No! Not gonna die tonight! We’re gonna fight for us together! No, we’re not gonna die tonight!

Step spał ukołysany przez chłodną, choć letnią noc. Nad płowymi trawami unosiła się delikatna mgiełka, ni to szarawa, ni to biała. Granatowe niebo migotało światłem gwiazd i księżyca po pełni, choć nadal w większości widocznego. Cała ta sceneria przynosiła spokój i jakąś tajemnicę, odpoczynek po kolejnym gorącym dniu, chwilę wytchnienia przed kolejnymi wyzwaniami.
Ciszę przerwał tętent koni ścigających się na trakcie. Dwaj obleczeni w czarne szaty jeźdźcy rywalizowali o pierwszeństwo, pośpieszając wierzchowce do szybszego biegu. Byli tu tylko oni, nocne zwierzęta, słysząc hałas, umykały do swych schronień, nie chcąc dać się przyłapać. Jednak jeźdźcy nie zwracali na to uwagi. Konkurowali ze sobą i z wiatrem, który od czasu do czasy dołączał do wyścigu, jakby kpiąc sobie z tej dwójki i udowadniając, że to on jest panem stepu.
Samotne drzewo przy trakcie zostało linią mety. Czarny ogier przeskoczył wystający korzeń i po chwili stanął dęba ściągnięty przez jeźdźca. Z jego głosy spadł kaptur, ukazując przydługawe, brązowe włosy, błękitne, zwycięskie spojrzenie i lekko drwiący uśmieszek.
– Oszukujesz – stwierdził drugi jeździec obrażonym, kobiecym głosem.
– Ja? Gdzieżbym śmiał – zaśmiał się. – Po prostu jestem taki dobry.
– Ciekawe, w czym – prychnęła.
– Po prostu nie umiesz przegrywać, Vivian.
Dziewczyna pogoniła klacz i po chwili wampir musiał za nią gonić. Tym razem nie był to już wyścig, tempo jazdy zostało wyrównane, żeby konie mogły odsapnąć po wcześniejszych wyczynach.
– Obraziłaś się? – zapytał Arte.
– Nie.
– Obraziłaś się – stwierdził.
– Mówię, że nie.
Wampir próbował ją jakoś namówić do rozmowy lub kolejnych wygłupów, ale bezskutecznie. Najwyraźniej ostatni wyścig uderzył w jej dumę i w ramach kary postanowiła się nie odzywać. Nigdy nie lubiła przegrywać, kto lubi? Gorzką porażkę było jej naprawdę trudno przełknąć i nieważne, czy była to misja czy niewinna gra jak teraz.
Sama podróż była dość monotonna i nudna. Mieli dotrzeć do Lwowa, a stamtąd pociągiem wrócić prosto do Berlina – takie rozkazy dostali, gdy uzupełniali zapasy i skorzystali z telefonu dwa dni temu. Na tak słabo zaludnionym terenie, na jakiś obecnie byli, musieli sobie radzić bez wygód i innych dobrodziejstw XIX wieku. Letnia pora trochę im to utrudniała, dni były gorące, więc starali się je przeczekiwać w jakiś ocienionych miejscach, podróżowali zaś w większości nocą. Zwłaszcza Arte tego potrzebował jako wampir, którego słońce było najgorszym wrogiem.
– Co powiesz na małą przerwę? – zapytał. – Tam jest dobre miejsce.
Wskazał brzeg jakiegoś strumienia. Przy okazji mogli uzupełnić zapasy wody, która była im koniecznie potrzebna w takie dni, a także napoić konie.
Vivian bez słowa skierowała się w tamto miejsce. Owszem, była zła na Arte za kolejny przegrany wyścig, ale irytowało ją coś innego. Sama nie była przekonana, co to takiego, więc postanowiła to przemilczeć i nie dać się sprowokować znudzonemu wampirowi. Kłótnia teraz, gdy mają przed sobą taki kawał drogi, byłaby niewskazana. W końcu doskonale znała atmosferę skłóconych towarzyszy, a to zmęczyłoby ich jeszcze bardziej.
Rozsiodłała klacz i poprowadziła ją do wodopoju. Sama też ugasiła pragnienie. Aż się wzdrygnęła, bo woda była zimna, ale orzeźwiająca. Dopiero wtedy spojrzała na Arte, który czegoś szukał w jukach.
– Na jak długo chcesz się tu zatrzymać? – zapytała.
