Narubeku egao de itai keredo Mamorinuku tame ni wa shikata nai desho?

Obudził go wrzask bólu. Nie był pewny, kiedy stracił przytomność i ile to trwało. Może parę minut, może godziny. Zerwał się z miejsca i jęknął, czując protest wszystkich odniesionych ran. Nie miał sił, by wstać, unieść miecz do ponownej walki, a przecież wyraźnie słyszał, że ktoś potrzebuje pomocy. Ten głos był znajomy. Im bardziej wracała mu przytomność, tym wyraźniejsza była jego barwa.
Poczuł rodzącą się panikę. To było przerażające, kto mógł doprowadzić ją do takiego stanu? Kolejny wrzask tylko wzmógł jego strach i determinację, żeby coś zrobić. Cokolwiek.
Podniósł się, wspierając się ciężko na mieczu. Wokół walały się fragmenty ścian, mebli – ich dom został zdewastowany. Znowu. A przecież obiecał sobie, że już nigdy na to nie pozwoli. Zacisnął zęby ze złości. Nie tak miało być. Dlaczego to się znów stało?
Niemal się przewrócił, gdy ktoś wskoczył mu na plecy.
– Obudziłeś się! Czytaj dalej

Reklamy

Tsugi ni aeru toki wa kitto Kudakeru hodo bokura dakiatte I don’t want to lose you anymore Keshite hanasanai

Najdroższej M., wszystkiego najlepszego z okazji urodzin ❤

Arte obserwował śpiącą obok przyjaciółkę. Nadal marszczyła brwi, choć minęło trochę czasu, odkąd się zjawiła w progu użyczonej mu kwatery. Była wściekła i wampir wiedział, że pokłóciła o coś z Kandą. Dawno nie widział jej tak złej z powodu czyiś słów, a samo to, że uciekła, zamiast obić Japończykowi gębę – albo inną część ciała – mówiło, jak bardzo zraniona się poczuła jego słowami. O co dokładnie poszło, Arte nie wiedział. Vivian nie chciała o tym rozmawiać, warknęła coś tylko o idiotach, którzy nigdy się nie zmienią, po czym zawinęła się w koc, próbując się nie rozpłakać. Długo nie mogła się uspokoić, kręciła się z boku na bok, mruczała coś pod nosem z całą pewnością pod adresem Kandy, co tylko potwierdzało tezę o kłótni.
Arte nie był pewny, co czuje w tej sytuacji. Nie był to ani gniew na Japończyka, że zdenerwował jego przyjaciółkę, która przecież dawała z siebie ostatnio więcej niż mogła, ani satysfakcja, że nie dogaduje się z egzorcystami. Wiedział, że ona i tak tu zostanie, nie miał na to wpływu. Zostało postanowione i już, reszta się nie liczyła. Czytaj dalej

Why do we feel Alones now everyday? Subete wo uketomenakutemo ii yo Why do we feel Alones now everyday? Koraeru koto dakedo Yuuki ja nai

Cisza w Kwaterze Głównej była czymś niezwykłym i podejrzanym. Wzbudziła w Vivian niepokój, a to tylko bardziej pogorszyło jej nastrój zepsuty przez Arte. Że też wampir nie znał słowa „dość”, tylko wszystko komplikuje. Czasami mógłby się po prostu zamknąć, zamiast mielić językiem po próżnicy. W takich chwilach miała ochotę go zamordować.
Wszystko dookoła jakby zamarło. Vivian nie była pewna, o co w tym chodzi, ale było to na tyle niepokojące, że dłoń sama odnalazła rękojeść broni. Tak na wszelki wypadek. Nie wiedziała, czy coś się wydarzyło czy może coś szykują. W sumie gdyby okazało się, że Komui wpadł na pomysł zrobienia przyjęcia z okazji wyzdrowienia Allena, nie byłaby zdziwiona. Po ostatnich wydarzeniach impreza rozluźniłaby trochę nastroje, a chyba tego potrzebowali. Byli tylko ludźmi, może na co dzień zajmowali się walką i byli bliżej śmierci niż inni, ale mieli swoje granice wytrzymałości. Emocje, uczucia, lęki – to wszystko w nich było, nie pozbawili się jeszcze serc. Czytaj dalej

It feels like the end of time Like something bad is coming You’ve been living in the world of lies You see through walls are falling It’s getting hard to except that I’m losing you

Arte nie był w najlepszym humorze. Już od dawna nie czuł się tak fatalnie i żałował, że dał się namówić Sigrue do zostania w Czarnym Zakonie. Nie powinien, tylko wszystko utrudniał sobie i Vivian. Przecież nie mógł zostać tu na zawsze, nie był egzorcystą i miał własne obowiązki do wykonania.
Nienawidził egzorcystów. Nie znosił ludzi. Zawsze tak wiele mu odbierali i teraz znów. Vivian była jego przyjaciółką, nikt nie rozumiał jej tak dobrze jak on. Potrafił ją uspokoić, rozśmieszyć, podnieść na duchu, nie ranił jej niepotrzebnie. A ci ludzie patrzyli na nią i widzieli tylko Anioła Lucyfera. Tylko ich gratyfikację wojenną. I miałby im ją oddać?
Pragnął ich wszystkich pozabijać, rozszarpać niczym bestia, która w nim mieszkała. To było takie proste, ruszyć nocą na polowanie, utopić budynek we krwi tych niegodnych ludzi, ocalić ją przed ich knowaniami. Nie byli tego świadomi, ale on doskonale słyszał te przyciszone dyskusje, w których ją obmawiano. Zaczęła się rządzić? Jest niebezpieczna? Dlaczego Kierownik jej na to pozwala? Może wcale nie jest ich sojuszniczką? Może wiedzie ich ku zagładzie? Bali się jej, byli jej przeciwni, chcieli zranić, uwięzić, zabić. Jak miałby im na to pozwolić? Jak mógł czekać, aż skrzywdzą jego przyjaciółkę? Czytaj dalej

