When everything you see is a lie All you have to do is close your eyes Listen to the voice inside Cause our hearts must stay alive

Pustka. Nie pamiętała, jak się tu znalazła ani dlaczego. Nic nie pamiętała. Nawet tego, kim jest. Dookoła panowały ciemności, nie widziała niczego, nie słyszała, nie czuła. Tak jakby nie istniała.
Miała jednak świadomość. Była. Kim? To się nie do końca liczyło. Dowie się tego prędzej czy później. Z jakiegoś powodu nie czuła strachu z braku świadomości swego istnienia i historii. Była. Istniała. W kompletnej pustce.
Otulała ją delikatnie i łagodnie niczym całun. Łagodziła wszelkie bolączki istnienia. Pieściła zbolałą duszę. Pozwoliła sobie w nią opaść, zapaść się w niebycie. Niczego już nie musiała robić, o nic walczyć, nic nie sprawiało jej cierpienia. To wszystko się już skończyło i już nigdy więcej nie wróci.
Tylko czy to było właśnie to, czego pragnęła? Odejść w niebyt i zostawić wszystko za sobą? Poddać się losowi i przestać mieć wpływ na własne życie? Czy taką osobą właśnie była? Nie, to kłóciło się z jej naturą. Pustka nie była tym, czego pragnęła.
Otworzyła oczy. Leżała w czarnej, jedwabnej pościeli w ocienionym pokoju. Ktoś leżał za jej plecami i bawił się jej włosami. Delikatnie, subtelnie, z uczuciem.
– Śpij, maleńka – usłyszała zmysłowy szept.
Bardzo znajomy i niepasujący do tej scenerii. Odwróciła się do właściciela głosu. Leżał na boku, był co najmniej półnagi. Uśmiechał się leniwie i z tą nutą, która była dla niego naturalna. Brązowe, przydługawe włosy swobodnie opadały na jasnobłękitne oczy.
– Ty nie jesteś prawdziwy – powiedziała.
Zaśmiał się w odpowiedzi. Wyglądał tak jak zawsze. Każdy szczegół był na swoim miejscu, nie licząc tego, jak bardzo absurdalna była ta scena, gdy leżą obok siebie w łóżku. Nadzy i spełnieni po dzikim seksie.
Przytrzymał jej twarz jedną dłonią i namiętnie pocałował. Czuła ten pocałunek całą sobą, docierał do każdej komórki jej ciała z większą intensywnością niż pocałunki Kandy zawsze wywołujące u niej dreszcze. Zupełnie mu się poddała, rozchyliła wargi, pozwalając, aby wsunął pomiędzy nie język.
– To też było nieprawdziwe? – zapytał, gdy się odsunął.
Przez chwilę nie potrafiła pozbierać rozbieganych myśli. Nie do końca wiedziała, co tu się właściwie dzieje. Cienie nie mogły ze sobą sypiać, Arte nie był nią zainteresowany, a przecież pamiętała jego atak, gdy w przypływie chwili pocałowała go. Od tamtego czasu nigdy do tego nie wracali.
– Zaniemówiłaś? – roześmiał się.
– Nie powinno cię tu być.
– Dlaczego?
– Bo nas nie łączy seks.
– Jak to nie? Przecież mnie kochasz.
W jednej chwili Arte zamienił się w innego mężczyznę. Przystojna twarz z delikatnymi, azjatyckimi rysami, długie, atramentowe włosy opadające na plecy i czarne oczy, w których gościły iskierki rozbawienia.
– Kanda – wyrwało jej się.
– Czemu jesteś taka zdziwiona? Czy to nie moje imię wzywałaś w nocy? Czy może zapomniałaś i trzeba ci przypomnieć?
Poczuła, jak jego dłoń pod kołdrą wędruje po jej ciele, zahaczając o najwrażliwsze punkty. Pobudzał ją, przypominając o rozkoszy nocy. Doskonale to pamiętała, a jednak czuła nieokreślony niepokój.
