No sleep, no sleep until I’m done with finding the answer Won’t stop, won’t stop before I find a cure for this cancer

Było jeszcze wcześnie, gdy wyczuła jakiś ruch w pokoju. To ją wyrwało ze snu. Ręka automatycznie wsunęła się pod poduszkę w poszukiwaniu broni. To na pewno nie był Arte. Kroki były zbyt ostrożne jak na wampira. Zresztą nie wchodził do jej pokoju w środku nocy, gdy wiedział, że śpi. To było niebezpieczne i groziło awanturą nawet, jeśli zamierzał z niej tylko pożartować. Już raz tak zrobił i gorzko tego pożałował.
Do tego czuła zagrożenie. Ktokolwiek był intruzem, chciał zrobić jej krzywdę. Złapała za rękojeść sztyletu w chwili, gdy napastnik przyłożył jej jakąś szmatę do twarzy. Szarpnęła się gwałtownie, ale przewidział ten ruch i unieruchomił jej uzbrojoną rękę. W ciemności dojrzała tylko ciemny kształt z kapturem głęboko naciągniętym na twarz, żeby nie było widać, kim jest. Czytaj dalej

The secret side of me I’ll never let you see I keep it caged but I can´t control that So stay away from me, the beast is ugly I feel the rage and I just can´t hold that

Słońce przyjemnie grzało w policzki, choć w powietrzu było czuć jeszcze chłód wiosennej nocy. Vivian lubiła takie dni. Nie było ani zbyt zimno ani zbyt gorąco – idealnie. Wyłożyła się wygodnie na dachu gospody, w której zakwaterowali się wczoraj, i relaksowała w pełnym słońcu. Ostatnio była dość nocnym stworzeniem, taką w końcu miała pracę, ale lubiła wyjść gdzieś za dnia. Wygrzewanie się w słońcu było idealnym pomysłem. Gdzieś niżej trwało życie zwykłych ludzi, słyszała gwar i harmider. Ot zwyczajny hałas miasta w środku dnia. Ona zaś jak ten kot niezbyt się tym przejmowała, nikt i tak jej tu nie mógł dostrzec, więc cieszyła się ciepłem słońca i błękitem nieba nad sobą. Taka pogoda w Anglii nie zdarzała się zbyt często. Zwykle było pochmurno i niezbyt przyjemnie, co nie poprawiało szczególnie humoru. No chyba, że ktoś to lubił albo był tak przyzwyczajony, że nie miało to dla niego znaczenia. Czytaj dalej

Like an angel you came Every time when I prayed Guardian of my dreams Watching me when I sleep Like an angel you came Every time when I screamed

Otworzył oczy. Przez chwilę nie bardzo wiedział, gdzie jest. Mało go to obchodziło. Ważniejsze było uspokojenie oddechu i niespokojnego bicia serca. To wszystko było chore. Nienormalne. Ile razy ma to jeszcze przeżywać? Niczego już nie rozumiał.
Dopiero po chwili wyczuł jej obecność obok. Siedziała wpatrzona w jeden z lotosów na wodzie i przygryzała jabłko. Jakby nieprzejęta jego koszmarami. Zupełnie niepasująca do scen, które rozgrywały się w jego snach przed chwilą.
– Co tu robisz? – zapytał.
– Wołałeś, więc jestem. Jabłuszko? – zaproponowała.
– Nie kpij sobie ze mnie – warknął.
– Nawet nie próbuję. Chciałam być miła. Czytaj dalej

When everything you see is a lie All you have to do is close your eyes Listen to the voice inside Cause our hearts must stay alive