– Pół godziny – powiedział z zastanowieniem. – Nie więcej. Zjemy coś, uzupełnimy wodę, konie odpoczną i ruszymy dalej.
– Kiedy będziemy we Lwowie?
– Przy tym tempie za jakieś dwa dni. Nie krzyw się. Stamtąd czeka nas prosta podróż z tylko jedną przesiadką.
– Miło byłoby być już w domu – westchnęła.
– Stęskniłaś się? – zapytał z cwanym uśmiechem.
– Potrzebuję odpoczynku i cywilizacji.
– Mieszczuch.
– Odwal się.
Arte zaśmiał się i zabrał za uzupełnianie wody. Vivian za to zaczęła się przechadzać w tę i z powrotem, żeby rozruszać się trochę. Wiele godzin w siodle nie służyło ciału przyzwyczajonemu do niemal ciągłego ruchu.
– Dobrze byłoby znaleźć się przed świtem pomiędzy budynkami – zauważył wampir.
– W pobliżu jest jakieś osiedle?
– Według mapy tak.
– Więc? – spojrzała na niego uważnie.
Coś w tonie jego głosu ją zaniepokoiło. Wolała być przygotowana na różne niespodzianki, które mogą na nich czekać po drodze.
– W promieniu wielu kilometrów nie czuję obecności ludzi – odparł. – Nie wiem, dlaczego. Według mapy jesteśmy na tyle blisko, by byli w zasięgu moich wampirzych zmysłów.
– Sądzisz, że się wyludniła?
– Możliwe.
– To się czasami zdarza. Wiesz, w poszukiwaniu lepszego życia ludzie idą do miast, gdzie według ich wyobrażeń czeka raj.
– Zawsze wtedy zostają starcy – zaoponował.
– Może ich przesiedlili.
– Może.
– Masz inną teorię?
– Nie, ale takie rzeczy nie są do końca normalne, więc musimy uważać.
Uśmiechnęła się z nutką politowania. To było niepodobne do Arte, żeby reagować w ten sposób na ewentualność wyludnienia jakiejś wioski. Możliwości było wiele, prawdy dowiedzą się, gdy tam już dotrą. Do tego czasu nie zamierzała się tym zajmować, choć jak zwykle zachowa czujność.
Wampir wyciągnął suchy prowiant i wydzielił porcje dla siebie i towarzyszki. Ta skrzywiła się na suszone mięso i jakieś dodatki, które nawet teraz były zdatne do jedzenia, aczkolwiek walorów smakowych trochę im brakowało.
– Nie marudź – zaśmiał się.
– Mógłbyś coś upolować – mruknęła.
– Wszystkie zwierzęta uciekły po naszej gonitwie – odparł. – Nawet polnej myszy tu nie znajdziesz.
– Nie będę jadła myszy – oburzyła się.
– Dlaczego nie? Jedzenie jak jedzenie. Ciepła krew i te sprawy.
– Ble, weź się zamknij.
– No co? – wzruszył ramionami.
– Nie potrzeba mi wykładu na temat nawyków żywieniowych wampirów.
Arte zaśmiał się głośno.
– Komuś tu za dobrze i chciałby tylko jedzenie z górnej półki. W głowie ci się poprzewracało.
– Coś mi się od życia należy – prychnęła.
– Sądziłem, że nie przeszkadza ci to aż tak mocno.
– Masz rację. Odzwyczaiłam się od jedzenia bez smaku. To coś złego, że chcę się zachowywać jak normalny człowiek?
– Nie, maleńka. To całkiem normalne. Wybacz, że się z ciebie nabijam.
Westchnęła. Była rozdrażniona i stąd to zachowanie. Miała tego pełną świadomość. Długa, monotonna podróż, upał, brak codzienności, do której była przyzwyczajona – to wszystko sprawiało, że przestała być dobrym towarzyszem podróży. Obecnie niewiele mogła zrobić, w dzień odpoczywali, nocą podróżowali, nie było więc możliwości przygotowania sobie normalnego fizycznego treningu, nie mówiąc już o sparingu. Będzie musiała to nadrobić po powrocie do Berlina w ramach możliwości. Wtedy poczuje się lepiej.
Posilali się w milczeniu, pozwalając nocnej ciszy objąć ich swoimi ramionami. Chłód im nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie dawał wytchnienie od upału w dzień. Vivian spoglądała w gwiazdy. Nie znała konstelacji, ale i tak był to miły dla oka obraz. W jakiś sposób ją uspokajał.