Arte sprzed chwili był już nierealny. Może przewidzenie spowodowane przemęczeniem? Przecież nie mogłaby się kochać z wampirem. To wbrew zasadom Ligi i jej własnym. Nie sypiała z przyjaciółmi, a to właśnie Kandę kochała. Ta miłość żyła w niej głęboko ukryta, bezpieczna w zakamarkach serca. Była, choć przez długi czas nic nie znaczyła.
Kciukiem przejechał po jej wardze. Miał szorstką skórę. Od miecza i tysięcy godzin treningu. Wielokrotnie uczestniczyła w nich razem z nim. Wtedy dotyk był bolesny, miał sprawić cierpienie. Teraz było inaczej. Była w tym nuta czułości i pożądania. Pragnął jej. Potwierdzał to każdym ruchem i pobudzał ją znowu.
– Pozwól mi się znów zaspokoić – wyszeptał uwodzicielsko. – Oddaj mi się. Bądź już moją na zawsze.
Pragnęła usłyszeć te słowa z jego ust. Stać się dla niego klejnotem i świętością, by patrzył na nią jak na kobietę swego życia. To było głęboko ukryte w jej sercu. Marzenia każdej dziewczyny o bezwarunkowej miłości i księciu z bajki. To, co zupełnie nie pasowało do Yuu Kandy, którego znała, pokochała i pragnęła.
Powstrzymał się przed pocałunkiem, kiedy wybuchła śmiechem. Nie wierzyła w absurd tej sytuacji. Niepokój i poczucie, że coś jest nie na miejscu wzrastały w jej wnętrzu coraz bardziej i bardziej. Znacznie silniej niż pożądanie.
– To nie są twoje słowa – powiedziała, podnosząc się do siadu. – Yuu Kanda się tak nie zachowuje. Nie uwodzi, nie spełnia najskrytszych marzeń kobiety. Coś za jeden?
Japończyk uśmiechnął się szeroko. Nienaturalnie jak na niego. Ten uśmiech w rzeczywistości miał ją przerazić.
– Nawet ta forma cię nie skusiła? – zapytał.
– Coś za jeden? – powtórzyła.
– Moje imię jest tu najmniej ważne.
– Demon, który mnie opętał zamiast pożreć moją duszę.
Przypomniała sobie wszystko. Była na misji z Arianne i Arte nad jeziorem Oulu. Ich przeciwnikiem był alchemik, który opanował swoje miasto, uwięził jej towarzyszy i chciał ją wykorzystać jako ofiarę dla demona, który właśnie udawał Kandę. Pamiętała też o tymczasowym kontrakcie z Mattim, lodowym demonem, który był przywiązany do jeziora.
– Trochę rozrywki mi się przyda nim cię pożrę. Tak cierpiące dusze są naprawdę apetyczne.
– Chcesz mnie jeszcze podręczyć?
– Lubię kobiety wijące się pode mną z bolesnej ekstazy. To mnie najlepiej podnieca. Zwłaszcza kiedy krzyczą „nie” z mgłą rozkoszy w oczach.
– Esencja tego, czego w demonach nienawidzę.
Zaśmiał się w odpowiedzi. Jej obrzydzenie w stosunku do niego raczej go bawiło niż raniło. Czuł się pewnie. Znał już zakamarki jej duszy, jakby była jego własną, wiedział, czego się boi i co ją złamie.
Zeskoczyła z łóżka, gdy tylko ponownie ją dotknął. Ruch był tak szybki, że sam się zdziwił. Każdą inną powstrzymałby, zanim by jeszcze się poruszyła. Ta była wyjątkowa. Uśmiechnął się szerzej na tę myśl.
– Sądzisz, że możesz przede mną uciec?
Nim się zorientowała, stał tuż za nią i trzymał ją za ramiona. Nadal używał wyglądu Kandy. Wiedział, że tak ją osłabi. Ten człowiek działał na nią na różne sposoby i zamierzał to wykorzystać.
– Uciec? Nie. Pokonać cię i wywalić stąd? Owszem – powiedziała bez cienia zawahania.