Pustka. Nie pamiętała, jak się tu znalazła ani dlaczego. Nic nie pamiętała. Nawet tego, kim jest. Dookoła panowały ciemności, nie widziała niczego, nie słyszała, nie czuła. Tak jakby nie istniała.
Miała jednak świadomość. Była. Kim? To się nie do końca liczyło. Dowie się tego prędzej czy później. Z jakiegoś powodu nie czuła strachu z braku świadomości swego istnienia i historii. Była. Istniała. W kompletnej pustce.
Otulała ją delikatnie i łagodnie niczym całun. Łagodziła wszelkie bolączki istnienia. Pieściła zbolałą duszę. Pozwoliła sobie w nią opaść, zapaść się w niebycie. Niczego już nie musiała robić, o nic walczyć, nic nie sprawiało jej cierpienia. To wszystko się już skończyło i już nigdy więcej nie wróci.
Tylko czy to było właśnie to, czego pragnęła? Odejść w niebyt i zostawić wszystko za sobą? Poddać się losowi i przestać mieć wpływ na własne życie? Czy taką osobą właśnie była? Nie, to kłóciło się z jej naturą. Pustka nie była tym, czego pragnęła. Czytaj dalej

Have to save To save my beloved There is no escape Because my faith is horror and doom

Cios był silny. Ramiona zadrżały jej, kiedy intuicyjnie obroniła się przed atakiem i odskoczyła. Gdyby nie doświadczenie wielu lat i gruntowne szkolenie jej ciało zostałoby rozszarpane. Nie wątpiła w to. Doskonale znała siłę przyjaciela.
Przed nią bowiem stał Arte. Jego oczy błyszczały czerwienią w mroku, dostrzegała kły wystające spomiędzy warg, a postawa wampira wypełniona była chęcią walki. Teraz był jej przeciwnikiem. Nie partnerem sparingowym, nie wygłupiającym się przyjacielem, ale prawdziwym, śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zagrożeniem dla niej, którego nie mogła zignorować.
W jej serce wkradł się strach. Takiego scenariusza nie przewidziała. Sądziła, że w najgorszym przypadku będzie musiała ich wyciągnąć, nie zaś z nimi walczyć. To było ciężkie. Wiedziała, że Arte bierze to na serio i zabije ją, jeśli go nie doceni. Widziała to w jego spojrzeniu i to ją sparaliżowało. Nie chciała robić mu krzywdy, ale wyglądało na to, że nie miała wyboru. Nie powinna się wahać, nie mogła. Powinna potraktować to jak każdą inną walkę na śmierć i życie. Ukryć serce, oczyścić się z emocji, przestać myśleć o innych rzeczach niż zadanie do wykonania. Cień pokonuje wszelkie przeciwności i wraca do domu żywy – tego ją nauczyli. Czytaj dalej

Ogłoszenie

Rozdziału dzisiaj nie będzie. Nie wyrobiłam się z nim na czas przez kilka różnych czynników. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. W przyszłym tygodniu sytuacja powinna się już unormować i rozdział powinien pojawić się normalnie. Przepraszam, że musicie jeszcze poczekać. Pozdrawiam.

Bądź moją walentynką

Chodzenie po mieście początkiem lutego narażało człowieka na wiele niebezpieczeństw. Owszem, było zimno, ulice pokrywała warstwa śniegu, błota lub lodu – po co odśnieżać – a w każdej chwili jakiś nieudolny kierowca mógł stracić panowanie nad kierownicą i wpaść na człowieka. To wszystko było chlebem powszednim mieszkańców. Gdy jednak jest się jeszcze Cieniem na czynnej służbie, kolejnym zagrożeniem jest praca. Nocne polowania to nie spacerek w śniegu, lecz narażanie życia i zdrowia w służbie większej sprawy. Największe jednak zagrożenie czaiło się w czymś innym – niewinnych, czerwonych sercach z papieru.
14 luty – Walentynki – święto wymyślone przez jakiegoś głupca dla jeszcze większych głupców nakręcane przez komercjalizację i rynek. Co roku gdzie by się człowiek nie ruszył, tam atakowały go czerwone dekoracje: serduszka, pluszaki i pełno innego badziewia, które w rzeczywistości miało tylko pobudzić rynek. Czysta ekonomia. Nawet do kawiarni nie można pójść, bo otaczają człowieka wszystkie walentynkowe bzdury. Czytaj dalej