Ruch Arte odwrócił jej uwagę od gwiazd. Wampir wstał i ruszył w stronę strumienia, nad którym obozowali. Coś w tym było nie tak.
– Arte?
Brązowowłosy nawet się na nią nie obejrzał. Zwykle mówił, że na chwilę zostawia ją samą. To nie było w jego stylu tak odchodzić bez słowa.
– Arte?!
Podniosła się i pobiegła za nim. Gdy przekroczyli wodę, wiedziała na pewno, że jest coś bardzo nie tak. Nie wiedziała jeszcze, o co w tym chodzi. Z jednej strony pamiętała, że powinna wrócić po konie i juki, z drugiej dostrzegła wzniesienie, w którego kierunku kierował się wampir. Przez chwilę zawahania mogłaby go zgubić, a to nie byłoby najlepszym rozwiązaniem.
– Arte!
Coś chwyciło ją za kostkę i pociągnęło. Straciła równowagę, ale zatrzymała się na kolanach. Obnażyła ostrze katany trzymanej dotąd w ręce, żeby obronić się przed następnym atakiem. Jeszcze nie wiedziała, kim jest agresor.
Czarne pnącza chwyciły ją za drugą kostkę i nadgarstki, zacisnęły się tak mocno, że kości zatrzeszczały, a Vivian wypuściła miecz. Wtedy została z impetem rzucona o ziemię. Krzyknęła z bólu, lecz nie miała nawet możliwości kontrataku, kiedy jej ciało ponownie zostało rzucone. Sytuacja powtórzyła się parokrotnie. Vivian niemal straciła przytomność, spojrzeniem próbowała odszukać Arte. Wampir siedział wśród traw kilkanaście metrów dalej, ale nie miała pewności, co on tam właściwie robił.
Wzdrygnęła się, gdy poczuła ten zapach. Mdlący, słodkawy, a i tak nieprzyjemny, jakby wyciągnięty z najgorszych czeluści piekielnych. Po karku przejechały jej szczupłe, kształtne szpony. Wiedziała już, co ich zaatakowało.
– Nie zabij jej zbyt szybko – usłyszała cichy, kuszący głos.
Po raz kolejny została rzucona jak szmaciana lalka, lecz tym razem uderzyła plecami o jakiś kamień. Coś trzasnęło i dopiero tuż przed utratą przytomności zrozumiała, że jedno z jej żeber właśnie się złamało.
Arte odwrócił głowę, gdy usłyszał wrzask Vivian. Nie dostrzegł jej jednak. Przed nim stanęła piękna kobieta, której żaden mężczyzna nie mógł się oprzeć. W chwili trzeźwości zrozumiał, że trafili na sukuba, a on dał się zwieść. Został już opleciony zaklęciem kuszenia. Stąd ta mgła pożądania w jego oczach i niejasne myśli.
– Vivian – szepnął.
– Zostaw ją – nachyliła się nad jego uchem. – Ona to lubi. Zawsze krzyczy, gdy jej dobrze.
– Nie – próbował się bronić.
– Tak – każde kolejne słowo zanurzone było w jadzie. – Skup się na sobie. Na własnych przyjemnościach. Tego pragniesz.
Coś w nim jeszcze walczyło, ale słabo. Wiedział, że odkąd wpadł w jej sidła, przepadł. Żaden mężczyzna nie wygrał jeszcze z kusicielką, która zdążyła już spenetrować umysły ich obojga. Wiedziała, co zrobić, żeby dał się pochłonąć pożądaniu. Nawet się nie poruszył, gdy rozpięła mu płaszcz. Świadomość tego zniknęła, rozpłynęła się w przyjemności, którą mogła dać mu tylko ona.
Nie była pewna, jak długo była nieprzytomna. Powoli docierały do niej informacje składające się na ich obecną sytuację. Arte padł ofiarą kusicielki, która prawdopodobnie już zaczęła na nim żerować. Jeżeli nic nie zrobi, wampir będzie martwy zanim przyjdzie świt. Nie da jej rady. Sukuby ogłupiają mężczyzn, są od tego specjalistkami i cholernie ciężko je zabić. W tej chwili próba odesłania jej, skąd przyszła, wiąże się z ryzykiem uszkodzenia duszy ofiary. Sytuacja była beznadziejna, a dopiero po chwili zorientowała się, że najpierw sama mus się wykaraskać z własnych kłopotów. Ta kusicielka bowiem miała pupila – ogara, który ją unieruchomił.