Zaśmiał się znowu. Dłonią przejechał po jej talii aż do uda. Widział, jak jej ciało reaguje: rozkoszą, obrzydzeniem, strachem i pragnieniem. Rozpalał w niej pożądanie.
– Ulegniesz mi. To kwestia czasu.
– Nie byłabym tego taka pewna.
– Sama świadomość tego, że nim nie jestem, sprawia ci ból.
– Pogodziłam się z tym, że nigdy nie będzie mój – uśmiechnęła się kpiąco.
– Wiem, kiedy kłamiesz, księżniczko.
Niespodziewanie zaatakowała, obracając się w jego ramionach. Cios dosięgnął policzka demona, który cofnął się zaskoczony.
– Chcesz się tak bawić? – zapytał.
– Nie lubię brudnych sztuczek parszywych demonów.
Kombinowała, jak pozbyć się zagrożenia. To prawda, że forma Kandy stanowiła dla niej pewną przeszkodę. Nie, kiedy walczyli, pojedynkowali się, ale właśnie w takich sytuacjach jak teraz. Osłabiała ją, więc starała się stworzyć warunki dogodne dla siebie. Wtedy będzie mogła przejąć kontrolę nad sytuacją i wyrzucić go ze swojego wnętrza.
– Nie pozwolę ci na to, księżniczko. Zniszczę cię kawałek po kawałku. Odbiorę wszystko, co cenne, a potem pożrę twoją cierpiącą duszę.
– Na to ci nie pozwolę.
Otoczenie się zmieniło. Wzgórze pełne czarnych róż. Poznała to miejsce. Tu po raz pierwszy spotkała Niszczyciela Czasu. Teraz sama stała na szczycie w długiej, czarnej sukni i patrzyła na to, co zostało po jej domu. Dostrzegała ciała bliskich jej osób. Ruina, która pojawi się, jeśli zawiedzie.
Odwróciła się. Z drugiej strony był sad, w którym przesiadywała z Niszczycielem podczas jego wizyt. Widziała nawet huśtawkę. Ten świat wykreowany przez jej umysł należał tylko do nich. Poczuła gniew wywołany myślą, że demon tak łatwo go odtworzył. Rozejrzała się za nim, ale nigdzie go nie dostrzegała.
– Wyłaź, draniu. Wiem, że tu jesteś.
Przez chwilę nie było reakcji. Tak jakby odpuścił. Vivian jednak wiedziała, że to tylko złudzenie. Coś szykował. Byłoby za łatwo, gdyby tak po prostu wycofał się bez walki. Poza tym czuła jego obecność w pobliżu.
Czekała niby rozluźniona, ale napięta jak struna. Nie chciał z nią walczyć bezpośrednio, wolał rozwiązać to psychologicznie. Uderzał w jej emocje, uczucia i obawy. Chciał zniszczyć jej pewność siebie.
Róże ze wzgórza urosły i zamieniły się w ludzi. Tych, których tak dobrze znała, których pokochała. Obserwowała ich martwe twarze bez wyrazu, gdy się zbliżali. Otoczyli ją ciasnym kręgiem, ale nawet nie próbowali atakować. Chyba czekali na jakiś znak.
– Tym chcesz mnie wystraszyć?
– Nie, w twojej duszy istnieje głębszy mrok, który rozniecę.
Pojawił się znów za nią. Objął ją w pasie, przytulił się do jej pleców i pocałował w szyję. Nie poruszyła się ani o milimetr, jedynie skrzywiła z obrzydzenia.
– Jesteś dziś bardzo bierna, księżniczko. Czyżbyś czekała na odpowiednią chwilę?
– Może.
– Wykorzystam okazję, kiedy twoje serce się waha. Zapamiętaj to.
Pstryknął. Postacie dookoła rozsypały się w płatki, a Vivian została obryzgana krwią. Zmrużyła oczy. Nawet jeśli była to iluzja, nie miała ochoty po raz kolejny oglądać śmierci najbliższych.
