Czwarte urodziny Anioła Lucyfera

Cisza, spokój. Piękne popołudnie z książką. Żyć, nie umierać. Żadnych kłótni, bitew, dogryzania sobie. Gdyby to mogło trwać wiecznie… Rozleniwiony uśmiech pojawił się na jej twarzy, a oczy śledziły tekst kolejnej powieści czytanej w tym roku. Lubiła te chwile tylko dla siebie.
– Laurie, co ty tu jeszcze robisz? – Usłyszała.
I koniec spokoju. Uniosła spojrzenie na rozgorączkowanego Laviego mało zainteresowana powodami jego stanu.
– Wiesz, że wszyscy cię szukają? – dodał.
– I co z tego? – zapytała.
– To z tego, że wszystko jest już gotowe, a bez ciebie nie możemy zacząć.
Westchnęła ciężko i zaznaczyła stronę, na której skończyła.
– Już idę. Czytaj dalej

Omoikaeseba yoku niteita ne Sunao ja nai kotoba dato ka tsuyogari na ushiro sugata to ka Sore yue kitto otagaisama ni nomikonda omoi mo atta Kimochi no mama fuan wo kuchi ni dekiru hodo tsuyoku nakute

– Alma Karma nie żyje.
Vivian podniosła spojrzenie znad notatek, gdy usłyszała znajomy głos. Arte wrócił po miesiącu nieobecności.
– Wiem – odpowiedziała tylko i wróciła spojrzeniem do tekstu przed sobą.
Zdawało się, że ta informacja w ogóle jej nie interesuje, lecz było to tylko wrażenie. Ta sprawa była dla niej niezwykle istotna. Do tego stopnia, że Rada Starszych poinformowała ją o wyniku misji Arte, gdy tylko dostali wstępny raport. Vivian nie poznała szczegółów, ale najważniejsza była ulga, którą przyniosła wiadomość. Miała świadomość, że przez swój egoizm mogła narazić Ligę na nieprzyjemności, może nawet doprowadzić do zaostrzenia konfliktu, ale była wdzięczna, że Rada nie poszła po najłatwiejszej linii oporu.
– Dziękuję – dodała.
– Nie dziękuj mi, to moja praca.
– Gdybyście nie zabili Almy…
Nie potrafiła dokończyć. Nie chciała, bo te słowa wydawały jej się nazbyt straszne i wiążące. Czytaj dalej

Youshanaku kachitoru hodo kodoku to ten ni ai sareteyuku kono koe o tsukamaetekure tsumi wa uketometemiseru

Głuche uderzenie kija o kolumnę oznaczało kolejny unik. Andrew prychnął zniecierpliwiony, wykrzywił się bardziej, gdy Vivian ze śmiechem podstawiła mu nogę. Chwilę później jej cios dosięgnął jego pleców.
– Musisz się bardziej postarać, zwierzaczku – powiedziała śpiewnie. – Inaczej nigdy mnie nie dosięgniesz.
– Mówiłem ci, nie nazywaj mnie „zwierzaczkiem” – warknął.
Podniósł się błyskawicznie i zaatakował z góry. Spodziewała się tego i sama wymierzyła cios w jego odsłonięty brzuch. Nie przewidziała, że Andrew wypuści kij z dłoni i złapie za ten należący do niej, wymierzając celnego kopniaka w jej biodro. Stęknęła z bólu, ale zaraz wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Drugi raz na to nie pozwoliła. Kij zostawiła w jego rękach i odskoczyła, robiąc niepełne salto w tył. Chwilę później wróciła, kopiąc go obiema nogami w pierś. Wolf zatrzymał się dopiero na ścianie, o którą uderzył głową. Przez moment nie mógł się otrząsnąć. Gdy uznał, że może walczyć dalej, kij Vivian znajdował się już na jego gardle.
– Wygrałam – oznajmiła – zwierzaczku. Czytaj dalej

Znam cię na pamięć, ty mnie pewnie też Nie muszę nic mówić, jak nikt rozumiesz mnie Za późno, by kłamać i tak nie uda się Za dużo dziś wiemy, nie wiedzieć lepiej jest

Wszystkiego najlepszego, Yuu.