Po otworzeniu oczu dostrzegła tylko czarny cień tuż nad sobą. Najwyraźniej ogar miał za mało energii, żeby się w pełni zmaterializować. Czuła jednak jego ciężar na klatce piersiowej, a pnącza nadal krępowały jej ręce i nogi. Na domiar złego czuła go już w ustach. Powoli wypełniał jej gardło, chcąc w efekcie zająć je i płuca do ostatniego wolnego kawałka. Dopiero wtedy ją udusi, a potem rozedrze na strzępy.
Wpadła w panikę. Coś wpełzło jej pod nogawkę i sunęło po nagiej skórze do góry, kiedy próbowała się szarpać. Już teraz brakowało jej powietrza, a ciało ogara mimo niematerialności było twarde i nie mogła zacisnąć zębów. To coś pod nogawką wbiło się boleśnie w jej udo po wewnętrznej stronie. Nie była w stanie nawet krzyknąć.
Do jej uszu dotarł podniecony jęk sukuba. Po chwili usłyszała również Arte. Oboje byli w kłopotach, ale to sprawiło, że zdusiła w sobie panikę i przestała się szarpać. To jej przecież nie pomoże się uwolnić. Nie miała za dużo czasu, ale starała się przypomnieć sobie wszystko, co wie, o ogarach-towarzyszach. Była przecież wyszkolona do walki z każdym zagrożeniem. To uratuje życie jej i Arte.
„Ogary pozbawione są świadomości i woli działania. Wykonują każde polecenie swojego pana. To bezmyślnie psy, które działają zawsze w ten sam sposób” – powiedziała jej kiedyś Arianne. – „Zabicie go nie stanowi problemu, o ile wcześniej cię nie dopadnie”. Vivian skupiła się na swoich mocach Noah. Dzięki Adaptacji już używała zdolności Noah Przyjemności i teraz zamierzała wyjść z tego w ten sam sposób. Prosta sztuczka, która gwarantowała odpowiedni zwrot akcji.
Próbowała podnieść rękę, ale nadal była ona uwięziona. Nie wiedziała, dlaczego. Na demona w Tbilisi zadziałało, ogar nie jest przecież z innocence, więc dlaczego? Zaczęła testować wszystkie zdolności Noah po kolei, ale żadna nie zadziałała. Gardło miała już wypełnione i czuła brak odpowiedniej ilości powietrza w płucach. Nie wiedziała, co robić. Nie była pewna, czy osoba schwytana w sidła ogara miała jeszcze jakieś szanse na przetrwanie.
– Zawrzyj ze mną pakt – usłyszała.
W pierwszej chwili myślała, że nieświadomie przywołała kolejnego demona albo to kusicielka, ale głos należał do ogara. Jego oczy świeciły czerwonawym blaskiem, choć powinny być żółte. Nie rozumiała, o co tu chodzi.
– Zawrzyj ze mną pakt, dziewczyno, a przetrwasz.
Poczuła, jak wnika do jej świadomości. Nie była nawet w stanie się przed tym obronić. Pokazał jej obie możliwości: śmierć przez uduszenie i rozszarpanie albo uwiązanie się do kusicielki i jej ogara jako wabik. Śmierć w bólu lub życie w upokorzeniu. Dla Vivian to żaden wybór.
– Zawrzyj ze mną pakt – powtórzył. – Chcesz żyć. Nie poczujesz już nigdy żadnego bólu. Czysta rozkosz, której nie da ci żaden mężczyzna z tego świata.
– „Więc czemu ty mi jej nie dasz?” – zapytała w myślach.
Wiedziała, że usłyszy. Odpowiedzią był śmiech. Chyba go rozbawiła swoją bezczelnością i hardym spojrzeniem.
– Dam ci ją, a potem cię zabiję. Rozszarpię cię na strzępy.
Była pewna, że to już koniec, gdy nagle został uwolniona, a ogar zszedł z niej.
– Klękaj – rozkazał.
Czuła się osłabiona, ale wykonała rozkaz. Potrzebowała okazji, żeby zaatakować i zakończyć wszystko jednym ruchem. Słyszała Arte, więc jeszcze żył, a biorąc pod uwagę to, co pokazał jej ogar, kusicielka będzie się z nim bawić jeszcze przez dłuższy czas.