Uderzył. W najczulszy punkt w momencie, kiedy nie spodziewała się tak silnego ciosu. Była pewna, że będzie miał dla niej kolejną dawkę iluzji. Pomyliła się jednak. Wykorzystał jej własne wspomnienia, uwypuklając rzeczy, z którymi nadal się nie pogodziła. Każda taka rana stawała się szramą na jej ciele. Ze wszystkich spływała krew. Vivian opadła na kolana, a potem całkiem na ziemię, zwijając się w kłębek. Ból ją ogłuszył, sprawił, że palce rozdrapywały ziemię dookoła w spazmach, ciało słabło. Każda kolejna śmierć była coraz boleśniejsza.
Przykucnął przy niej. Nadal udawał Kandę, ale teraz był zakrwawiony, obszarpany, z poważną raną ciągnącą się przed tors. Lodowatą dłonią dotknął jej policzka.
– Nie jesteś aż tak silna – powiedział. – Twój płacz to muzyka dla moich uszu.
– Ty nie jesteś prawdziwy – wyszeptała.
– Nie? – roześmiał się. – To prawda. Nie jestem prawdziwy, bo już go nie ma. Sama go zabiłaś. Własnymi rękoma.
Na dowód tego włożył jej dłonią w ranę – idealnie pasowała. Przywołał obraz tego, jak mordowała swoich bliskich, Kandę zostawiając sobie na koniec. To było tak realne, że nie była pewna, czy przypadkiem naprawdę tego nie zrobiła, będąc opętaną.
Czuła, jak jej ciało zaczyna się rozpadać. Nie była w stanie się poruszyć. To przegrana bitwa. Opętał ją i zniszczył. Wróci do pustki. Niczego już nie może zmienić. Przegrała.
Demon ułożył ją na plecach, uśmiechając się zwycięsko. Przesunął palcami po jej policzku, spojrzeniem po ciele. Szykował się do uczty na tej duszy.
– Jakieś ostatnie słowa zanim zaczniemy? – zapytał.
Vivian zamknęła oczy, wsłuchując się we własne serce. Biło niespokojnie, przypominając o życiu, które miała za sobą. Straciła to wszystko, przegrała z podrzędnym demonem. Teraz mogła się jedynie poddać losowi, który zgotował dla niej psi koniec.
Poczuła coś ciepłego w klatce piersiowej. W pierwszej chwili pomyślała, że to demon rozdarł jej ciało, ale nie, nie poczuła przecież bólu. Skupiła się na tym cieple. Powoli rozlewało się po całym jej ciele.
– Nie otwieraj oczu, Aniele. Oczy można łatwo omamić. Słuchaj siebie, tej wewnętrznej siebie i nie wahaj się. Jesteś Aniołem Lucyfera. Możesz wszystko.
Głos Niszczyciela Czasu. Prawdziwy i rzeczywisty – tego była pewna. Przypominał jej o tym, kim jest. Taki parszywy, trzeciorzędny przeciwnik jak demon, który udawał Kandę, nie mógł jej pokonać. Zwątpienie, cierpienie, ból – nie mogła im poddać swojego serca.
W dłoni poczuła rękojeść katany. Czarna Róża. Wystarczyła myśl, by połączyć moce innocence z Noah Zemsty. Nie musiała otwierać oczu, żeby odepchnąć od siebie demona i podnieść się pewnie na nogi.
– Nie wiesz, z kim zadarłeś – zasyczała. – Teraz moja kolej.
Arte przez kilka sekund obserwował odgrodzoną od nich Vivian. Wściekła miotała przekleństwa we wszystkich językach, jakie znała. Jej oczy stały się całe czarne, nie było w nich żadnych uczuć, kiedy na niego patrzyła. Opętana przez demona musiała stoczyć jedną z najcięższych walk w swoim życiu.
– Arte – głos Arianne przywrócił go do rzeczywistości.
Kiedy zabił alchemika, większość zaklęć przestała działać. Złamanie reszty było dziecięcą igraszką. Wampir uwolnił Francuzkę, która patrzyła ze smutkiem na swoją uczennicę. Naraziła się dla nich i dla sprawy i teraz była w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
– Trzeba go odesłać, nie robiąc Vivian krzywdy. Wykorzystamy gotowy krąg, trzeba zmienić tylko kilka symboli.
