, więc pozwoliła, aby wszystko toczyło się własnym tempem.
Gdy tylko wstała z łóżka, zaczęła uczyć się korzystać z pełnego przebudzenia Anioła Lucyfera. W walce z Wisleyem robiła to intuicyjnie, więcej było w tym szczęścia i zaskoczenia przeciwnika niż rzeczywistej wiedzy, co robi. Zresztą gdyby nie przybycie Arte, trafiłaby w ręce Zakonu i nie była pewna, jak to by się skończyło. Leverrier zapewne kazałby ją zamknąć, może nawet zabić, a osłabiona nie byłaby w stanie uciec. Powrót musiał poczekać, aż nauczy się korzystać ze swych mocy w pełni. Czytaj dalej

Chiisai senaka, hosoi kata, yawarakai kami… watashi wa kimi o, kokoro no soko kara mamoritai to omotte iru muboubi na negao da kimi wa ima donna yume o mite iru no darou ka

Bolała go głowa, choć nie przypominał sobie, żeby coś pił. Podniósł się ostrożnie do siadu, rozglądając dookoła. Gdzie był? Siano? Wyglądało na to, że trafił do jakiejś stodoły. Tylko nie do końca wiedział, co się wydarzyło.
– Tu jesteś, durny króliku.
Kanda szarpnął go za ubranie na tyle brutalnie, że zmusił do wstania. Dawno nie widział Japończyka tak wkurzonego, ale nie miał ochoty dać się tak pomiatać. Strząsnął z siebie jego rękę.
– Nie musisz być taki brutalny – odparł.
– Od dwóch godzin wszyscy cię szukają – warknął Kanda. – Myślisz, że możemy tu siedzieć nie wiadomo ile?
– Wybacz, ja… – Zawahał się, próbując znaleźć wytłumaczenie. – Już pamiętam. Spotkałem prawdziwą piękność. Z takich, które rzadko można spotkać w takiej dziurze. Ślicznotka, jakich mało na świecie. Zapytałem ją o tę kobietę w czerni, a gdy się odezwała, przepadłem. Dyskutowaliśmy o wszystkim. Inteligentna, piękna, słodka. Mówię ci, cudo. Czytaj dalej

I’m searching for answers ‚Cause something is not right I follow the signs I’m close to the fire

Zmęczenie było aż bolesne. Każda komórka ciała wyła o litość i odpoczynek. Dawno czegoś takiego nie czuli. Gorsza była tylko świadomość, że jeśli się poddadzą, poniosą porażkę. A to wszystko może zakończyć. Dlatego mimo wszystko nadal stali, nadal walczyli i nadal bronili się. Aż do ostatniej akumy.
Lenalee opadła na kolana i podparła się rękami. Kiedy ostatni raz misja wymagała od niej tyle sił? Chyba zapomniała, jakie to uczucie. Do tego wciąż miała świadomość, że to nie koniec. Akumy to jedno, ale pozostał jeszcze Noah Wiedzy. Musieli przed nim ochronić nowego egzorcystę. Nie wiedzieli, czy to nie Serce, a nie chcieli też kolejnej tragedii. Dość już tego, po prostu dość.
– Link! Carbon!
Głos Allena sprawił, że się podniosła. Nie tylko ona była zmęczona, musiała wspomóc Walkera, bo kolejny przeciwnik był dużo niebezpieczniejszy od poprzednich. Wypoczęty pewnie by sobie z nim poradził, ale teraz? Poza tym nie mogli pozwolić sobie na luksus utraty kolejnego towarzysza. Czytaj dalej

I’m killing them all Put my soul on the line I purify sins that I’ve committed in life I’ll follow them all And I’ll be bringing them down Wherever they go I’m right behind

Andreas był nieco przerażony tym, co zobaczyli w sierocińcu w Lyonie, do którego jego i Kandę wysłał Komui. Gdy dotarli na miejsce, było cicho. Trochę dziwne jak na sierociniec, gdzie powinno być sporo dzieci w różnym wieku. Hałas bądź choćby odgłos normalnego życia powinien rozbrzmiewać w budynku. Jednak na miejscu zastali absolutną ciszę. Poszukiwacze również zniknęli, można było śmiało założyć, że nie żyją.
Weszli do środka z dłońmi opartymi o broń w razie ataku wroga. Ten nie nadszedł. Ich oczom natomiast ukazało się prawdziwe pokłosie rzezi. Ciała dzieci i opiekunów zostały porozrywane i oszpecone, podłoga, ściany, a nawet sufity schlapane były krwią, w powietrzu unosił się odór śmierci.
Kanda nie wyglądał na poruszonego tym widokiem. Przyjrzał się ciałom, sprawdzając parę interesujących go szczegółów.
– To chyba nie jest sprawa dla nas – mruknął Andreas.
Czytaj dalej