Pierwsze uderzenie przyszło niespodziewanie. Krzyknęła, bo nawet mundur nie chronił jej ciała przed bólem, którym zapłonęły plecy. Uderzał wielokrotnie, aż opadła do przodu i wsparła się na rękach. Niemal od razu pochylił się nad nią i przylgnął do ciała.
– Twoja rozkosz, dziewczyno – zakpił. – Pragniesz więcej.
– To ból, nie rozkosz – odpowiedziała zdartym szeptem.
– Twoje ciało mówi co innego.
– Chyba głuchy jesteś w takim razie.
Pnącze owinęło się wokół jej szyi i zacisnęło, przyduszając ją.
– Nie pyskuj, dziewczyno. Ostatnia szansa. Zawrzyj pakt.
Paznokciem rozdarła palec do krwi. Czerwona kropla opadła na krąg, który wyryła w ziemi, aktywując go.
– Po moim trupie – syknęła.
Zaklęcie zadziałało, odrzucając ogara od niej. Aktywowała innocence, łapiąc za sztylet przy pasie, i zaatakowała, recytując formułę anihilacji. Cios dotarł celu idealnie i po chwili po ogarze nie było śladu.
Vivian opadła na ziemię. Była sponiewierana, obolała i słaba. Oddychała urywanie, choć wiedziała, że nie ma czasu na odpoczynek. Każda sekunda przybliża ją do śmierci Arte, a na to nie mogła pozwolić. Zbyt wiele ważnych osób straciła, żeby miała pozwolić umrzeć kolejnej. Wystarczająco napatrzyła się na śmierć bliskich i nigdy więcej.
Arte był tym, który nie pozwolił jej się poddać. Już prawie wybrała śmierć, kiedy on kazał jej żyć. Ciągnął ją do góry za każdym razem, gdy upadała, rozbawiał, denerwował, wykpiwał. Był zawsze, nie odwrócił się nigdy. Nawet kiedy łamała zasady. Brał na siebie odpowiedzialność, kiedy ona była zbyt słaba na to. Zawsze był obok. Nie mogła go stracić, nie mogła pozwolić mu umrzeć. Nie w tym miejscu. Nie tak. Nie przez jakiegoś podrzędnego demona. Nie mogła go zostawić na pewną śmierć.
Zastrzyk adrenaliny sprawił, że podniosła się i biegiem ruszyła w stronę sukuba i jej ofiary. W głowie jej się rozjaśniło. Nie było czasu na walkę, nie miała na to siły i zapewne kusicielka zabiłaby ją w pierwszej kolejności. Bała się, że skrzywdzi Arte, ale musiała zaryzykować i od razu odesłać demona. Miała tylko jedną szansę.
Użyła mocy Noah do rozrysowania odpowiedniego kręgu. Zmodyfikowała symbole, żeby chronić Arte. Nie miała pewności, czy to zadziała. Musiała zrobić to bez prób, na wyczucie. Zaufać intuicji, zaryzykować.
Demonica spojrzała na nią ciemnymi oczyma, próbując ją sobie podporządkować. Vivian zamknęła na moment oczy i skoncentrowała się na swoim zadaniu. Tylko jedna szansa.
– Nawet nie próbuj – usłyszała głos kusicielki.
Nie zwróciła na to jednak uwagi, zaczynając recytować inkantację. Skupiła się na tym tak mocno, że nie poczuła nawet ataku, którym sukub chciał ją rozproszyć. Nie pomogły słowa, groźby, Vivian nie czuła nawet spływających po policzkach łez. Łacinę przeplatała z sanskrytem, patrząc, jak zaklęcie rozświetla krąg i wiąże demona, który szarpał się i przeklinał. Nie poruszyła się, gdy skończyła mówić, a kusicielka zniknęła, grożąc Vivian.
Poczuła, jak jej ciało opada na ziemię. Wszystko ja bolało i prawie poddała się odrętwieniu, gdy pomyślała o Arte. Nie była pewna efektów swych działań, wampir leżał w środku kręgu i jeśli modyfikacje nie zadziałały…
Dotarła do niego na czworaka, szurając kolanami po ziemi i brudząc dłonie.
– Arte… Żyj, proszę…
Nadal oddychał, a jego ciało miało zwyczajową temperaturę. Serce też biło. Potrząsnęła nim, powtarzając jego imię. Bała się, że coś poszło nie tak, że zrobiła mu krzywdę. Nawet nie przejmowała się łzami, które utrudniały jej widzenie.