– To akurat nie problem – odparł Arte.
– Problem jest rozdzielenie ich dusz. Nie ma czasu na gadanie. Do roboty.
Mimo zmęczenia musieli skupić się na swoim zadaniu. To było ciężkie po ostatnich godzinach walki z pętami, brakowało im sił, byli zdrętwiali i osłabieni. Organizm domagał się swoich potrzeb, ale został zignorowany. Nie mogli czekać i nabierać sił, gdy Vivian walczyła o własną duszę.
– Jak mogę pomóc? – zapytał Matti.
Prawie o nim zapomnieli zaaferowani zadaniem. Jasnowłosy jednak nie zamierzał stać i się przyglądać czy odejść po cichu. Raz, że wiązał go teraz kontrakt z Vivian, dwa, że nie potrafiłby tego tak zostawić.
– Jesteś lodowym demonem – Arte spojrzał na niego uważnie. – Przyszedłeś wcześniej z Vivian.
Matti pokrótce opowiedział im o spotkaniu z Vivian, kontrakcie i planach dziewczyny co do tego, co miało się tu wydarzyć. Cienie skrzywiły się, słysząc o tym, że brązowowłosa jest związana kontraktem z demonem. To odrobinę komplikowało sprawę, bo narażało ją na przykre konsekwencje, gdy będą już gotowi do odesłania zagrożenia.
– Ametyst trzeba zniszczyć. To zadanie należy do ciebie, Matti. Vivian w swoim obecnym stanie nie da rady. Na razie pomożesz nam w przygotowaniach.
Arianne przekazała jasnowłosemu, co ma dokładnie robić. Pozostawiła mu wszystkie techniczne sprawy, sprawdzając jedynie poprawność. Nie stać ich było na popełnienie błędu. Sama zaś z Arte przygotowali inkantację, która miała rozdzielić dusze demona i Vivian. Dopiero wtedy będą mogli wypędzić zagrożenie.
– Kiedy Arte wypuści Vivian z kręgu, zniszczysz ametyst – poleciła Arianne. – Będziesz miał maksymalnie kilka sekund.
– Dobrze.
– Gotowi?
Vivian była spokojna od pewnego czasu. Siedziała po turecku w kręgu, patrząc w podłogę. To mogło oznaczać wiele rzeczy, zarówno sprzyjające Cieniom, jak i zagrażające ich życiu. Bardziej jednak martwili się o brązowowłosą. Nie byli w stanie określić, co się dzieje w jej wnętrzu. Mogła wciąż walczyć, ale też przegrać. Tam wszystko zależało od niej.
Wampir i demon kiwnęli głowami skupieni na swoich zadaniach. Napięcie było wyczuwalne w powietrzu, jeden błąd może kosztować życie.
– Arte.
Brązowowłosy uwolnił przyjaciółkę z bariery, szykując się do rozdzielenia dusz. Dziewczyna nie poruszyła się nawet, kiedy Matti zerwał z jej szyi ametyst. Dopiero gdy roztrzaskał kontrakt, zaczęło się piekło.
Vivian z zaciekłością zaatakowała Arte, który ledwo uniknął ciosu. Skrzydła i stygmaty na jej czole wskazywały, że używa pełni swych mocy, co stwarzało naprawdę poważne zagrożenie. Znał tylko część jej sztuczek, zawsze miała kilka asów w rękawie.
– Arianne, zaczynaj – polecił.
Bronił się przed przyjaciółką, starając się ją spętać odpowiednią inkantacją. Nie było to takie proste, Vivian atakowała zaciekle, jakby od tego zależało jej życie. Dopiero po chwili zrozumiał i przyjął jej warunki.
– Tak, maleńka. Walcz z nim. Nie daj się pokonać.
Sam swoją część pracy skorygował w taki sposób, by jak najlepiej ją wspomóc. W końcu im też zależało na rozdzieleniu jej i demona.