Remembering all the times you fought with me I’m surprised it got so (far) Things aren’t the way they were before

Jako że rozdziału nie było od miesiąca, postanowiłam przyśpieszyć premierę tego rozdziału o dzień. Cieszycie się?

Vivian czuła się jak przy swoistym deja vu. Znów stała pomiędzy dwoma kręgami i spoglądała na śpiącego Allena, który lada chwila otworzy oczy i dalekie będą one barwą od tej, która ją tak bardzo oczarowała, gdy była dzieckiem. Nie była pewna, czy to wszystko nie było przypadkiem snem. Ostatnie godziny stały się dla niej tak nierzeczywiste ze zmęczenia, że pozwoliłaby sobie wmówić nawet to, że Kanda jej się oświadczył. Nic to, że to niemożliwe.
Nie poruszyła się, gdy Nea położył dłoń z innocence naprzeciw jej własnej i uśmiechnął się pobłażliwie.
– Niczego się wczoraj nie nauczyłaś, Wianeczko? – zapytał.
– Wybacz, popełniłam wczoraj błąd, pozwalając ci się zdominować. Cross mnie ostrzegał, że potrafisz być bardzo przekonywujący, gdy czegoś chcesz. Tym razem nie popełnię tego błędu.
Cienie wokół zakończyły stabilizowanie bariery, wszystko dotąd poszło dobrze. Vivian wzięła głęboki oddech i zaczęła recytować opracowane zaklęcie. W tle słyszała głos Arte, który miał rozdzielić dusze Czternastego i Allena, nim dekompilacja zacznie się naprawdę.
– Nie jestem jakimś demonem, Wianko. To nie zadziała. Czytaj dalej

It’s in your eyes (It’s in your eyes) What’s on your mind (What’s on your mind) I fear your smile and the promise inside It’s in your eyes (It’s in your eyes) What’s on your mind (What’s on your mind) I fear your presence, I’m frozen inside

Kanda wszedł do cichej biblioteki niezauważony przez nikogo. Zresztą Kwatera Główna od dawna spała, bliżej było świtu niż poprzedniego wieczoru i miał świadomość, że również powinien się położyć. Jednak jedna sprawa nie dawała mu spokoju.
Znalazł ją tam, gdzie się spodziewał. Zresztą prawie się stąd nie ruszyła, przygotowując jakieś mikstury i rozrysowując na kartce wzory, które nic mu nie mówiły. W ciągu dnia pełno było tu tych Cieni, debatowali godzinami, jak powinien wyglądać cały proces, wieczorami jednak zostawała sama, pracując ponad swoje siły. Nie był nawet pewny, czy Komui przygotował i dla niej kwaterę, bo od kilku dni nie rozmawiali. Nie chciał jej przeszkadzać, skoro była zajęta, zresztą ten cały Arte niemal nie opuszczał jej boku. Zawsze siedział tak blisko niej, śmiała się z jego żartów, które wplatał w rozmowę, czuła się przy nim swobodnie. Przy żadnym z egzorcystów się tak nie zachowywała, zawsze była czujna, postawiona w stan gotowości, jakby czekała na atak. Przy wampirze zdawała się całkiem inną osobą, dziewczyną, która nie wycierpiała tak wiele. Nie miał pojęcia, co ich w rzeczywistości łączyło, ale przypominało to chwile, gdy była z Superbim. Wtedy też się rozluźniała. Czytaj dalej

These screams they wake me up in the night They violently fill my room They keep me awake

Cisza uderzyła go dotkliwiej, niż przypuszczał. W uszach nadal brzmiał mu bolesny wrzask błagający o litość. Wiedział, co zobaczy, jeśli podniesie głowę. Coś ściskało go w żołądku, zacisnął wargi, żeby tylko nie wydać z siebie głosu.
– Czemu go nie zawołasz? – Usłyszał. – Przecież przyjdzie cię ocalić.
Odpowiedzią był zachrypnięty szept. Nie zrozumiał słów. Śmiech tego parszywego Noah rozdarł ciszę. Zacisnął mocniej zęby ze świadomością, że nic nie może zrobić.
– Ej, rycerzyku! Dołącz do zabawy.
Nie zareagował. Chwilę później został pociągnięty za włosy i musiał spojrzeć w uśmiechniętą twarz Mikka.
– Królewna cię wołała, rycerzyku. Nie słyszałeś? – zadrwił Tyki. – A może już cię nie obchodzi?
Ciągnął go za sobą do momentu, aż trafił na opór. Wrzask bólu odbił się od ścian. Mikk odwrócił się z odrobiną zaskoczenia, które zaraz zniknęło.
– Zapomniałem – stwierdził z rozbawieniem. – Świeczki Road są naprawdę ostre. Czytaj dalej