Dłoń wampira odnalazła jej własną i lekko ścisnęła. Otworzył oczy, siląc się na uśmiech.
– Arte…
– Nie płacz, maleńka. Jestem…
– Arte…
Przylgnęła do niego, wybuchając płaczem. Jej ciało drżało, krztusiła się łzami, próbowała coś powiedzieć, ale wychodzić z tego tylko niezrozumiały bełkot.
Wampir nie do końca wiedział, co się wydarzyło. Pamiętał sukuba, ale nic więcej. Czuł się jednak tak wyczerpany, jak dawno nie był, więc pewnie nie było dobrze. Z trudem poruszał ręką, głaszcząc jej skołtunione kosmyki. Czekał aż się trochę uspokoi.
– Maleńka, nie możemy tu zostać – szepnął, gdy ucichła.
Podniosła się ciężko na ręce. Była wyczerpana, ale w przeciwieństwie do Arte mogła się ruszać. Spojrzała w niebo. Do świtu mieli może dwie godziny i to maksymalnie. Jeśli nie znajdą kryjówki, będzie jeszcze gorzej.
– Możesz wstać? – zapytała ochryple.
– Nie. Ledwo z tobą rozmawiam, więc lada chwila stracę przytomność.
– Pójdę po konie i nasze juki. Mogę cię tu zostawić?
– Tak. Nie martw się o mnie. Będę tu czekał.
Wstała ciężko i ruszyła w drogę powrotną. Chciała pobiec, ale sił starczyło jej tylko na powolne posuwanie się do przodu. Odnalazła porzuconą Czarną Różę i podpierała się nią przy każdym kroku. Nogi zawiodły ją, gdy próbowała przejść przez strumień. Niemal cała przemokła, ale doczłapała się do drugiego brzegu, gdzie obozowali. Na szczęście konie nadal na nich czekały, juki też wyglądały na nienaruszone.
Wypiła trochę wody ze strumienia, sprzątnęła obóz i konno ruszyła do Arte. Ciężko było jej utrzymać przytomność, ale nie miała wyboru. Z torby wyciągnęła jedno z ziół, ukruszyła kawałek liścia i przełknęła. Był gorzki i nieapetyczny w smaku, ale miał ją pobudzić na kilka godzin. Tyle powinno jej wystarczyć, żeby znaleźć bezpieczne miejsce, gdzie mogliby odpocząć i ukryć się przed słońcem.
Arte leżał nieprzytomny tam, gdzie go zostawiła. Nie była w stanie dobudzić wampira, więc nie marnowała na to więcej czasu. Z juków wyciągnęła mapę i z jej pomocą określiła, gdzie powinni się udać. Pobliski las był bliżej niż wioska, o której mówił Arte. Była szansa, że dotrą tam przed wschodem słońca. Juki przerzuciła na grzbiet klaczy, a sama z wampirem miała jechać na jego koniu. Dzięki temu mężczyzna nie spadnie w czasie jazdy.
Chwilami traciła świadomość. Nie chciała brać niczego więcej, żeby sobie nie zaszkodzić, ale nie miała pewności, czy w czasie tych drobnych omdleń nie zgubiła drogi. Chyba jechali na oślep, a niebo na wschodzie było coraz jaśniejsze. Potrzebowała choćby kilku drzew, w których cieniu mogliby się ukryć.
Tym razem dłużej była nieprzytomna. Gdy się ocknęła, stali. Rozejrzała się nieprzytomnie i dopiero wtedy zrozumiała, że są w lesie. Korony drzew nie były zbyt gęste, ale tu byli bezpieczniejsi. Poklepała ogiera po szyi.
– Dobry konik.
Zsiadła ciężko na ziemię i oparła się o jeden z pni. Nie miała siły. Najchętniej położyłaby się i zasnęła w długi sen, ale jeszcze nie mogła. Musiała zabezpieczyć to miejsce. Musiało być bezpieczne.
Ściągnęła Arte z siodła i ułożyła go pod drzewem tak, aby słońce miało do niego jak najmniejszy dostęp. Gałęzie były na tyle blisko siebie, że powiesiła pomiędzy nimi koc. Dzięki temu będą mieć więcej cienia. Konie rozjuczyła i przywiązała niedaleko, ale tak, aby same mogły się uwolnić w razie zagrożenia. Dopiero gdy miała pewność, że udało jej się wszystko zrobić, opadła obok Arte. Chwilę później już spała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s