Oczy dziewczyny z czarnych stały się złote. Wrzasnęła boleśnie nieswoim głosem. Zatrzymała się w pół ciosu, po czym obok niej zaczął materializować się demon.
– Matti, łap Vivian.
Arte pozwolił Arianne dokończyć przeciwzaklęcie, a sam przygotowywał już inkantację pętającą. Nie zamierzał pozwolić uciec gnidzie, która zaatakowała jego przyjaciółkę. Gdy tylko demon opuścił ciało Vivian, dokończył czar i pchnął go do przygotowanego kręgu, uaktywniając barierę. Oddychał przy tym urywanie, brakowało mu już sił.
Arianne dołączyła do niego chwilę później. Wspólnymi siłami odesłali go z powrotem, pozwalając, aby atmosfera się oczyściła. Było już po wszystkim.
Vivian ocknęła się przykryta ciepłą kołdrą. W pokoju był kominek, w którym trzaskał ogień. Przy łóżku leżały jej rzeczy, ale pokój był pusty. Była tu sama.
Podniosła się i podeszła do okna. Na zewnątrz trwał dzień, widziała ulicę miasteczka, które jeszcze do niedawna było pod kontrolą alchemika. Teraz w powietrzu nie było czuć już żadnego zagrożenia. Wrócił spokój.
Zamyśliła się. Ta ostatnia walka wymagała od niej naprawdę wiele. Przez chwilę zwątpiła, pozwoliła się przytłoczyć rzeczom, które tak dobrze znała. Dawniej myślała, że można się przyzwyczaić do bólu, cierpienia, samotności. Do koszmarów pełnych krwi i zniszczeń. Wiedziała jednak, że to nieprawda. Oszukiwała samą siebie, żeby jakoś żyć. By istnieć. Teraz się to na niej zemściło. Przeciwnik wykorzystał wszystko, ujawniając, że to ona sama jest dla siebie najgroźniejszym przeciwnikiem. Ta podstawowa wiedza uratowała jej poniekąd skórę. Wystarczyło zamknąć oczy i pozwolić sobie zaakceptować fakty, jakimi są. Ochroniła serce wśród fałszu – tak jak to robiła przez całe swoje życie. Zwyciężyła.
Drzwi lekko zaskrzypiały, gdy zostały otworzone. Dźwięk wyrwał Vivian z zamyślenia. Odwróciła się i uśmiechnęła do zmęczonego Arte, który rozpinał właśnie płaszcz.
– Miło cię widzieć znów wolnego – odezwała się pierwsza.
– A ciebie wolną od pasażerów na gapę. Jak samopoczucie?
– Dobrze. Długo spałam?
– Z dwanaście godzin? Byłaś wykończona. Arianne zresztą też szybko padła.
– Gdzie jest teraz?
– Zajmuje się demonem, z którym podpisałaś kontrakt. Obiecała mu, że pomoże mu znów zasnąć.
– A ty gdzie byłeś?
– Rozmawiałem z mieszkańcami. W końcu już nie są pod wpływem alchemika i zaczęło do nich docierać, co jest prawdziwe. Niedługo będziemy mogli wracać.
– To dobrze. Mam już dość śniegu i mrozu.
– Ja też – zaśmiał się. – Ja też.

***

Vivian: Misja zakończona.
Arte: Nie ciesz się tak, za tydzień czeka nas już następna.
Vivian: Jesteś pewna, że nas?
Arte: To zależy już tylko od Laurie, a ta na razie nie zdradza swoich planów.
Laurie: Co na ten temat miałam do powiedzenia, już powiedziałam. Nie ma sensu się powtarzać.
Vivian: W sumie racja.
Laurie: Co ty taka ugodowa?
Vivian: Masz na czole napisane „Nie drażnić autorki”, a jak patrzę w notatki, to rozumiem, dlaczego. Właśnie dlatego nie będzie dzisiaj przedłużania. Pozdrawiamy serdecznie i do następnego.

One thought on “When everything you see is a lie All you have to do is close your eyes Listen to the voice inside Cause our hearts must stay alive

  1. prz_ pisze:

    Fajny odcinek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s