Alma po cichu wchodzi do pomieszczenia, w którym Yuu odpoczywa. Atakuje przebywających tam ludzi, choć nie sprawia mu to przyjemności. Zawsze byli dla niego mili, ale teraz musi uratować Yuu. Zabiera go i przekrada się do kanałów, żeby tamtędy uciec. Nie wie jeszcze, jak dokładnie powinien postąpić dalej, ale najważniejsze jest ochronienie Yuu.
Niespodziewanie zostają zaatakowani. Ich zniknięcie zostało już zauważone i wysłano po nich Kruki, by sprowadzić chłopców z powrotem. Pomimo bariery Almie udaje się skopać Yuu do kanału, każde mu uciekać. Sam zostaje doprowadzony do laboratorium. Czytaj dalej

The child without a name grew up to be the hand To watch you, to shield you, or kill on demand The choice he’d made he could not comprehend His blood a grim secret they had to command

Kochanej M. z okazji urodzin. Tęsknię ❤

Sufit nie był jakoś szczególnie interesującym obiektem obserwacji. Brakowało na nim czegoś, co zwracałoby uwagę, a jednak w tej chwili spełniał swoje zadanie i pozwolił Vivian się wyciszyć. Skupiona na łuszczącej się farbie odsunęła od siebie wszystkie myśli, a tych przecież było dość sporo. Przez to miała wrażenie, że zwariuje, a nic nie pomagało. Dopiero teraz ten sufit.
Od powrotu z Rimini minął miesiąc. Pierwsze dni były najgorsze, bo jej organizm oszalał. Z trudem wypracowana równowaga przestała mieć znaczenie, gdy osiągnęła punkt krytyczny innocence. Przeciwstawne moce znów zaczęły ze sobą walczyć, co uziemiło Vivian na kilka dni w łóżku w towarzystwie miski. Nie sądziła, że ponowna utrata równowagi będzie tak brzemienna w skutkach. Nie panikowała jednak. Wiedziała, jak to będzie wyglądać, więc pozwoliła, aby wszystko toczyło się własnym tempem.
Gdy tylko wstała z łóżka, zaczęła uczyć się korzystać z pełnego przebudzenia Anioła Lucyfera. W walce z Wisleyem robiła to intuicyjnie, więcej było w tym szczęścia i zaskoczenia przeciwnika niż rzeczywistej wiedzy, co robi. Zresztą gdyby nie przybycie Arte, trafiłaby w ręce Zakonu i nie była pewna, jak to by się skończyło. Leverrier zapewne kazałby ją zamknąć, może nawet zabić, a osłabiona nie byłaby w stanie uciec. Powrót musiał poczekać, aż nauczy się korzystać ze swych mocy w pełni. Czytaj dalej

Chiisai senaka, hosoi kata, yawarakai kami… watashi wa kimi o, kokoro no soko kara mamoritai to omotte iru muboubi na negao da kimi wa ima donna yume o mite iru no darou ka

Bolała go głowa, choć nie przypominał sobie, żeby coś pił. Podniósł się ostrożnie do siadu, rozglądając dookoła. Gdzie był? Siano? Wyglądało na to, że trafił do jakiejś stodoły. Tylko nie do końca wiedział, co się wydarzyło.
– Tu jesteś, durny króliku.
Kanda szarpnął go za ubranie na tyle brutalnie, że zmusił do wstania. Dawno nie widział Japończyka tak wkurzonego, ale nie miał ochoty dać się tak pomiatać. Strząsnął z siebie jego rękę.
– Nie musisz być taki brutalny – odparł.
– Od dwóch godzin wszyscy cię szukają – warknął Kanda. – Myślisz, że możemy tu siedzieć nie wiadomo ile?
– Wybacz, ja… – Zawahał się, próbując znaleźć wytłumaczenie. – Już pamiętam. Spotkałem prawdziwą piękność. Z takich, które rzadko można spotkać w takiej dziurze. Ślicznotka, jakich mało na świecie. Zapytałem ją o tę kobietę w czerni, a gdy się odezwała, przepadłem. Dyskutowaliśmy o wszystkim. Inteligentna, piękna, słodka. Mówię ci, cudo. Czytaj dalej

I’m searching for answers ‚Cause something is not right I follow the signs I’m close to the fire

Zmęczenie było aż bolesne. Każda komórka ciała wyła o litość i odpoczynek. Dawno czegoś takiego nie czuli. Gorsza była tylko świadomość, że jeśli się poddadzą, poniosą porażkę. A to wszystko może zakończyć. Dlatego mimo wszystko nadal stali, nadal walczyli i nadal bronili się. Aż do ostatniej akumy.
Lenalee opadła na kolana i podparła się rękami. Kiedy ostatni raz misja wymagała od niej tyle sił? Chyba zapomniała, jakie to uczucie. Do tego wciąż miała świadomość, że to nie koniec. Akumy to jedno, ale pozostał jeszcze Noah Wiedzy. Musieli przed nim ochronić nowego egzorcystę. Nie wiedzieli, czy to nie Serce, a nie chcieli też kolejnej tragedii. Dość już tego, po prostu dość.
– Link! Carbon!
Głos Allena sprawił, że się podniosła. Nie tylko ona była zmęczona, musiała wspomóc Walkera, bo kolejny przeciwnik był dużo niebezpieczniejszy od poprzednich. Wypoczęty pewnie by sobie z nim poradził, ale teraz? Poza tym nie mogli pozwolić sobie na luksus utraty kolejnego towarzysza. Czytaj dalej