Ten pierwszy raz

To spotkanie było zupełnie nieplanowane, niespodziewane i komplikowało wszelkie możliwe sprawy. Nie sądziła, że tak głupio wpadnie, przez tyle czasu skutecznie ukrywała to, że żyje przed egzorcystami, a teraz stała oko w oko z Yuu Kandą, największym wrzodem na tyłku, jaki chodził po ziemi. Wiedziała, że to koniec maskarady.
Minęło dwa i pół roku, odkąd Czarny Zakon był przekonana, że Vivian Walker zginęła w czasie misji. Nie była to prawda, sfingowała swoją śmierć na wyraźne polecenie generałów Zakonu, którzy w ten sposób chcieli ją ochronić przez złymi decyzjami z góry. Vivian bowiem była Aniołem Lucyfera – osobą łączącą w sobie cechy obu stron konfliktu i posiadającą moc, która mogła wywołać Apokalipsę. Jej ciężki charakter sprawiał, że dla władz Zakonu była niepewnym elementem, który należało trzymać pod kluczem bądź zlikwidować. Nikt z nich nie chciał dostrzec, że Vivian jest po prostu człowiekiem, zagubioną w tym wszystkim dziewczyną, którą los doświadczył zbyt mocno pomimo młodego wieku. Czytaj dalej

Itsuka kimi mo dareka no tame ni Tsuyoi chikara o Nozomu no darou Ai ga mune o torae ta yoru ni Michi no kotoba ga Umare de kuru

Vivian lubiła proste misje. Pozwalały jej poczuć odrobinę adrenaliny, a jednocześnie nie zatracić się w walce. Były też szybkie – żadnych podchodów, kombinowania, zbędnego ryzyka. Owszem, polowania wciąż sprawiały jej niebywałą frajdę, ale teraz wykorzystywała coś więcej niż sam instynkt. Już nie była bestią, lecz inteligentnym, niebezpiecznym łowcą, którego nie należało lekceważyć.
Ostatnie tygodnie były pełne zadań, kiedy to musiała się namęczyć, nim doszło do ostatecznego starcia. Czuła znużenie takimi misjami, a ta ostatnia pozwoliła jej odetchnąć. Wystarczyło tylko zniszczyć demona, który sam wystawił się jak na tacy. Całe zadanie nie trwało nawet jednego dnia.
Co psuło jej humor, to długość podróży. Czasami właśnie tak było – misja trwała kilka chwil, ale dotarcie do celu wymagało wielu godzin jazdy. W takich momentach naprawdę tęskniła za możliwością skorzystania z Arki. Jakie było to wygodne. Nic to, że to artefakt zdobyty na wrogu – Earl porzucił Arkę, skoro została „splugawiona” ręką człowieka i zawierała sekretny pokój Czternastego. Poza tym jako Noah miała do niej pełne prawo, choć w tej chwili Arka była pod kontrolą Czarnego Zakonu.
Nie było jednak tak źle. Jeszcze przed misją po drodze spotkała Arte, który również dostał dość proste zadanie niezbyt daleko od celu Vivian. Dla obojga miał to być ostatni przystanek przed powrotem do Berlina, więc Arte zaproponował, aby spotkali się po wykonaniu zadań. Dzięki temu podróż miała być przyjemniejsza. Czytaj dalej

Kobiety – Usłysz mój głos

Vivian Walker – Córka Jednego z Nich/Anioł Lucyfera

Ulica. Miejsce najgorsze dla dziecka. Dla dziewczyny. Tam się wychowałam, skoro nie było nikogo, kto mógłby się mną zająć. Czy kogoś to obchodziło? Nie. By przetrwać, musiałam się upodlić. W rękach innych byłam tylko przedmiotem, zabawką, która odczuwa ból, ale kogo to obchodzi? Ulicznica, dziwka. Nikt się nie przejmował konsekwencjami upojnej nocy.
Mnie nie czeka macierzyństwo, ale zbyt wiele już widziałam. Uliczne dzieci z brzuchami błagające o litość. Ileż ulicznic traciło dzieci, nim je urodziło? Zbyt wiele. Jeszcze więcej same robiły wszystko, by niechciany kłopot zniknął. I żadnej opieki medycznej. Wykrwawiały się w bólach, bo coś poszło źle. A porody? Nie chcę sobie tego nawet przypominać. W zaułku, w ruinach, na zimnym betonie, wśród śmieci. Jeśli ktoś z bandy wiedział cokolwiek, było łatwiej, ale czasami nie było nikogo, kto chociażby wsparł taką dziewczynę psychicznie. Ból i strach – tego nauczyła nas dziewiętnastowieczna ulica. Czytaj dalej